piątek, 3 czerwca 2011

Tchórz

Spotkałem dziś panią profesor od polskiego i wychowawczynię w jednej osobie, a w drugiej jej męża pana profesora od jakichś przedmiotów elektrycznych. Nie pamiętam. Do prądu przywiązuję tylko wagę jak mi go brakuje w komórce. No nie ważne zresztą. Spotkałem ich po 14 latach, choć to znowu duże uproszczenie słowne.

...

Dzień dobry pani profesor. Miło panią spotkać po latach. Chciałem podziękować za te 5 lat wspólnie spędzone. Nie było okazji wcześniej, ale bardzo dziękuję. Miała pani rację - szkoły brakuje jak się do niej już nie chodzi. Ale wtedy, 14 lat temu, człowiek był młody i głupi. Wydawało mu się, że jest najmądrzejszy i nie musi wszystkich słuchać dookoła.

Co u mnie? A jak zwykle zapieprzyłem. Moja praca dyplomowa zajęła trzecie miejsce w konkursie NOT. Pewnie pani profesor Maria się chwaliła. Dostałem się na AGH bez egzaminów na budownictwo specjalne. Gdyby tylko mi się chciało uczyć, pani profesor, dziś budowałbym stadiony lub autostrady i to na mnie by wieszali psy. No ale cel wyższy miałem. Poświęciłem swoje studia na rzecz kilkudziesięciu dzieciaków. Ktoś im musiał obóz zorganizować. A ja zawsze byłem prospołeczny i robienie innym dobrze miałem i mam dalej we krwi. No i zawaliłem fizykę, a bez tego ani rusz. We wrześniu zamiast do poprawki poszedłem do pracy. Castoramę otwierali. Załapałem się na zatowarowanie sklepu, później już na stałe. Tzn. do kolejnych wakacji. A jak! Przecież obóz ktoś musiał zorganizować. Wylądowałem na prywatnej uczelni. Płaciłem przez trzy lata, więc dyplom się należał. Zdobyłem licencjat z ekonomii. Gospodarka samorządowa. Nie pracuję ani w administracji, ani w budownictwie, że nie wspomnę o kolei. Prowadzę firmę.

No tak. Największym moim osiągnięciem jest prowadzenie firmy, znaczy działalności gospodarczej. Też mało związany zawód z nauką. No chyba, że traktujemy użytkowanie dróg na równi z ich budową. To zmienia postać sprawy. Jako kierowca jestem specjalistą od doglądania budów. Swoją drogą to czasami moi znajomi rzucają hasłem, że w Polsce drogi są do dupy, same dziury, a do tego nic się nie buduje. No jasne. Eksperci 'zafajdani'. Siedzą całymi dniami przed komputerem, albo jeżdżą z osiedla do centrum. I co oni wiedzą o budowach? Po chwili rozmowy nagle się okazuje, że dwa dni temu jechali taką fajną drogą dwupasmową, prostą, bez dziur, ze świeżym asfaltem, zieloną trawą. No i było super. Jak gdzieś tam człowiek jechał to nagle zobaczył, że obwodnica Krakowa powstała, albo kolejny odcinek autostrady. Kolejne ulice są w remoncie, itd. No faktycznie nic się nie buduje. Nic tylko narzekać potrafią.

Więc pani profesor jestem ekspertem od budów. Co jakiś czas przejadę na inspekcję po drodze lub budowie. Doradzę pod nosem co robić. Zapiszę wizytę w dzienniku, nie budowy co prawda, ale tym umysłowym, i pojadę dalej, na kolejną budowę. Dzięki pani i szkole do której trafiłem wiem co robią chłopaki. Jestem wyjątkiem, bo większość baranów nie wie. Słucha tylko polityków jednego wyznania i powtarza jak mantrę 'jest źle, a będzie jeszcze gorzej'. Rano tylko patrzą przez okno co się nie udało. Byle tylko potwierdzić słowa w które sami chyba nie wierzą tak do końca.

W pamięci mam naszą klasówkę z fizyki, gdzie podłożyliśmy gotowce. Pech chciał, że zadanie było bardzo charakterystyczne i nikt nie przewidział, że pani o trzech nogach, chcąc by wszyscy napisali, dała zadanie bardzo proste. Jeszcze się przerwa dobrze nie zaczęła jak wybuchła afera w szkole. Pamięta pani? Na zebranie z rodzicami przyszliśmy. Nie było mi wstyd. Dalej nie jest. Pani słowa, choć bardzo dobre i na miejscu, do mnie nie trafiły. Były zbędne, bo wiedziałem, że postąpiliśmy źle. Ale w tej chwilowej solidarności klasowej byliśmy razem, nikt się nie wyłamał, i ja z tego się cieszę. Powiem pani, że podobną sytuację wywinęli mi chłopaki w Zakopanem jakieś dwa lata temu. W Poniedziałek Wielkanocny ... (autocenzura). Ochrzaniłem ich, bo musiałem. Ale też podałem pomocną dłoń. Wszystko w dość wesołej atmosferze, ale najwyraźniej mam inne podejście do młodzieży. Pani ma większe doświadczenie, a ja jednak wierzę w ludzi, w ich słowo. Wiem, że po raz drugi tego nie zrobią.

Zajmuję się jeszcze fotografią. Amatorsko co prawda, ale na razie ćwiczę. Drogi zawód. Dziesięć i pół kilo sprzętu kosztuje tyle co pięcioletnia limuzyna. Jak chodzę z plecakiem to zastanawiam się dlaczego kupiłem lustrzankę ze zmienną optyką, a nie dwustu gramowy kompakcik. Jak później oglądam zdjęcia to przypominam sobie powód zakupu. Chcę robić zdjęcia na ślubach i uroczystościach. W planie mam również wejście do szkół, ale to wymaga czasu i sprytu. Nie mam czasu bo jeżdżę. A jak nie jeżdżę to i tak nie chce mi się iść do szkół. Muszę się pozbyć lenia. W szkole mnie pani trzymała krótko. Teraz za bardzo nie ma kto mnie uwiązać. Ale z tego powodu nie żałuję. Robię to na co mam ochotę. Chciałbym pracować dla jakiegoś czasopisma. Dziennik, tygodnik, albo nawet miesięcznik. Ale muszę poćwiczyć jeszcze trochę by się przebić. Tu też mam pomysł, ale jeszcze chwilkę musi poczekać. Wiem, że byłoby łatwiej z drugą osobą to rozkręcać. Miałem wspólnika, ale zrezygnował. Trudno. Marzenia poczekają trochę dłużej.

Wyjątkowo pozytywnie pani na mnie działa po latach. W technikum nigdy tylu słów nie wypowiedziałem przez miesiąc. A dziś w ciągu chwili dostałem słowotoku. Czasami trzeba się wygadać. Miałem kiedyś przyjaciela, z którym rozmawiałem o wszystkim czasami przez pół nocy. Wyszło jak wyszło. Małe niedogadanie, parę słów za dużo w mailu, i mnie wystarczyło. Ale z drugiej strony to on powiedział, że woli rówieśników, bo ze mną to wstyd się zadawać. Bo ja stary jestem. Pani stara? No coś pani profesor wymyśliła. Wygląda pani młodziej niż te kilka lat temu. Pewnie odkąd nie jest pani wychowawczynią 'dróg i mostów' to lata lecą wolniej. Też bym tak chciał. Ale chory jestem. Nic poważnego. Sprawy sercowe. Można powiedzieć, że strzała Amora mnie dosięgła. Ale spokojnie. Nic mi nie jest. Jedynie biegać nie mogę, i szybciej się męczę, i w góry już nie chodzę. Tego żałuję najbardziej. Ukochałem je jeszcze będąc w technikum. Bywałem tam często, samemu, bo tak najlepiej. Samotnikiem jestem w końcu. Rakiem z przekonań i zodiaku.

Ale jeżdżę często do Zakopanego. To nie to samo co kiedyś. Teraz ja się włóczę po Krupówkach, a jeszcze kilka lat temu śmiałem się ze sklepowych turystów. No inwalida ze mnie. Ale będzie dobrze. Czasami się wybiorę na mały spacer w Tatry, bo je cały czas kocham i tęsknię za nimi. Dziś spotkałem kolegę jadącego w góry. Na Mnicha się wybiera z kolegą. Jak ja mu zazdroszczę. Ale się wybiorę w tym roku wysoko jeszcze. Całe życie ryzykuję, więc co mi szkodzi. Rekordów nie pobiję, ale będzie fajnie. Niech się pani nie martwi. Dam radę. Żeby z kimś iść? A kto z takim dinozaurem pójdzie, pani profesor.

To co, do zobaczenia. Może na piętnastolecie matury coś zrobimy, to będzie okazja wypić herbatę przynajmniej. No to miłego dnia i do zobaczenia. Ściskam serdecznie ...


...

Szkoda że jestem cykor. Nie podszedłem do nich. Nie pogadałem, a mogło być tak wesoło i miło. Może następnym razem. Na pewno następnym razem. Tylko czy będzie kolejna taka okazja. Zawsze pluję sobie w brodę jak z czegoś zrezygnuję, zwłaszcza ze spotkania z kimś mi bliskim. Jestem tchórzem!