Od początku tej
podobno wstrętnej demokracji na ziemiach 3 RP mamy co kilka miesięcy wybory.
Słowo 'wybory' sugeruje, że możemy wybierać niczym kupujący towary w markecie.
Wybieramy więc nie tylko ładne opakowanie, ale również najlepszą zawartość, a
wszystko to za przystępną i adekwatną cenę. W rzeczywistości nasz wyborczy
market nie dość, że źle zaopatrzony i z gnijącymi towarami, to cześć z nich
jest przeetykietowanych lub zapakowanych w opakowania zastępcze. Nie kupisz -
nie spróbujesz - nie przekonasz się czym to śmierdzi.
Po niedzielnych
sondażowych wynikach potwierdzonych we wtorek przez krajową komisję gier i
gierek część społeczeństwa - o przepraszam, małe faux pas - cały naród spadł z
krzeseł. Nie dlatego, że do sejmu wybrano aż dwóch murzynów, znaczy
czarnoskórych mieszkańców Afryki (jak na moją znajomość geografii to powinno to
tam gdzieś leżeć). Nie spadli z krzeseł bo do sejmu dostali się Żydzi (oni są
wszędzie). Nawet nie spadli widząc wynik Platformy i PiSu prawie identyczny z
tym sprzed czterech lat. Spadli dlatego, że do sejmu dostał się zlepek
osobowości nijakich.
Nasz ZON, bo
niestety nasz jest, co się może podobać lub nie, to twór jednego aktora
poganiającego swoich przeciwników po scenie sztucznym penisem. Jego świński ryj
przebił nawet takie akcesoria sado-maso jak nożyczki Kołodki, czy niszczarka
Ziobry, i wpisał się znakomicie w dalszą karierę polityczną tego biznesmena.
Czterdziestoosobowa załoga tworzy tak egzotyczny zespół, że jedynie autobus
terrorystów jest w stanie ich przebić popularnością i zakresem możliwych pomysłów.
Ale co tam Palikot. Najgorsze jest to, że ktoś ich wybrał. Jakaś inna banda
zaufała po raz kolejny populistycznym hasłom głoszonym tym razem przez bardziej
inteligentnego człowieka.
Przed wyborami
zastanawiałem się co ludzie widzą w tym osobniku i jego obietnicach. Po
wyborach zastanawiam się jeszcze bardziej. Moje wnioski, choć mało przewrotne,
nie odpowiadają na to pytanie. Ale zdecydowanie lepiej mi idzie szukanie
winnych. Ich hasła wynikają z bieżącego
zapotrzebowania. Jestem skłonny nawet powiedzieć, że były one celowym oszustwem
wyborczym i nigdy nie miały być spełnione.
Antyklerykalizm nie
powstał w zeszłym roku, ale w ostatnim czasie stał się głośny za sprawą krzyża
na Krakowskim Przedmieściu. Każdy obserwator ma swoją wizję tych wydarzeń ...
mam i ja. Awantura, a zwłaszcza jej zaciekłość, wywoływała zażenowanie. Jako
katolik, jako harcerz, jako Polak, wstydziłem się tych scen przed innymi
narodami, do których jeździłem. Była to również dla mnie duża próba
religijności. Zmagałem się z tym problemem wiele miesięcy i nadal jak pomyślę o
tych wydarzeniach czuję jakbym tracił ducha. Mówi się, że duch w narodzie nie
ginie. A jednak co najmniej gubi się niestety co jakiś czas. Mnie udało się go
odnaleźć ... w lesie.
Młodzież pozbawiona
dopalaczy bardzo chętnie poleciała na hasło z legalizacją maryśki. Z jednej
strony legalizuje się coś, co i tak występuje. Pozyskanie w Krakowie zioła nie
stanowi większego problemu. Przy legalizacji przemawia za mną tylko dochód z
akcyzy i podatków do budżetu państwa. Ale jarać musiałoby trochę więcej osób
niż kilka tysięcy, by potencjalny zysk stał się widoczny. Argument wykorzystujący
holenderskie coffeeshopy, belgijskie prawo, czy czeskie apteki też do mnie nie
przemawia. Holendrzy, głównie pod naciskiem Niemiec, powoli wycofują się z
rynku dilerskiego. Czesi z czasem też będą musieli. Ale dla młodego człowieka,
przez 18 lat siedzącego na garnuszku rodziców, każda okazja do manifestacji
swojej wolności jest dobrą okazją. Dodając do tego puste głowy ... efekt już
znamy.
Ale wreszcie powstał
wspólny wróg Kaczora, półTuska i Rydzyka. Wreszcie, po 6 latach walki ze sobą,
mogą zająć się wojowaniem z tworem palikowym. Czy się zajmą? To już zależy
tylko od nich. Czując realne zagrożenie dla swoich ideałów, o które podobno
walczą zajadle, powinni się skupić głównie na przeciwdziałaniu epidemii. A
wystarczy zauważyć drugiego człowieka, potencjalnego wyborcę, i pokazać mu
skuteczne działanie, a nie tylko trucie dupy i straszenie.