sobota, 24 grudnia 2011

Żarcie, życzenia i smsy


Dawno nie pisałem, więc korzystając z okazji wolnego coś można skrobnąć. Jak zwykle moje przemyślenia czasami bardzo daleko idące, ale pozwalające zrozumieć :)

Przyszły święta. Kolejny mdły okres każdego roku, kiedy to udajemy jak bardzo kochamy drugą osobę. No dobra. Nie udajemy. Tak na prawdę ją kochamy, bardzo kochamy i szanujemy, myślimy o niej tylko pozytywnie i złego nie życzymy. Tak – to są święta. Cztery dni w roku podczas których nawet największy „skurwiel” myśli ciepło o drugiej osobie. Ale spokojnie. Bóg chciał, by ten okres nie trwał za długo i zbyt często, więc podzielił wspomniane cztery doby na dwa okresy – Bożego Narodzenia i Świąt Wielkiej Nocy. Gdyby ktoś szukał odpowiedzi, czy Bóg istnieje to jest to właśnie pierwszy dowód – człowiek tak doskonałego rozwiązania nigdy by nie wymyślił. Przetrwać te dni jest ciężko, ale są i na to sposoby. W telewizji nic nie leci, więc można poszukać w sieci. A tam wiele powtórek tych fajnych i nie fajnych, za to bez abonamentu.

Święta. Podziwiam liczną rzeszę znajomych dla których święta to powód do obżarstwa. Ich żony i matki od tygodnia kupowały produkty, piekły ciasta, gotowany przedziwne potrawy, katrupiły karpie i znęcały się nad rodziną po to tylko, by przez dwa dni każdy z domowników mógł powiedzieć „nażarłem się jak świnia”. Pieprzeni „chrześcijanie-katolicy” na pokaz. Pycha, chciwość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, lenistwo – 5 grzechów głównych popełnianych w zaledwie 48 godzin. Pozostaje tylko nieczystość i gniew, choć pewnie i one występują w nieznacznym stopniu. To oczywiście nie znaczy, że w pierwszy i drugi dzień świąt nie można iść do komunii. Nawet ktoś powiedział, że trzeba zjeść wszystko, bo wyrzucić to grzech. No tak, ale kto wam kazał tyle gotować?

Dziś pójdą wszyscy ochoczo na pasterkę jako dowód swej gorliwości i bogoubóstwa. Można nie chodzić rok, dwa lata, pięć i dziesięć, pojawiać się w kościele tylko, gdy się czegoś chce (np. świadectwo chrztu), ale na pasterkę pójść trzeba. Przynajmniej takie jest założenie, bo znajdzie się kilka powodów by przed północą z łóżka już nie wyjść. A to że człowiek zmęczony tą wigilią, a to jakaś niestrawność, a to zimno za oknem, a to samemu się nie chce, a to mama nie idzie – o tak! przykład rodziców jest ważny w wychowywaniu. Czego chcesz od nas Panie, za twe hojne dary? Bo mnie się do Ciebie iść nie chce, zwłaszcza na pamiątkę urodzin twojego syna. My wolimy kielicha wypić za zdrowie nasze, Twoje i kolejne dwa tysiące lat.

Krew mnie zalewa jak dostaję życzenia smsem „Wesołych Świąt”. Zero personalizacji, zero uczucia, zero wkładu własnego poza kosztem wiadomości. Równie dobrze można napisać „Mam cię w dupie i nadal o tobie pamiętam”. Nawet najbardziej porywający tekst w którym brakuje uczucia nie trafi do mnie. Zwłaszcza jak mam świadomość, że obdarowanych tym samym słowem są dziesiątki lub setki „znajomych”. Wiem – sam tak kiedyś wysyłałem. Na lewo i prawo. Każdy lub prawie każdy z książki telefonicznej dostał wiadomość. Och! Jaki byłem szczęśliwy. Jeszcze bardziej mnie bawiło odsyłanie życzeń, które wcześniej dostałem od kogoś innego. Wystarczyło zmienić podpis i gotowe. To były czasy. Człowiek się nie musiał zastanawiać za wiele co pisze. Ważne było by wysłać szybko odpowiedź. Dziś mi się nawet nie chce sięgać po telefon – leży sobie na półce i wibruje co jakiś czas. Ale zauważyłem, że grupy dobrych znajomych są w stanie jednak tak sformułować życzenia, że po przeczytaniu ich czuję się dowartościowany. To najczęściej ludzie z którymi współpracowałem lub współpracuję nadal. Jak się chce to się da!

Od kilku lat staram się życzenia maksymalnie personalizować. Co kogo obchodzi moje szczęście? A jak go ono nie obchodzi to dlaczego mi go życzy więcej? Może ja jestem szczęśliwy? Może jestem wystarczająco zdrowy? A od moich pieniędzy to niech się odczepi. Się pracuje – się ma! Wczoraj składając życzenia dyrektorowi Teatru im. Słowackiego mówiłem o dalszych sukcesach, o udanych premierach, o zdrowiu dla rodziny własnej i tej teatralnej, o dalszej służbie w kulturze. Przecież wierszyk „zdrowia, szczęścia, pomyślności i pieniędzy” jest głupi. Starość wymaga rozwagi.

Nudy i wszechogarniające lenistwo. Mam kupę roboty, ale muszę sobie jeszcze chwilę posiedzieć. Jutro dzień wolny. Pojutrze chrzest. Po co ludziom zdjęcia z chrztu robione przez profesjonalistów? Wuj Edzik ma kompakcik – trzaśnie fleszem i będzie. A ja kurna muszę zmieniać plany, muszę być w Krakowie zamiast odwiedzać ludzi, a później muszę te zdjęcia jeszcze obrobić i sklecić książkę. W dodatku za mały bonusik. Choć z drugiej strony zarobić kilka stów w święta to chyba nic złego. Zresztą poniedziałek w cywilizowanych krajach to dzień pracujący, ale oni mają wyższe zarobki, więc im wolno pracować, a nam się nie chce. My jesteśmy narodem strudzonym, zawsze zmęczonym, a nawet przemęczonym, więc święta muszą trwać dwa dni, a wolnego musimy mieć aż 114 dni w roku + obowiązkowy urlop (z weekendami 38 dni), a gówniarzeria ponad 75 dni wakacji. No ale nam się należy. A PKB to samo wzrośnie jak drożdże na mleku?

O ja o ja.

No to droga czytaczko lub drogi czytaczu (pikaczu?) ... życzę ci wesołych świąt, bo nic innego mi nie przychodzi do głowy. Skoro to czytasz, znaczy, że nie masz nic lepszego do roboty w te święta. Nie wiem czy ci zazdrościć, czy współczuć. Nie wiem również jak się stawiać do twojej sytuacji, a jak ty postrzegasz moją. Tak czy inaczej gratuluję ci wytrwałości i życzę dobrego humoru na najbliższy rok. Radujmy się i weselmy ... http://www.youtube.com/watch?v=PdJH7Y56c7Y&feature=share

wtorek, 8 listopada 2011

Zimna kawa

Pisanie przychodzi ciężko, ale myślenie jest łatwe. Jedyny problem to przelanie myśli na papier, a w tym wypadku na klawiaturę. Ciężki przypadek, bo później trzeba zakwasy leczyć w palcach.

Rozpocząłem intensywny kurs e-learningowy przygotowujący do przyszłej pracy w korporacji ubezpieczeniowej. Jest to o tyle ciekawe, że jeszcze kilka miesięcy temu byłem przeciwny korporacjom, a dziś wiąże się z jedną z nich. Tak, wiem. To głupio zabrzmi, ale nadal jestem przeciwny. Już jestem w jednej organizacji, która w pewnym momencie zaczęła przypominać korporację. Obrałem drogę rewolucyjną, a więc wojna z globalizmem i szablonowością. Coś czuję, że podobnie będzie i tym razem. Z tym, że tu jest więcej niewiadomych, grunt nie rozpoznany i mało stabilny, a do tego ja jestem szczylem walczącym z dziadkami, którzy stracili zęby na budowaniu struktury. No cóż! Tego w cv nie napisałem, ale ja lubię budować po swojemu. Dlatego na stanowisku doradcy nie popracuję za długo. Dam znać jak będę budował swój zespół :)

Zapisałem się na 5 szkoleń, 152 godziny czytania, słuchania, klikania, wypełniania testów i rozwiązywania zadań. Po pierwszych dwóch godzinach nie rozróżniałem już kim jest ubezpieczony, ubezpieczający, ubezpieczyciel, a do tego doszedł uposażony. Przy pierwszym teście 50% odpowiedzi była nieprawidłowych. A do zaliczenia wymagali 75%. Hmmm nieźle się zaczyna. Biorąc pod uwagę, że mój profil psychologiczny nawet mnie zdziwił, jak mi go dano do przeczytania, to te odpowiedzi ... cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo. Kolejne lekcje szły coraz lepiej, a testy zaliczałem na 100%. Nie ma to jak poświęcenie. I dzisiaj koło 14 "zakończyłem" pierwszy kurs rozdziałem dziewiątym. No prawie zakończyłem, bo ... bo okazało się, że rozdziałów jest siedemnaście! tylko przeglądarka "schowała" resztę. Super!

Zrobiłem sobie przerwę na odmóżdżenie, bo coś mi się przypomniało, że dziś coś tam ... ślubowanie pierwszych klas, czy jakoś tak. Puściłem tvn24 on-line, a tam łysy kozioł straszy dzieci i drze koparę. Jezu! Gdzie jest krzyż!

Na discovery ‘pogromcy mitów’. Już lepiej. Można odpocząć, popatrzeć, pouczyć się fizyki, a wszystko to w domowej atmosferze. A jak już o domu mowa, to zapragnąłem coś upiec. Materiał na ciasto jest, ale brakuje wypełniacza. No a że każdy pretekst jest dobry by wyjść z domu, to pojechałem po jabłka … i srebrny sznur. Jabłka na szarlotkę kupiłem, a teraz siedzę na kawie w kolejnym markecie i piszę, bo mnie naszło. Trzeba wykorzystać dobre chęci oraz chwilową niechęć do monitora i słuchawek. Z ciasta pewnie i tak nic dzisiaj nie będzie, bo jak wrócę, to już mi się nie będzie chciało. Jutro się zrobi. Przerwa w nauce się należy, nawet jak się leży. No!

Wyznaczyłem sobie cele. Niestety są ambitne, więc trochę pracy przede mną. Będę pracował na dwóch frontach jednocześnie. Taka kampania wrześniowa. Jeden front będę kończył na wiosnę. Chłopaki już wyrośnięte, więc niech się rządzą sami. Ja pozostanę tylko opiekunką dla niemowlaków ... przez dwa lata, zanim się "błękitny sznur" nie dorobi pwd. Będzie fajnie i wesoło, i się już doczekać nie mogę. Front pracowniczy w zasadzie już rozpocząłem. Poza szkoleniem domowym mam szkolenia w oddziale ... od jutra, o czym mnie poinformowali dziś. Czyli klasyka - ostatnio jak pracowałem też mnie informowali w ostatniej chwili. Luzik :) Jakiś ważniak ze stolicy przyjeżdża robić nam pranie mózgu. Lajcik – 3 godziny słuchania da się wytrzymać. W przerwie może jakąś herbatę się wypije i z menadżerem pogada. Trza kontakty nawiązywać. A jak! Co by nie pomyśleli, że my na wsi to niekumaci tacy. Będzie dopsze, albo lepiej. A od poniedziałku maratonki – od dziewiątej do 17. Podobno mniej człowiek zapomni przed egzaminem jak mu tak szybko do łba wiedzę wkładają. Druga prawda mówi coś zupełnie innego, ale ja się będę 3mał tej pierwszej.

We łikend mam odmóżdżacz – jadę w doliny pod liście. Krioterapia, zdrowe odżywanie (korzonki, świerszcze, padalce i inne ścierwa), kilka chłopaków … nie no dobra, bo już legendy krążą, zamiast chłopaków będzie kilka blondynek starozakonnych. Będzie fajnie. Jeszcze mi aparatu brakuje, ale chyba tym razem go nie zabiorę – trochę szkoda, bo w lesie się człowiek oszczędzać nie będzie, a tak ze sprzętem to trzecie oko potrzeba. No. Ale to i tak będzie eksperyment. Zobaczymy czy uda się wszystko spiąć do kupy. Pomysł jest, zadania wymyślone, a jak coś nie wypali … to najwyżej nic nie będziemy jeść konkretnego i pozostanie tylko to o czym już wspominałem.

Ale wracając do korporacji, to pragnę powiedzieć, że pracę znalazłem po 55 dniach od zwolnienia się z innej mniejszej korporacyjki. A te 8 tygodni to jest okres od zwolnienia, do potwierdzenia przyjęcia. W między czasie odbywały się rozmowy i testy kwalifikacyjne, m.in. ten psychotest. Jak się chce to można znaleźć robotę ciekawą, wymagającą i powiedzmy że dobrze płatną jak się trochę człowiek postara i przyłoży. A jak się nie postara … to gówno z tego będzie. Ech proza. No więc siedzę sobie i dumam, i zamiast iść się uczyć piję kawę … która jak zwykle wystygła.

piątek, 14 października 2011

Penis

Od początku tej podobno wstrętnej demokracji na ziemiach 3 RP mamy co kilka miesięcy wybory. Słowo 'wybory' sugeruje, że możemy wybierać niczym kupujący towary w markecie. Wybieramy więc nie tylko ładne opakowanie, ale również najlepszą zawartość, a wszystko to za przystępną i adekwatną cenę. W rzeczywistości nasz wyborczy market nie dość, że źle zaopatrzony i z gnijącymi towarami, to cześć z nich jest przeetykietowanych lub zapakowanych w opakowania zastępcze. Nie kupisz - nie spróbujesz - nie przekonasz się czym to śmierdzi.

Po niedzielnych sondażowych wynikach potwierdzonych we wtorek przez krajową komisję gier i gierek część społeczeństwa - o przepraszam, małe faux pas - cały naród spadł z krzeseł. Nie dlatego, że do sejmu wybrano aż dwóch murzynów, znaczy czarnoskórych mieszkańców Afryki (jak na moją znajomość geografii to powinno to tam gdzieś leżeć). Nie spadli z krzeseł bo do sejmu dostali się Żydzi (oni są wszędzie). Nawet nie spadli widząc wynik Platformy i PiSu prawie identyczny z tym sprzed czterech lat. Spadli dlatego, że do sejmu dostał się zlepek osobowości nijakich.

Nasz ZON, bo niestety nasz jest, co się może podobać lub nie, to twór jednego aktora poganiającego swoich przeciwników po scenie sztucznym penisem. Jego świński ryj przebił nawet takie akcesoria sado-maso jak nożyczki Kołodki, czy niszczarka Ziobry, i wpisał się znakomicie w dalszą karierę polityczną tego biznesmena. Czterdziestoosobowa załoga tworzy tak egzotyczny zespół, że jedynie autobus terrorystów jest w stanie ich przebić popularnością i zakresem możliwych pomysłów. Ale co tam Palikot. Najgorsze jest to, że ktoś ich wybrał. Jakaś inna banda zaufała po raz kolejny populistycznym hasłom głoszonym tym razem przez bardziej inteligentnego człowieka.

Przed wyborami zastanawiałem się co ludzie widzą w tym osobniku i jego obietnicach. Po wyborach zastanawiam się jeszcze bardziej. Moje wnioski, choć mało przewrotne, nie odpowiadają na to pytanie. Ale zdecydowanie lepiej mi idzie szukanie winnych.  Ich hasła wynikają z bieżącego zapotrzebowania. Jestem skłonny nawet powiedzieć, że były one celowym oszustwem wyborczym i nigdy nie miały być spełnione.

Antyklerykalizm nie powstał w zeszłym roku, ale w ostatnim czasie stał się głośny za sprawą krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Każdy obserwator ma swoją wizję tych wydarzeń ... mam i ja. Awantura, a zwłaszcza jej zaciekłość, wywoływała zażenowanie. Jako katolik, jako harcerz, jako Polak, wstydziłem się tych scen przed innymi narodami, do których jeździłem. Była to również dla mnie duża próba religijności. Zmagałem się z tym problemem wiele miesięcy i nadal jak pomyślę o tych wydarzeniach czuję jakbym tracił ducha. Mówi się, że duch w narodzie nie ginie. A jednak co najmniej gubi się niestety co jakiś czas. Mnie udało się go odnaleźć ... w lesie.

Młodzież pozbawiona dopalaczy bardzo chętnie poleciała na hasło z legalizacją maryśki. Z jednej strony legalizuje się coś, co i tak występuje. Pozyskanie w Krakowie zioła nie stanowi większego problemu. Przy legalizacji przemawia za mną tylko dochód z akcyzy i podatków do budżetu państwa. Ale jarać musiałoby trochę więcej osób niż kilka tysięcy, by potencjalny zysk stał się widoczny. Argument wykorzystujący holenderskie coffeeshopy, belgijskie prawo, czy czeskie apteki też do mnie nie przemawia. Holendrzy, głównie pod naciskiem Niemiec, powoli wycofują się z rynku dilerskiego. Czesi z czasem też będą musieli. Ale dla młodego człowieka, przez 18 lat siedzącego na garnuszku rodziców, każda okazja do manifestacji swojej wolności jest dobrą okazją. Dodając do tego puste głowy ... efekt już znamy.

Ale wreszcie powstał wspólny wróg Kaczora, półTuska i Rydzyka. Wreszcie, po 6 latach walki ze sobą, mogą zająć się wojowaniem z tworem palikowym. Czy się zajmą? To już zależy tylko od nich. Czując realne zagrożenie dla swoich ideałów, o które podobno walczą zajadle, powinni się skupić głównie na przeciwdziałaniu epidemii. A wystarczy zauważyć drugiego człowieka, potencjalnego wyborcę, i pokazać mu skuteczne działanie, a nie tylko trucie dupy i straszenie.

wtorek, 27 września 2011

Mam prawo!

Bardzo szybko zbliżają się wybory. Atmosfera się podgrzewa tworząc swoisty efekt cieplarniany. Niektórym powoli palma zaczyna uderzać, a ciśnienie euforii wypycha im mózgi przez uszy. Cóż - od ponad dwudziestu lat mamy wolne i demokratyczne, a przede wszystkim równe i powszechne wybory. Daje to każdemu obywatelowi posiadającemu czynne prawa wyborcze jeden głos, najczęściej powtarzalny, bo na powtarzalności podobnych głosów można sklecić proporcję i wyłonić wylosowanych szczęśliwców.

O ten mój jeden głos w moim okręgu "walczy" aż 201 kandydatów. Większość z nich się nie liczy, nie tylko dla mnie. Najgorsze jest to, że oni nie liczą się nawet dla swoich partii. Są na listach tylko dlatego, że płacą na kampanię, są blisko cycka rozdzielającego miejsca na listach lub są tak obsmarowani wazeliną, że wchodzą w każdą czarną dziurę. Czas wyborów jest najbardziej gównianym okresem w państwie polskim. By zabłysnąć w mediach kandydat musi zrobić z siebie idiotę. Sztuczny uśmiech, ściskanie ręki potencjalnego wyborcy, wysłuchiwanie pytań i pretensji, a przede wszystkim mówienie tego co Warszafka podyktuje jest poniżej mojej krytyki. Tylko czy po wyborach taki kandydat stanie przed lustrem i splunie na tę mordę widzianą w odbiciu?

Emocje wyborcze bardzo szybko przechodzą z polityków na politykierów i kandydackich znajomych. Czasami na ulicy wystarczy krzywo spojrzeć na kogoś, by ta osoba rzuciła się z pięściami na ciebie. W necie ... internecie jest jeszcze gorzej. Tu każdy jest anonimowy. Nawet znajomy na facebooku jest w stanie cię publicznie opieprzyć tylko dlatego, że masz czelność mieć inne zdanie, o poglądach politycznych lub moralnych nie wspomnę. Świat zdziczał, a awatary ludzi czają się za e-winklem ze sztyletem, by wbić go głęboko w wirtualne ciało swojej ofiary. A ja próbuję zrozumieć w zasadzie o co chodzi, bo przecież nie o pieniądze. Ludzie nie idą do Sejmu lub Senatu by zarabiać, tylko by stanowić mądre prawo. Dawniej szli dla prestiżu - dawniej czyli w czasach rzymskich, a w zasadzie to nawet nie szli, bo ich tam zanosili, a zamiast wyborów demokratycznych liczył się majątek i spryt. Dziś bardziej liczy się znajomość, zaangażowanie społeczne i oczywiście przebojowość, co widać na spotach niektórych kandydatów. Ważni są również klakierzy robiący duży szum i zwracający uwagę na konkretnego kandydata niczym nawoływacze przy grze w trzy kubki, gdzie pojawiająca się kulka jest tylko złudzeniem optycznym.

Podobnym złudzeniem jestem mamiony teraz. Wciska mi się kit, że oto ja, twój kandydat, z krwi i kości najlepszy przyjaciel, a jak nie przyjaciel to na pewno bardzo dobry sąsiad, zrobię dla ciebie więcej przez kolejne cztery lata niż cała ta banda czterystu sześćdziesięciu (p)osłów kończącej się kadencji. To właśnie ja ci obiecam, że twoje dziecko będzie dorastać w dostatku, a ty będziesz starzał w obfitości. Bo to tylko ja potrafię i nikt inny. A sranie w banie. Podrzędny poseł tak naprawdę nic nie może. Jedynie co mu wolno to głosować zgodnie z sumieniem ... partii. Gdy mu się coś nie podoba i przez przypadek ma czelność mieć swoje zdanie ma zagwarantowane, że przy układaniu list podczas kolejnych wyborów jego nazwisko zostanie wpisane z literówką i zamiast Anny Nowak będzie Zdzicho Kowalki. Oj tam literówka drobna. No przepraszam - usłyszy od szefa, za którym szedł ślepo latami niczym Apostołowie za Jezusem.

Pozostają jeszcze ślepo zapatrzeni działacze robiący smród na dołach. Ich cel jest prosty - zagadać, ośmieszyć, poniżyć swojego rozmówcę, a jak to nie przyniesie efektu to skopać. Ślepo wierzący w obietnice składane bez pokrycia, ale już nie ukochanej jednostki tylko wielkiego wodza lub gremium zwanego partią. Oni są chyba najgorsi w wyborach. Ich wiara jest w stanie zdziałać cuda jeszcze przed wyborami. Prawie siłą są w stanie nakłonić do głosowania na jedynego słusznego kandydata, a już na pewno na jedynie słuszną partię. Innowierców zwyzywają od debili, pedałów, komuchów, kłamców, złodziei, a jak to nie poskutkuje to usuną z grona znajomych na portalu społecznościowym. Ich działanie mnie osobiście obraża. Mnie jako wyborcę uczestniczącego w wolnych, powszechnych, równych, tajnych wyborach, niezależnie od poglądów i sympatii. Obraża moich rodziców walczących o chleb dla mnie. Obraża moich dziadków walczących z kretynami z czarnymi krzyżami i czerwonymi gwiazdami na hełmach. Obraża, bo narusza moją wolność, narusza dobry obyczaj. Wali mnie czy partia X czy Y wygra na punkty. Wali mnie przyszła koalicja. Ale interesuje już mnie prawo jakim przyszły sejm będzie sypał na lewo i prawo. Interesuje mnie, czy pieniądze płacone przeze mnie do budżetu będą wydawane racjonalnie, czy będą prowadzone sprawnie inwestycje ważne dla regionu i państwa. Interesuje mnie, czy w spółkach Skarbu Państwa nastąpi wielka zmiana, czy nowa koalicja zostawi wreszcie w spokoju ludzi tam pracujących.

Część społeczeństwa od wybrańców narodu oczekują zmian na lepsze. Ale Sejm nie jest od robienia wszystkim dookoła dobrze. Zadaniem Sejmu nie jest dawanie pracy każdemu nieudacznikowi, który nie potrafi zdobyć zlecenia na wkręcanie żarówki na ulicy. Sejm nie jest również odpowiedzialny za korupcję w policji, służbie zdrowia, czy formacjach celnych. Ludzie dawali i dawać będą, a inni brali i brać będą. To ode mnie tylko zależy czy dam lub wezmę. Ja jako jednostka mogę jednak wiele. Mam prawo do własnego zdania, do własnego głosu, do dobrego wyboru!!I to prawo jest NIEZBYWALNE.

wtorek, 13 września 2011

Fotografka

Podczas jednego z wesel, które miałem przyjemność dokumentować fotograficznie zostałem zagajony o kursy fotograficzne, a przede wszystkim o szkoły i akademie kształcące przyszłych fotografów. Temat dość ciekawy, więc i mój wywód do prostych nie należał. A że się trochę znam to postanowiłem sobie pogadać ile wlezie.

Pani, lat około trzydziestu pięciu, interesuje się fotografią i zapytuje czy warto iść do akademii. Podstawa do mojej odpowiedzi jest solidna. Odpowiedź: zawsze warto podnosić swoje umiejętności, zwłaszcza u profesjonalistów, a tacy wykładają w omawianej szkole. W myślach zacząłem zastanawiać się co to znaczy interesować się fotografią. Miałem z tym kilka skojarzeń, oczywiście mocno skrajnych. To najbardziej oczywiste to zajmowanie się fotografowaniem na poważnie lub tylko rodzinnie oraz klubowo. Ale co tu omawiać - prosta sprawa. Mniej oczywiste to prenumerowanie czasopism specjalistycznych, nie tylko ze sprzętem i jego opisem, ale również, a w zasadzie przede wszystkim, z fotografiami, opisem zdjęć, parametrami i ustawieniami aparatu. Trzecia najbardziej skrajna możliwość to interesowanie się fotografią od podstaw, czyli prawie dwieście lat historia fotografii. Pasjonat szaleniec zna każdą ważną datę zapisaną na rolce czasu od powstania pierwszej płytki miedzianej, przez kolorowe zdjęcia Szczepańskiego, powstanie fotografii cyfrowej i wycofaniu z produkcji aparatów analogowych.
Postanowiłem dowiedzieć się co zgrabna pani miała na myśli. Dowiedziałem się, że tak bardzo interesuje się fotografią, że wręcz robi zdjęcia. Ucieszyłem się, bo spotkanie drugiej podobnej duszy w tym bezdusznym świecie należy do rzadkości. Niestety moja radość trwała krótko, bo pani nie wiedziała czym fotografuje. Ta odpowiedź oczywiście nie była mi do niczego potrzebna, jednak każdy, no prawie każdy, jak się przekonałem, wie co ma w torbie. Zapaliła mi się kontrolka: uwaga blondynka.

A jak już się lampka święci to można sobie pożartować podprogowo z rozmówcą. Tego typu rozmowa jest o tyle ciekawa, że ja się dobrze bawię, a rozmówca myśli, że go traktuję poważnie. Nie znaczy to oczywiście, że kłamię i ściemniam. Po prostu co jakiś czas kontrolnie sprawdzam zmysły rozmówcy wrzucając trudny temat na który dana osoba próbuje znaleźć logiczne wytłumaczenie. Chcąc nie chcąc, ktoś kto udaje że się na czymś zna robi z siebie idiotę zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy.

Nasza rozmowa trwała na tyle długo, że przyłączyły się do niej kolejne osoby. Ja występowałem jako fachowiec, zupełnie nie wiem dlaczego. Traktowali mnie jak wyrocznię. Jak uznałem coś za zasadne to było ok. Jak coś skrytykowałem to było be.

Pani bardzo się podobała rozmowa. Dla mnie była odskocznią od rutyny. Próbowaliśmy panią przekonać, że jak się interesuje fotografią i chce się w tym kierunku kształcić to powinna chodzić z aparatem, robić zdjęcia, poddawać je krytyce na portalach, poprawiać kadry zgodnie z uwagami oglądaczy, wyciągać wnioski. Najważniejsze z tego to robienie zdjęć, bo inaczej trudno się nauczyć. Ona jednak była bardzo uparta i wydawać się mogło, że woli zapłacić za rok studiowania, dostać papier fotografa i cieszyć się nowozdobytymi umiejętnościami  bez wyciągania sprzętu z plecaka. Na szczęście nic nie trwa wiecznie i moja krótka przerwa w pracy „musiała” się skończyć.

Pod pozorem robienia ciekawego ujęcia odszedłem od niej dziękując Bogu, że nie muszę z nią mieszkać na stałe. Jej mąż, który również włączył się w dyskusję, wydawał się osobnikiem bardzo zakochanym. Zresztą pani była całkiem całkiem (z wyglądu). Nie mam pojęcia co zapamiętała z tej rozmowy, ale biorąc pod uwagę, że wesele zaczęło się o 13, a rozmowa była prowadzona koło 3 w nocy to mam świadomość, że nagadałem się bez sensu. Ale zgodnie ze starożytną zasadą: przecież mówiłem, mam czyste sumienie i poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Marzenia dziecka

Będąc dzieckiem marzyłem by zostać policjantem i strażakiem. Najbardziej mi pasowały oba zawody naraz. Jednak życie bardzo często dyktuje swoje warunki, na które chcąc nie chcąc musimy się zgodzić.

Gdy kończyłem podstawówkę stanąłem przed wyborem dalszego toku nauczania. Nigdy nie byłem naukowym orłem. Wręcz przeciwnie. Nie zależało mi na ocenach, zwłaszcza z przedmiotów humanistycznych. Byłem techniczny. Pewnie odziedziczyłem to po rodzicach - oboje to technicy: mechanik i budowlany. Ale w ósmej klasie moje aspiracje zawodowe urosły, a po głowie zaczęła mi chodzić myśl o zawodzie prawniczym. Nie za bardzo wiedziałem co wybrać. Wiedziałem natomiast, że dostanie się na wydział prawa UJ będzie wymagało egzaminu oraz bardzo dobrych ocen z matury i toku nauczania w liceum. W przypadku niedostania się byłbym na lodzie z dyplomem ukończenia liceum. Bez zawodu, bez większych perspektyw. Postanowiłem iść pewniej przez życie i zabezpieczyłem się na wypadek niedostania na wymarzone studia. Wybrałem technikum kolejowe. Z jednego bardzo przyziemnego powodu chciałem iść do klasy o specjalności elektrycznej - trakcja kolejowa. Czyli chciałem zostać maszynistą. Jednak od dawna chciałem podróżować po kraju i świecie.

Lekarz z kolejowej przychodni, a dokładniej okulista, wybił mi ten kierunek z głowy. No cóż. Alternatywą były drogi i mosty kolejowe, czyli budowlaniec. Pamiętam, że moja wychowawczyni pod koniec roku pytała nas gdzie złożyliśmy podania. Jak powiedziałem odparła po dłuższej pauzie, że ktoś w tym kraju musi pracować. Nie wiem o co jej chodziło. Miałem jednak wtedy wrażenie, że próbuje mnie usprawiedliwić przed sobą i klasą za mój nie najlepszy (wg niej) wybór. Ja jednak byłem mocno do tego przekonany. Nawet nie reagowałem na komentarze kolegów śmiejących się ze mnie.  Po ukończeniu nauki miałem tytuł zawodowy, perspektywę pracy na kolei i otwartą drogę na studia. Był to zdecydowanie lepszy start w życie od osób mających tylko świadectwo dojrzałości (choć nadal uważam że cześć posiadaczy jest niedojrzała pod każdym względem).

W drugiej klasie okazało się, że w wyniku przekształceń nasza szkoła "przeszła" z ministerstwa odpowiedzialnego za kolej do ministerstwa od edukacji. Od mojego rocznika nie było już mundurów kolejowych, wcześniej obowiązkowych na zajęciach i bardzo nielubianych przez uczniów. Niestety nie było też legitymacji kolejowych uprawniających do bezpłatnych przejazdów PKP. Coś za coś. Stając się normalną szkołą straciliśmy pewien klimat. Ale były też zyski. Najlepiej wyszła na tych zmianach moja klasa, bo w tok nauczania wrzucono więcej godzin z budownictwa ogólnego. Przedmiot drogi kolejowe stał się drogami, a uczono nas zarówno o kolejowych, jak i kołowych drogach. Budownictwo ogólne nie skupiało się na budowie stacji i nastawni, ale w całości poświęcone było budowie budynków mieszkalnych. Zresztą tak samo leje się fundamenty czy układa cegły na kolei, co i na normalnym lądzie.

Pięć lat szybko mijało. Najbardziej chciało mi się uczyć przedmiotów zawodowych, chemii i matematyki. Reszta mogła nie istnieć. I nie istniała. Jechałem na trójach, które mi wystarczały w zupełności. Już w pierwszej klasie zdecydowałem, że przyszłość trzeba wiązać z ciekawym zawodem, a nie z nudnym prawem. A że jestem leserem ...

W czwartej klasie stanąłem przed komisją lekarską, która orzekła "niezdolny do służby wojskowej w czasie pokoju" czyli D. To i tak lepiej, bo mój drużynowy dostał E, choć dalej nie wiem za co. Ja dostałem na oczy. Leczyłem się w Witkowicach, więc wystarczyło iść ponownie do specjalisty, powiedzieć że na komisję wojskową potrzebuję zaświadczenie, odpowiedzieć na pytanie "czy chce pan iść do wojska" (odpowiedziałem zgodnie z sumieniem: nie) i cieszyć się zieloną książeczką z odpowiednim paragrafem oraz stopniem szeregowego w stanie spoczynku. Kumpel robił sobie zdjęcia nerek z przyklejonymi taśmą do ciała kamieniami. Też dostał D, bo z chorymi organami nie przyjmowali. Po latach okazało się, że to co było dobre w wieku lat dziewiętnastu niekoniecznie musi być cenne w wieku dwudziestu kilku. Z kategorią D nie mogłem zostać strażakiem, ani policjantem.

Cóż. Najwyraźniej nie dane mi jest spełnienie wszystkich marzeń z dzieciństwa. Czasami tak się dzieje, że sam sobie tę drogę blokuję. Ale to nie znaczy, że żałuję. Jestem bardzo zadowolony z tego co mam i co osiągam. Oczywiście można powiedzieć, że nie mam nic. Ale czy mając coś człowiek jest bardziej szczęśliwy?

wtorek, 2 sierpnia 2011

Czas grzebania

Jedna pozioma kreska w ewidencji obywateli i człowieka już nie ma. Pozostał tylko ślad w postaci nieaktywnego numeru pesel z datą narodzin, nazwiskiem panieńskim i datą śmierci. Jeszcze tylko rodzina uroni kilka łez, znajomi dorzucą bukiet ciętych kwiatów, a grabarz zasypie dołek i po człowieku pozostaną tylko wspomnienia ... i ewentualnie zdjęcia. Koniec.

Jeden w tą czy w tą - co za różnica. W państwie gdzie żyje 38 milionów pogłowia postać staje się anonimowa, a tragedia epizodem lokalnej społeczności. Tylko ksiądz zauważy zmianę bo zamówi mniej obrazków na noworoczną kolędę. Tragikomedia.

W zeszłym tygodniu do św. Piotra teleportowała się dusza znajomej. Nie nieznajomej, nie dobrej znajomej. Po prostu znajomej. Znaliśmy się z widzenia. Więcej mnie łączy z jej dziećmi, bo poza stosunkiem służbowym jeszcze jest to coś, czego cywil nie zrozumie. Choć zauważyłem że fb już nas nie łączy. Ale wracając do tematu. Zginęła nagle i tragicznie w wypadku. Widziałem ją w sobotę rano, a w poniedziałek wieczór już pukała do bram nieba. Taka proza życia. Forrest Gump porównał je do paczki czekoladek. Ja wolę do papieru toaletowego. Nigdy nie wiadomo kiedy się skończy, a po nową rolkę z gołą dupą wstyd iść. Ci co powiedzą, że życie jest jak papier toaletowy … do dupy, też mają trochę racji.

Nie ma telewizji. Nikt nie przyjdzie z radia. Nie będzie wywiadów. Impreza bez akredytacji prasowych. Była baba. Buch. Nie ma baby. Nie ma komisji śledczej. Raportu też nie będzie. Jedynie prokurator orzeknie o winie, ale że deszczu nie osądzi, to umorzy postępowanie. Nikt nie będzie demonstrował. Ot jeden Polak mniej. Jedna z dziesięciu ofiar codziennych wypadków drogowych. Jeden z dziesięciu codziennych dramatów rodzinnych. To cały czas mniej niż dziewięćdziesiąt sześć. Za mało by ogłaszać żałobę narodową. Za mało by przyznawać odznaczenia. Za mało by wpychać się na listy wyborcze. A mimo to dramat i nieszczęście pozostawiające ból i pustkę po sobie.

Syreny wyć nie będą - to nie powstanie. Zygmunt również nie zadzwoni, bo umarł nikt. Ale ten nikt urodził czwórkę dzieci, pielęgnował je, wychowywał. Dziś dwójka z nich jest dorosła, pozostała dwójka też już dorosła ... w jednej chwili straciła dzieciństwo. Jest więc również dorosła. A mąż? A kto by się nim martwił. On tylko stracił numer ewidencyjny. W nocy przytuli się do poduszki i pewnie koło szóstej rano zaśnie, bo ileż można nie spać lub ile można płakać.

A jednak mi ich cały czas żal. Myślami wracam do tych chwil, zaledwie kilku w tym roku. Jak widzę ten uśmiech łzy cisną się na oczy. Była zawsze pogodna, uśmiechnięta nawet jak padało. Matka Polka.

Pogrzeb w środę


niedziela, 24 lipca 2011

Ignorant

Nienawidzę ignorantów. Przebywam aktualnie w lesie. Od dwóch dni wkurzają mnie dwie kobitki. Jakieś znajome komendantki. Blondynki – ze świecą takich szukać. Kompletnie nie myślą nad tym co im się mówi. Zadają głupie pytania i dla zwykłego śmiertelnika odpowiedzi się oczywiste. A one to traktują chyba jak zabawę. Skończyłem im odpowiadać, bo szkoda mojego czasu. Niech sobie poszukają w wikipedii.

A zaczęło się dość niewinnie od rozmowy na temat zdobywania sprawności trzech piór. Z racji, że to zielone blondyny postanowiłem mówić wyraźnie dużymi literami o co tu chodzi. Że na sprawność składają się trzy próby – milczenia, głodu i samotności. Że to próby charakteru, zresztą jak cała sprawność. Że nie jest to proste. Że wymaga koncentracji, ale również i wewnętrznego wyciszenia. Że się trzeba przygotować do tej sprawności. Że nie można tak z ulicy sobie ją zdobywać. Że to krąg dopuszcza. Jak przeszliśmy przez oczywiste pytania, pojawiły się te mniej oczywiste. „Ale jak to bez jedzenia do lasu? To będą głodni chodzić?” No nie będą chodzić głodni, bo mają sobie przygotować ciepłą strawę. „Ja bym ugotowała wodę i miałabym ciepłą strawę”. No może człowieka krew zalać jak się z takimi głupimi kobietami gada. Nie chciało mi się tłumaczyć, że strawa to nie woda, bo ignoruję takie uwagi. Kolejna zauważyła jednak, że wrzuciłaby do wody malinkę i miałaby strawę. To taka zupka a’la homeozupka. Życzę smacznego. Tylko, żeby pani na włosy się ta malina nie rzuciła, bo rudy to brzydki kolor i by nie pasował do twarzy.

Na kolejne pytania w takim razie czym się żywić, odpowiadam spokojnie i pewnie. Ludzie do tej próby przygotowują się latami pracy na obozach i biwakach. Poznają las, a więc poznają również to co w nim można zjeść, na co uważać. Wiedzą jak przetrwać, jak coś ugotować, jak zbudować legowisko. Budowanie kuchni polowej to najmniejszy problem. Oczywiście ponawiane jest pytanie co jeść. Nie wyszukując w pamięci rozglądam się dookoła i mówię. W lesie są grzyby, jagody i maliny. To najprostsze co można znaleźć i przyrządzić. Po chwili dodaję zdania o makaronie z brzozy, kompocie z szyszek i młodych pędów świerka lub sosny. Bez podawania przepisów. Brzmi to chyba mało przekonująco, bo widzę coraz większe rozbawienie na twarzach słodkich idiotek. Rozumiem, że można nie rozumieć tego, bo to ciężki temat dla osoby, która nigdy nie jadła podobnej potrawy. Ale nie cierpię jak ktoś robi sobie pośmiewisko z takiego tematu. Żyją na świecie ludzie, którzy bardzo chwalą sobie możliwość jedzenia darów lasu. Przyjęło się mówić wręcz ‘harcerz nie świnia – wszystko zje’. Z drugiej strony dany delikwent sam do tego lasu chce iść. Nie ma przymusu, jest deklaracja dobrowolności. Chce iść by się sprawdzić, sprawdzić swoje umiejętności, wiedzę. Chce przezwyciężyć strach, ale przede wszystkim chce iść na wielką przygodę z lasem, chce go podglądać jednocześnie stając się przez chwilę jego mieszkańcem. Ta symbioza jest mu potrzebna by osiągnąć kolejny poziom puszczańskiego wtajemniczenia.

A blondyny dalej swoje, coraz większe żarty. Mnie podnosi się poziom agresji, ale z uśmiechem i bez większego unoszenia tłumaczę dalej. Idiota, który nigdy nie był w lesie i tak tego nie zrozumie. Sprawności są na szczęście dla osób mądrych, więc specjalnie się kobitami nie przejmuję. Już mi jest wszystko jedno co im powiem, a co one zrozumieją. Generalnie w cuda nie wierzę, by moje tłumaczenia coś dało. Ratuje mnie pora kolacji. Schodzimy więc na jadalnię.

Kolacja dość skromna. Na tacce jeden rządek kromek z wędliną, a po obu jego bokach rzędy kromek z margaryną. Po kilku chwilach nie wytrzymuję i komentuję, że ta kolacja to cienko wygląda. Blondynki odzywają się swą mądrością i komentują, że jak mi nie pasuje to zawsze mogę sobie ugotować makaronu z brzozy. Ich poczucie humoru było na tyle odbiegające od reszty, że tylko one wzięły to za dobry żart. Reszta ludzi nie zwróciła nawet na to uwagi. Niestety poza mną. Z racji, że miałem już dość życzyłem im smacznego. Trzy razy powtarzałem, za każdym razem jak pojawił się komentarz odsyłający mnie do lasu. Przecież z idiotami się nie dyskutuje, bo to nie ma sensu. Tak właśnie zostałem ignorantem. Przekroczyłem kolejną granicę w kontaktach międzyludzkich.

sobota, 16 lipca 2011

Świat jest dziwny.

Dziwny jest ten świat – śpiewał pewien Poeta. A najdziwniejszy na świecie jest człowiek. Zrozumieć go to ciężka sprawa. Działa podobno irracjonalnie, a że nie lubię trudnych słów, to dodam, że działa w sposób nieprzewidywalny. Tak – jestem człowiekiem. Jeszcze miesiąc temu się żaliłem mojej pani profesor na pewnego ludka, a dziś … dziś śpię w jego łóżku.

Umiejętność przebaczania to fantastyczna instytucja, ale do dupy. Nie da się przebaczyć bez wyjaśnienia pewnych kwestii. A żeby coś wyjaśnić trzeba się z kimś spotkać, co powoduje, że scyzoryk się otwiera w kieszeni. Po co tyle zachodu? Tylko po to by mieć koło siebie kogoś bliskiego? Jaki to ma sens, a jakie znaczenie, zwłaszcza dla rozwoju cywilizacji? Do dupy. Ty ustąpisz, to ja też ustąpię. Nie przeprosisz, to będzie nadal kosa. Jak będzie kosa, to zapomnij o przyjaźni. Kółko zamknięte. Bez pokajania nie ma radości, ale przyznanie się do błędu wymaga dużo odwagi. On zawinił, ale przepraszam nie było. Mimo to rura mi zmiękła.

Spędziliśmy popołudnie i wieczór, głównie na rozmowach. No tak dosłownie to na wywiadzie. Ja pytałem, on odpowiadał, ja pytałem, on odpowiadał, ja pytałem, on … On nie pytał, a ja lubię jak się mnie o coś pyta. Mogę wtedy coś powiedzieć, pochwalić się. Nie należę do gadatliwych ludzi, a już na pewno nienawidzę o sobie mówić bez pytania. Uważam, że to nie w porządku. Nie jestem egoistą, ani tym bardziej egocentrykiem. W zasadzie nienawidzę opowiadać o sobie. Lubię słuchać, a jak już kogoś wysłucham, to chętnie opowiem mu co ja myślę, co czuję lub co przeżyłem.
W zasadzie to nie ma znaczenia. Nie wiem dlaczego, ale dziś nie ma nic znaczenia. Myślami jestem daleko, może nawet bardzo daleko, bo setki kilometrów stąd. Słucham i obserwuję, zapamiętuję, choć za bardzo nie wiem po co. Jest zabawa.

Miałem przyjemność być na koncercie. Zaproszony zostałem z oporami – nie wiem dlaczego. Że niby ja się będę źle bawił z młodymi. No fajnie, ale ja jestem młody nadal. Ostatnio pan rybak dał mi 23 lata! Nie chwaląc się, bo tego nie lubię J, powiem, że 23 – 24 lata dają mi ludzie od … 4 lat. Wcześniej nie pytałem, albo oni nie podawali swoich typów. Niesamowite. Świat się starzeje, a ja nie :D. Z tym wiąże się tez pewna historia sprzed dwóch lat. Będąc na pewnym zlocie przez tydzień osoby z którymi współpracowałem nie do końca zdawały sobie sprawę z mojej rangi, a przy okazji i wieku. Jako „członek zarządu” pewnej organizacji załatwiałem potajemnie dostęp do wody, bo była limitowana, a dla tej służby nie powinna. Po szybkiej wymianie zdań z szefem problem się rozwiązał. Mój wiek i funkcja wyszła na jaw dopiero w przedostatni dzień imprezy, gdy w końcu wylegitymowałem się, bo oczywiście nikt mi nie wierzył co do wieku. Zabawnie było. Na koncercie też było bardzo fajnie. Muzyka, reżyseria, wykonawcy, kapele – niepowtarzalny klimat, a ja dużo nie potrzebuję. Warto było i tyle. Ale nadal nie rozumiem, skąd wątpliwości czy mnie zaprosić. Pisałem i mówiłem mu, że lubię koncerty, lubię przebywać z ludźmi, i choć zamiast mówić obserwuję, to i tak się zawsze dobrze bawię.

Domyślam się, że co bym tu nie napisał to i tak większość czytelników chce doczytać o co chodzi z tym łóżkiem. No więc wracając do łóżka. Leżę sobie i sobie myślę. Onego nie ma – bawi się gdzieś na mieście. Pewnie dlatego mam tę niepowtarzalna okazję. Wróci nad ranem.