wtorek, 13 września 2011

Fotografka

Podczas jednego z wesel, które miałem przyjemność dokumentować fotograficznie zostałem zagajony o kursy fotograficzne, a przede wszystkim o szkoły i akademie kształcące przyszłych fotografów. Temat dość ciekawy, więc i mój wywód do prostych nie należał. A że się trochę znam to postanowiłem sobie pogadać ile wlezie.

Pani, lat około trzydziestu pięciu, interesuje się fotografią i zapytuje czy warto iść do akademii. Podstawa do mojej odpowiedzi jest solidna. Odpowiedź: zawsze warto podnosić swoje umiejętności, zwłaszcza u profesjonalistów, a tacy wykładają w omawianej szkole. W myślach zacząłem zastanawiać się co to znaczy interesować się fotografią. Miałem z tym kilka skojarzeń, oczywiście mocno skrajnych. To najbardziej oczywiste to zajmowanie się fotografowaniem na poważnie lub tylko rodzinnie oraz klubowo. Ale co tu omawiać - prosta sprawa. Mniej oczywiste to prenumerowanie czasopism specjalistycznych, nie tylko ze sprzętem i jego opisem, ale również, a w zasadzie przede wszystkim, z fotografiami, opisem zdjęć, parametrami i ustawieniami aparatu. Trzecia najbardziej skrajna możliwość to interesowanie się fotografią od podstaw, czyli prawie dwieście lat historia fotografii. Pasjonat szaleniec zna każdą ważną datę zapisaną na rolce czasu od powstania pierwszej płytki miedzianej, przez kolorowe zdjęcia Szczepańskiego, powstanie fotografii cyfrowej i wycofaniu z produkcji aparatów analogowych.
Postanowiłem dowiedzieć się co zgrabna pani miała na myśli. Dowiedziałem się, że tak bardzo interesuje się fotografią, że wręcz robi zdjęcia. Ucieszyłem się, bo spotkanie drugiej podobnej duszy w tym bezdusznym świecie należy do rzadkości. Niestety moja radość trwała krótko, bo pani nie wiedziała czym fotografuje. Ta odpowiedź oczywiście nie była mi do niczego potrzebna, jednak każdy, no prawie każdy, jak się przekonałem, wie co ma w torbie. Zapaliła mi się kontrolka: uwaga blondynka.

A jak już się lampka święci to można sobie pożartować podprogowo z rozmówcą. Tego typu rozmowa jest o tyle ciekawa, że ja się dobrze bawię, a rozmówca myśli, że go traktuję poważnie. Nie znaczy to oczywiście, że kłamię i ściemniam. Po prostu co jakiś czas kontrolnie sprawdzam zmysły rozmówcy wrzucając trudny temat na który dana osoba próbuje znaleźć logiczne wytłumaczenie. Chcąc nie chcąc, ktoś kto udaje że się na czymś zna robi z siebie idiotę zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy.

Nasza rozmowa trwała na tyle długo, że przyłączyły się do niej kolejne osoby. Ja występowałem jako fachowiec, zupełnie nie wiem dlaczego. Traktowali mnie jak wyrocznię. Jak uznałem coś za zasadne to było ok. Jak coś skrytykowałem to było be.

Pani bardzo się podobała rozmowa. Dla mnie była odskocznią od rutyny. Próbowaliśmy panią przekonać, że jak się interesuje fotografią i chce się w tym kierunku kształcić to powinna chodzić z aparatem, robić zdjęcia, poddawać je krytyce na portalach, poprawiać kadry zgodnie z uwagami oglądaczy, wyciągać wnioski. Najważniejsze z tego to robienie zdjęć, bo inaczej trudno się nauczyć. Ona jednak była bardzo uparta i wydawać się mogło, że woli zapłacić za rok studiowania, dostać papier fotografa i cieszyć się nowozdobytymi umiejętnościami  bez wyciągania sprzętu z plecaka. Na szczęście nic nie trwa wiecznie i moja krótka przerwa w pracy „musiała” się skończyć.

Pod pozorem robienia ciekawego ujęcia odszedłem od niej dziękując Bogu, że nie muszę z nią mieszkać na stałe. Jej mąż, który również włączył się w dyskusję, wydawał się osobnikiem bardzo zakochanym. Zresztą pani była całkiem całkiem (z wyglądu). Nie mam pojęcia co zapamiętała z tej rozmowy, ale biorąc pod uwagę, że wesele zaczęło się o 13, a rozmowa była prowadzona koło 3 w nocy to mam świadomość, że nagadałem się bez sensu. Ale zgodnie ze starożytną zasadą: przecież mówiłem, mam czyste sumienie i poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz