niedziela, 4 września 2016

Przygodynka cz. 1

Co ja tutaj robię? Takie pytanie zadaję ja sobie, ale moi znajomi mają lepszą wersję: co ty tam robisz? Ale nim do tego co ja tu i tam robię, to może kilka słów o tym jak się tu lub tam znalazłem.

Rok temu rozpocząłem wielką przygodę życia i opuściłem piękny Kraków i ukochaną Polskę, by szukać szczęścia/pieniędzy/przyjaźni/przygody po świecie. Zdobywanie doświadczenia w różnych specjalizacjach, a do tego zwiedzanie kraju w którym się pracuje okazało się dobrym rozwiązaniem dla mnie. Przez pięć miesięcy miałem okazję być oficerem na statkach handlowych (hmmm tom pozwiedzał :P ). Po przepłynięciu 42.000 mil morskich mogę spokojnie stwierdzić, że jeszcze tam wrócę. Morza i oceany pokochałem od pierwszego rejsu, a dokładniej mówiąc pod podróży pociągiem w 1997 roku na trasie Gdańsk - Kraków.

Miałem przyjemność jechać w przedziale razem ze starym marynarzem, który akurat wracał do domu po kontrakcie i opowiadał jak to jest fajnie. Z racji, że byłem dopiero po obronie pracy dyplomowej, a przed maturą (pomiędzy tymi wydarzeniami załatwiałem formalności związane z organizacją obozu) przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie powinienem składać papierów na uczelnię morską. Ale również tradycyjnie wybrałem to co wybrałem z pierwszych przemyśleć i zdania nie zmieniałem.

Tak więc trochę sobie popływałem po Oceanie Indyjskim, poznałem wielu ludzi, a z częścią udało mi się nawet zaprzyjaźnić. I o zgrozo zrozumiałem, że jest mi do nich bliżej, niż do tych co zostali za mną (w tyle). Jeżeli ktoś był nad Bałtykiem i podziwiał zachody słońca, to pewnie zostały mu w pamięci na długie miesiące lub lata. Moja wachta przez 4 miesiące przypadała od 4 do 8 rano i wieczorem, co dawało mi ponad 100 wschodów i zachodów słońca bardzo malowniczych w coraz to nowej scenerii. To była taka mała odskocznia od rutynowego gapienia się w zielone ekrany radarów na przemian z wytężaniem wzroku przez lornetkę w poszukiwaniu oznak potencjalnego zagrożenia.

Kilka miesięcy po powrocie z tej przygody zapragnąłem nauczyć się nowego zawodu. Tym razem miała to być praca na szklarni przy sadzonkach w krainie z wiatraków słynącej. A przynajmniej tak mi się wydawało.

sobota, 27 sierpnia 2016

Gęba tchórza

Nim przejdę dalej czas na dwie retrospekcje. Mój ostatni wpis wywołał spore poruszenie. Dostałem nawet kilka głosów od osób pozytywnie odbierających moje słowa. Bardzo mnie to cieszy, bo spodziewałem się raczej głosów negatywnych i tych broniących tajemnicy poliszynela. Ale wypada dodać kilka słów.

Choć na takiego nie wyglądam - nie chodzę łysy, nie mam wytatuowanej kotwicy na lewym ramieniu, a na prawym nie noszę biało-czerwonej opaski - jestem harcerskim konserwatystą. Dochodziłem do tego latami, popełniając różne błędy, czasami się z nimi źle czując, ale właśnie dzięki temu doświadczeniu jestem otwarty na ludzi. Nie pamiętam sytuacji, w której ktoś ode mnie usłyszał odejdź, nie nadajesz się. Co wcale nie znaczy, że toleruję łamanie PH.

Natomiast mój konserwatyzm nie ma związku z fundamentalnym radykalizmem okraszonym odrobiną katofermentu. Zamiast bujać w obłokach w samozachwycie podziwiając świat zbudowany w czeluściach szarych komórek towarzyszy wolę twardo stąpać po ziemi w realnym świecie. Ludzie zawodzili, zawodzą i będą zawodzić. Tak samo jak ja zawodziłem, zawodzę i pewnie będę zawodził innych. Tak jest zbudowany ten świat. Zawsze znajdzie się ktoś rozczarowany. Jednak najważniejsze by właściwie wybrać drogę, którą się podąża. Niestety część ludzi w mundurach zapomina, że nie da się iść dwoma ścieżkami jednocześnie biegnącymi w dwóch różnych kierunkach.

To trochę dziwne, że dinozaur wspomina o takich podstawach jak przykład własny, ale mam nieodparte wrażenie, że bardzo duża część uczestników kursów metodycznych albo przespała zajęcia o podstawach wychowawczych, albo skoncentrowana była na cyckach kucharki, tudzież pośladkach ratownika i niezbyt dokładnie słuchała mądrych wykładowców. No bo nie mieści mi się w głowie, że organizatorzy szkoleń zapominają przekazać tak istotne wartości. A jednak jest gdzieś poważna dziura.

A o co chodzi z tym przykładem? No zatem można powiedzieć, iż było to tak:
W okolicach 33 roku naszej ery pewien Żyd o imieniu Jezus powiedział do swoich uczniów: Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem ... (Mt 28, 19-20). Co to ma wspólnego z harcerstwem? Instruktor to nauczyciel - wychowuje nie tylko tym co mówi, ale przede wszystkim tym jaki jest, jak postępuje, czy jest prawdziwy i autentyczny, skromny i szlachetny, czy stanowi zupełną odwrotność tych haseł. Powtarzałem to wiele razy, więc teraz warto napisać. W życiu, nie tylko tym w mundurze, ale tym codziennym również, w pracy, szkole, na wakacjach z rodziną i pod namiotem z przyjaciółmi, w Polsce, Europie i na innych kontynentach, a nawet na morzach i oceanach, cały czas wychowujemy innych i kształtujemy siebie. Każdego dnia wstajemy z podstawowym założeniem - być lepszym człowiekiem dziś niż byłem wczoraj. I jak tego k...wa dalej nie kumasz, to złóż mundur w kostkę i daj sobie spokój, bo harcerz z ciebie do dupy, a instruktor jeszcze gorszy.

Drugi powrót myśli dotyczy czasu bliższego. Miałem przyjemność z końcem lipca poznać co to znaczy braterstwo ... oraz z jakimi idiotami mam do czynienia. Pozwoliłem sobie stwierdzić fakt, iż na stronach organizacji harcerskich (wszystkich) więcej jest zdjęć selfie z ŚDM, niż ukazujących harcerzy podczas służby. Nie było to stwierdzenie ani obraźliwe, ani tym bardziej zgryźliwe, ale wywołało to falę oburzenia. Jestem w stanie zrozumieć, że osoby pełniące służbę były przemęczone i przez swoją głupotę podchwyciły temat hejtowania mnie w komentarzach. Jednak zupełnie niezrozumiałe dla mnie było i jest podcieranie sobie gęby moim wpisem przez osoby usprawiedliwiające się w komentarzu, że one by bardzo chciały być w Krakowie ino że są na "prywatnym wyjeździe" lub wykonują inne obowiązki. Drodzy usprawiedliwiacze - gdybyście chcieli być na ŚDM, to byście tam byli. A pieprzenie, że przez 3 lata nie da się zaplanować urlopu lub wyjechać prywatnie w innym terminie jest kpiną z własnej inteligencji i obrazą instytucji logicznego myślenia.

Podobnie niezrozumiałe jest dla mnie jak można zakazywać komukolwiek wypowiadania się na temat wydarzenia w którym nie bierze się udziału, zwłaszcza czynnego. A pisze to osoba na pierwszy rzut oka wykształcona, z dorobkiem na sali rozpraw, gdzie sama osądza czyny innych osobiście nie będąc ich naocznym świadkiem. Zgodnie z taką logiką należałoby trzymać język za zębami w sprawie Olimpiady, zdobytych (lub nie) medali, zamachów terrorystycznych na świecie, a z własnego podwórka to nawet w sprawie zdobytych sprawności na obozie obok lub jakości polskiej edukacji.

Z całego tego zamieszania najzabawniejsze są dwie sprawy. Po pierwsze wpis nie był otagowany żadnym emblematem wskazującym jakąkolwiek organizację. Komentujący w swej nadgorliwości sami postanowili upartyjnić swoje wpisy - przejaw popisania się niezwykłą sprawnością umysłu? A po drugie część piszących jaki to mój wpis jest zły i ile tysięcy ludzi obraził oraz jak bardzo ja muszę zazdrościć im służby miało czelność napisać mi przeprosiny w prywatnej wiadomości. Żenada moi drodzy, ale nie będę tego publikował byście mogli zachować choć odrobinę twarzy (dosł. gęby) przed swoimi znajomymi.

A teraz pora przystąpić do pisania, co ja tu robię :)


niedziela, 3 kwietnia 2016

Harcerski hipokrytyzm

Jakieś 20 lat temu jeden z moich profesorów powiedział, że w życiu nienawidzi głupoty i kłamstwa. Będąc uczniem nie do końca rozumiałem o co mu chodzi, zresztą specjalnie nie uważałem, że te słowa dotyczą mnie. Ani się nie uważałem za głupka, ani tym bardziej za kłamcę. A moje szkolne otoczenie - cóż, każdy ma swoje sumienie, swoją mądrość, a zwłaszcza moralność i nie mnie oceniać. Zresztą kogo jak kogo, ale kolegów i koleżanki ze szkolnych ław lubiłem. Życie jednak jest bardzo przewrotne, a pamięć wyjątkowo wybiórcza. Nie jestem w stanie zarecytować żadnego wiersza uczonego na pamięć w szkole, mam duże braki historyczne, nie znam prawa Ohma, a zasad falowanie nie zrozumiałem do dziś. Jestem za to dobry z chemii i matematyki, i tu również posłużę się cytatem z życia: umiesz liczyć licz na siebie. Jednak to właśnie w pamięci zachowane są również pewne mechanizmy dające możliwość oceniania innych, również pod kątem ich prawdomówności oraz mądrości.

Biblijne kto bez winy niech pierwszy rzuci kamień zupełnie do mnie nie pasuje. Nie dlatego, że nie potrafię rzucać kamieniami. Jestem z Huty, w okresie mojego dzieciństwa po osiedlu jeździły BWP, a torowisko tramwajowe było granicą dwóch zwaśnionych osiedli zamieszkiwanych przez rzesze młodych ludzi. W takich czasach trudno nie umieć rzucać i do tego szybko biegać. Nie chwaląc się w podstawówce brałem udział w zawodach sprinterskich reprezentując moją szkołę, ale nie było okazji by te umiejętności wykorzystywać na co dzień - brat, jego koledzy i moje nazwisko wystarczały. Nie rzucam kamieniami, bo żyję w świecie zbudowanym na silnej podstawie moralnej. Być może to myślenie iluzoryczne, ale w tym świecie ci źli sami odchodzą bez konieczności wyciągania na światło dzienne ich sprawunków. No tak, racja ... fejsbuk.

Kiedyś, gdy byłem jeszcze młodym i nieupierzonym harcerzykiem, mój drużynowy Witek wpoił mi jedną prostą zasadę. Harcerzem jest się przez całe życie. No tak, ale życie życiem, a harcerstwo harcerstwem, ktoś powie, dużo innych pomyśli, a część nawet się pokusi i zrobi. I robią dokładnie w ten sposób. Są harcerzami przez 2 godziny w tygodniu, 8 godzin w miesiącu, podczas wakacji przez kilka tygodni i tydzień na ferie zimowe. Nie żyjemy jako harcerze w zamkniętym świecie, więc nie ma się co oszukiwać, że występuje tu alkohol, tytoń, a nawet pewnie i inne używki, w szarych i zielonych szeregach są wierzący, wierzący na niby i niewierzący każdego z wyznań, a jak nas najdzie chcica to potrafimy rozładować również napięcie seksualne, czasem strzelając gola koleżance, a innym razem niekoniecznie. Mówienie, że głęboko wierzę, iż takich osób w harcerstwie nie ma to czysta obłuda i okłamywanie samego siebie. Skoro mieszkają ze mną na klatce, w bloku, podróżują ze mną tramwajem i pracują biurko obok mnie, to dlaczego ma ich nie być w zastępach, drużynach, hufcach, komendach itd. Przecież harcerze to tacy sami ludzie jak reszta. Różnią się tylko tym, że są bardziej sfiksowani na jakiś temat, potrafią posługiwać się mapą, znają morsa i udają się za kogoś lepszego.

Skoro cały świat jest pełen hipokryzji, to dlaczego ma jej nie być w harcerstwie? Kiedyś osoba, którą uważałem za przyjaciela udowodniła mi swoimi czynami, że obłuda w wykonaniu instruktora, któremu zaufała większość jest jeszcze bardziej dosadna. Stając się liderem grupy stał się nagle strażnikiem moralności. Zaglądanie kto z kim sypia na obozach, wyciąganie z tego powodu konsekwencji służbowych łącznie ze straszeniem o usunięciu, wyszukiwanie pijaństwa stało się pewną obsesją. Rozmowa zastąpiona była groźbą, a zdrowy rozsądek przesłonięty był ideologiczną wizją zbawienia świata. Można się zapytać co w tym dziwnego. W końcu mowa o organizacji wychowawczej, opartej na ideałach, głęboko zakorzenionej w Kościele katolickim. I tu powrócę do słowa hipokryzja, albo lepiej do jego zdefiniowania: fałszywość, dwulicowość, obłuda. Zachowanie lub sposób myślenia i działania charakteryzujący się niespójnością stosowanych zasad moralnych. Udawanie serdeczności, szlachetności, religijności, zazwyczaj po to, by wprowadzić kogoś w błąd co do swych rzeczywistych intencji i czerpać z tego własne korzyści.

Pozwólcie, że nie będę wchodził głębiej w temat. Każdy myślący potrafi wyciągnąć wnioski, ale tak trochę podpowiadając powiem: karanie naganą instruktora za spanie na obozie w jednym namiocie ze swoją narzeczoną jednocześnie sypiając ze swoją w jednym łóżku przez kilkanaście miesięcy przed ślubem, karanie usunięciem instruktorów za spożywanie alkoholu w sytuacji, gdy ten alkohol piło się razem z nimi, piętnowanie rozwodników w sytuacji, gdy życie układa swój scenariusz każdemu małżeństwu. Nie ma podwójnych standardów moralnych w harcerstwie. Przestańmy udawać, że jesteśmy święci.

No dobra. Trochę mnie poniosło z tą świętością. Nikt po złożeniu Przyrzeczenia nie staje się świętym. Staje się dopiero harcerzem z wyznaczoną drogą do celu. Czy ta droga zaprowadzi do świętości jak Frelichowskiego, czy na manowce, to tego nikt nie wie. Jednak podążanie tą drogą nie jest jednoznaczne z zakazem skrętu w lewo, w prawo, zatrzymaniem się na siku, podziwianiem widoków. Wręcz przeciwnie. Jako harcerz, instruktor, wychowawca mam pełne prawo do własnego myślenia, podejmowania decyzji, brania odpowiedzialności, eksperymentowania, poszukiwania szybszej, może lepszej drogi. Mam również prawo wyjść poza obrys tej drogi wytyczonej, cholernie szerokiej, ale jednak z ograniczeniami. Mam prawo iść na piwko, zapalić papierosa, pokochać się, przekroczyć prędkość, nie zapłacić podatku, zwyzywać ministra, spojrzeć jednoznacznie na piersi sprzedawczyni w sklepie, podeptać trawę, usunąć ciążę, wyciąć drzewa, zapalić dżointa, złamać nogę, zastrzelić wroga, skoczyć ze spadochronem, krytykować innych. Ale każdorazowe skorzystanie z tych dóbr to jednocześnie powrót na początek drogi. Pewien reset. Upadłem, pogrążyłem swoje morale w gównie, ktoś podał mi rękę (nie udawajmy, że harcerz sam wstanie), pomógł się obmyć i zapieprzamy dalej drogę. Tak jak w Kościele by przyjąć Ciało Chrystusa muszę mieć pełne rozgrzeszenie, tak samo w harcerstwie by po upadku iść dalej trzeba mieć czyste sumienie, chęć poprawy, a przede wszystkim chęć naprawy wyrządzonego zła. Bez zwyczajnego pojednania z innymi, bez słowa przepraszam, bez odrobiny zadumy nad swoim postępowaniem nie ma mowy o powrocie na szeroką drogę prowadzącą do szczytu ideałów.

Może ktoś się będzie zżymać, że czasami jestem wybuchowy na fejsie - tak, jestem i mogę tylko przeprosić, jeżeli ktoś się poczuwa urażony. Jednak gdy słucham lub czytam, że osoba o podwójnej moralności, największy hipokryta jakiego znam, osoba, która była w stanie spieprzyć swoje życie, chce kandydować do rady stojącej na straży moralnych zasad w organizacji ideowo-wychowawczej to mnie krew zalewa. Człowiek znikąd, jak sam o sobie mówi mający wiele za uszami, najpierw powinien pokazać, że jest dobrym instruktorem, który powrócił na jedyną słuszną ścieżkę, a dopiero później walczyć o prawo do wyznaczania jej przebiegu. Nie ma innej możliwości i choć nie jestem mściwy, ale pamiętliwy, jak mawiał inny mój kolega, to potrafię za magiczne słowo nawet zapomnieć zło jakie ktoś wyrządził.


sobota, 19 marca 2016

Jedno się kończy ...

Tydzień temu miałem okazję wziąć udział w pewnych wyborach. Dla zdecydowanej większości ludzkości, nawet tej lokalnej skupionej wokół wspólnego projektu zwanego Polską, było to wydarzenie niezauważalne. Bo czymże jest pierd motyla w Zakopanem podczas zimy? Dla mnie jednak było to niezwykle ważne wydarzenie z banalnego powodu. Zakończyła się moja ośmioletnia przygoda w zimowej stolicy (Mało)Polski. Ostatni rok nie był bardzo intensywny, ale za to początki były niezwykłe. Ale po nitce do kłębka ...

Określenie, że początki są trudne to bardzo łagodne powiedzenie. 6 marca 2008 roku wyrzucony zostałem na środku oceanu, bez koła ratunkowego, ani tym bardziej skafandra termicznego, a jedyny kierunek jaki mi wskazano brzmiał: zrób porządek do wakacji. Ta jasne. Porządek! I tak się zaczęła przyjaźń. Opisywać nie mam zamiaru co się działo, jak się działa i co się stało, że zamiast zlikwidować postawiłem środowisko na nogi. Warto wspomnieć, że szkodnik który mnie tam wysłał z premedytacją podkładał nogę mnie i chłopakom, a jak szło już całkiem dobrze zaorał likwidując młodnik.

Na szczęście Bozia obdarzyła ludzi mózgami po to by z nich czasami korzystali i tym sposobem nieudana likwidacja dała więcej siły mnie oraz chłopakom. Obdarzony dużym kredytem zaufania zaufałem również i ja, a przede wszystkim uwierzyłem w mądrość Baden-Powella, który powiedział: Oto klucz do szczęścia; nie brać rzeczy zbyt tragicznie, robić co możecie naj­lep­sze­go w da­nej chwi­li, życie uważać za grę, a świat za boisko. W języku pojęcia: nie da się, to jest niemożliwe, to się nie uda zastąpione zostały przez: da się, to jest możliwe, uda się. Zaczęliśmy w to wspólnie wierzyć i rozwiązywać problemy, czasami omijać kłody, a innym razem wykorzystywać je do budowy własnych rozwiązań. Z racji, że nadzieja tonie ostatnia, tam potrzebna była odrobina wiary w nich, dobry pomysł, kawałek nowości i przykład osobisty. Bardzo szybko stało się dla mnie jasne, że specjalnie bez wysiłku wystarczy odtworzyć to co robiłem dwadzieścia lat wcześniej by wzbudzić zainteresowanie. Bo choć jesteśmy w jednym ruchu, każdy z nas jest inny, każdy z nas jest wychowany trochę inaczej (przez rodzinę, szkołę, otoczenie), w końcu każdy z nas musi odkrywać cały czas świat. Ja przekazywałem moje doświadczenia i pomysły, a chłopaki chłonęły je jak gąbka wodę, gdyż dla nich, choć świetnie przygotowanych przez poprzedników, była to nowość. Dla mnie była to wielka zabawa.

Nie zawsze szło po mojej myśli, nie wszystko się udawało, czasami trzeba było podchodzić do tematu kilka razy, a czasami należało odpuścić, bo straty byłyby większe niż korzyści. Nowej roli uczyłem się niesłychanie szybko. Równie szybko zmieniałem plany i dostosowywałem je do bieżących potrzeb. Kilka lat później nazwane zostało takie działanie jako "plan dynamiczny", co oznaczało ni mniej ni więcej brak stałego planu, a ten nakreślony chwilę wcześniej mógł się w każdej chwili zmienić. Ale warto podkreślić, że nie był to chaos. Kapitan Chaos to zupełnie inna historia ;)

Z mojego pierwszego spotkania pamiętam jedno pytanie: Maćku - jakie masz plany? Nie pamiętam odpowiedzi, ale w tamtym czasie milczałem więcej niż mówiłem, skupiałem się bardziej na obserwacji i nie dawałem się poznać jako człowiek bez planu. Jednak planu nie miałem żadnego. Bez rozpoznania ciężko planować, bo każdy wymagał podejścia indywidualnego. Do dyspozycji miałem jednego instruktora lat 20 i małolatów w wieku 16 - 17 lat. Pierwsze osiemnastki były dopiero przed nami. Czego się nie tknąłem rozlatywało się. Przyjąłem prostą metodę - nie każdy problem da się rozwiązać i skupiłem się na tym co najważniejsze, czyli budowaniu. Na naszym pierwszym obozie były 3 drużyny w dwóch obozach. Pierwszy dość liczebny 18 osobowy, doświadczony, drugi łącznie chyba 16 osobowy z czego 5 w komendzie złożony z dwóch drużyn, w którym rządziłem ja. I były to bardzo trudne wakacje. A po obozie był jeszcze trudniejszy kurs, po którym poczułem na własnej skórze głupotę innych rzekomo wychowawców.

Cztery pierwsze lata wystarczyły, by małe ognisko przerodziło się we wspaniały projekt, by z małej gromadki liczącej koło 30 osób było nas prawie 100, by z drużyn na poziomie próbna-nicość mieć dwie drużyny najwyższej kategorii, które z sukcesem mogą rywalizować z każdą jednostką w Polsce.

***
Kilka lat temu przeczytałem wywiad, w którym redaktor zadawał pytania, a w związku z brakiem odpowiedzi od osoby pytanej sam na nie odpowiadał. Posłużę się podobnym formatem, z tym że pytania zadam sobie sam i sam na nie odpowiem.

M: Czy jestem dumny?
S: No jasne!! Jestem dumny z wyników drużyn, z instruktorów którym pomogłem. Jestem dumny z każdego młodego człowieka wstępującego do drużyny, któremu szkodnik nie chciał dać szansy na poznanie fantastycznego projektu Baden-Powella z sukcesem przeniesionego na grunt rodzimy przez Małkowskiego. Jestem po latach nawet dumny z samodzielnej akcji zastępu Kacpra, bo tak na prawdę, choć jej nie popieram i uznać nie mogę za pomysłową, jest jednak przykładem akcji samodzielnej.

Warto wspomnieć, że ja dawałem tylko nadzieję, podawałem pomocną dłoń, wskazywałem kierunek działania, ale nie ciągałem tego za sznurek. Można było mi zaufać i iść razem ze mną lub iść własną drogą. To drugie rozwiązanie wybrało wielu, ale mieli do tego prawo. Każdy też musiał się sam zdecydować do tego co chce i którą ścieżką pójdzie. Wytrwali zawsze wygrywają, ale wygrani w tym wypadku to nie tylko ci co zostali, ale też ci co dołożyli swoją cegiełkę do budowy na każdym etapie projektu.

M: Czy to co robiłeś było dobre?
S: Dobre pytanie. Bardzo długo się nad tym zastanawiałem, zwłaszcza w sytuacjach gdy podejmowałem naprawdę trudne decyzję występując przeciw głupcom. Starałem się nie schodzić do ich poziomu i chyba to bardziej ich denerwowało, niż to co robiłem. Miałem bardzo dobrych nauczycieli z których czerpałem i choć pozostaną bezimienni to należy im się wielki ukłon z mojej strony. Warto wspomnieć, że nie łamałem prawa, choć poruszałem się na jego granicy zgodnie z zasadą co nie jest zabronione jest dozwolone. Mało tego - każdy mój ruch był przemyślany, a czasami skonsultowani z drużynowymi. Podczas tych rozmów wykładałem kawę na ławę i wyjaśniałem jaką karę wymierzy mi moja władza jak zrobimy tak i tak.

Poza kłótniami na linia ja - moi przełożeni cała reszta była bardzo dobra. Ja bawiłem się przednio, nawet podczas akcji na które jechało nas kilkoro.

M: Z czego jesteś najbardziej zadowolony?
S: Z każdego roku można by wybrać po kilka akcji, którymi moglibyśmy się pochwalić. Ale do takich najważniejszych zaliczę na pewno pierwszy nasz wspólny obóz, który prawie by się nie odbył. Nie chcę przeceniać mojego wpływu, bo był raczej symboliczny na tę decyzję, ale jednak na moje żądanie wieczorem w Wielki Piątek spotkaliśmy się w Murzasichlu i zdecydowali na jego organizację. Wszyscy pukali się w czoło, bo to Wieli Piątek, święta, duperele, ale jak się coś robi, to nie można na pół gwizdka. Albo całym życiem, albo wcale. Inny ważny moment, to dzień gdy szkodnik powiedział swoje ostatnie zdanie odchodząc z funkcji i z premedytacją rozwiązał to co odtwarzaliśmy przez dwa lata. Kilka dni później otrzymałem poparcie instruktorów i drużynowych do działania i powołania nowego hufca. Nie było rozpaczy, a wręcz przeciwnie. Był uśmiech na twarzy i rechot w sercach. I chyba ostatni z ważnych momentów to chwila ogłoszenia rywalizacji o miano najlepszej drużyny na wejherowskim rynku w 2012 roku. Gdybym nie znał wyników od kilku godzin mógłbym paść z wrażenia. Trójka trzecia, a Szóstka też miała szanse na dobry wynik, ale niestety zabrakło jednego harcerza.

Choć wtedy już nie byłem hufcowym od 4 miesięcy było to piękne podsumowanie mojej pracy. Takich ważnych chwil było wiele. Zarówno grupowych, drużynowych i hufcowych, jak i tych indywidualnych związanych na przykład ze stopniami.

M: Przeważnie przy takich wywiadach pojawia się pytanie z czego nie jesteś zadowolony? Czego ci się nie udało i co uważasz za porażkę?
S: Harcerstwo to zabawa grupowa. To nie jest teatr jednej osoby, choć wielu się wydaje, że skoro zostali wybrani, to ich racja jest jedyna. Ja podchodziłem do tego trochę inaczej. Mamy drogę, bardzo szeroką. Albo się w niej mieścisz i idziesz z nami, albo potrzebujesz znacznie szerszej perspektywy rozwoju, której ta organizacja nie jest ci w stanie zapewnić. Dużo osób w ten sposób poszukało sobie innej możliwości rozwoju, bo tu o to chodzi, byśmy się cały czas rozwijali.

Za porażkę mogę uznać stratę Poronina i Lipnicy, nieudaną próbę z Nowym Targiem, choć nie tak do końca była nieudana, bo kilka tygodni po formalnym powołaniu drużyna wygrała turniej chorągwi. ale niestety po wakacjach drużynę rozwiązałem. Uważam również, że poświęcałem zdecydowanie za mało czasu temu co robię i choć była to większość mojego wolnego czasu to i tak było to za mało.

M: Co dalej? Jakie masz plany?
S: Cóż. Nie ukrywam, że jestem wolny. To znaczy zawsze byłem wolny, ale teraz wolniejszy bo bez funkcji. To pozwala mi spoglądać z boku na to co się dzieje w organizacji, ale też pozwala mi na rozwijanie marzeń i dążenie do ich finalizacji. Mam w planie przynajmniej trzy projekty biznesowe do uruchomienia w ciągu pięciu lat. Rozmawiałem też na temat działalności przy budowie stowarzyszenia, które choć lokalnie działające ma duże szanse na realizację swoich celów, które są również mi bliskie. Co z tego wyjdzie i czy zostanę zaproszony do jego finalizacji to nie wiem, ale zawsze mogę zostać mentorem do tego typu przedsięwzięć.

Głupio pisać, że chcę odpocząć. Nie mam po czym odpoczywać, bo zmęczony nie jestem. Chętnie podejmuję się wyzwań na które mam ochotę i widzę ich sens. Ale nie ukrywam, że nie przeszkadza mi też brak propozycji. Ja potrafię zagospodarować swój czas wolny. Poza tym planują tylko mięczaki, a ja nadal wyznaję zasadę planu dynamicznego.

M: Dziękuję za współpracę.
S: To ja dziękuję. Było mi bardzo miło współpracować z Wami. Były chwile wesołe i smutne, momenty zwycięstwa i porażek, dni gdy lało, ale chwilę później wychodziło słońce, a dzień wydawał się nieskończenie długi. Profesor Bartoszewski mawiał, że warto być przyzwoitym. Ja trochę sparafrazuję jego słowa i powiem iż warto być harcerzem. Ale harcerzem się nie zostaje w chwili złożenia Przyrzeczenia. Harcerzem zostaje się przez całe życie, bo cały czas się rozwijamy, cały czas zmieniamy siebie na lepsze, cały czas dążymy do doskonałości idąc ku świetlanej przyszłości.

***
Dziś jestem człowiekiem szczęśliwym zgodnie z tym co powiedział Baden-Powell. I takiego szczęścia życzę również moim następcom z Wiszem na czele oraz moim poprzednikom.