Tydzień temu miałem okazję wziąć udział w pewnych wyborach. Dla zdecydowanej większości ludzkości, nawet tej lokalnej skupionej wokół wspólnego projektu zwanego Polską, było to wydarzenie niezauważalne. Bo czymże jest pierd motyla w Zakopanem podczas zimy? Dla mnie jednak było to niezwykle ważne wydarzenie z banalnego powodu. Zakończyła się moja ośmioletnia przygoda w zimowej stolicy (Mało)Polski. Ostatni rok nie był bardzo intensywny, ale za to początki były niezwykłe. Ale po nitce do kłębka ...
Określenie, że początki są trudne to bardzo łagodne powiedzenie. 6 marca 2008 roku wyrzucony zostałem na środku oceanu, bez koła ratunkowego, ani tym bardziej skafandra termicznego, a jedyny kierunek jaki mi wskazano brzmiał: zrób porządek do wakacji. Ta jasne. Porządek! I tak się zaczęła przyjaźń. Opisywać nie mam zamiaru co się działo, jak się działa i co się stało, że zamiast zlikwidować postawiłem środowisko na nogi. Warto wspomnieć, że szkodnik który mnie tam wysłał z premedytacją podkładał nogę mnie i chłopakom, a jak szło już całkiem dobrze zaorał likwidując młodnik.
Na szczęście Bozia obdarzyła ludzi mózgami po to by z nich czasami korzystali i tym sposobem nieudana likwidacja dała więcej siły mnie oraz chłopakom. Obdarzony dużym kredytem zaufania zaufałem również i ja, a przede wszystkim uwierzyłem w mądrość Baden-Powella, który powiedział: Oto klucz do szczęścia; nie brać rzeczy zbyt tragicznie, robić co możecie najlepszego w danej chwili, życie uważać za grę, a świat za boisko. W języku pojęcia: nie da się, to jest niemożliwe, to się nie uda zastąpione zostały przez: da się, to jest możliwe, uda się. Zaczęliśmy w to wspólnie wierzyć i rozwiązywać problemy, czasami omijać kłody, a innym razem wykorzystywać je do budowy własnych rozwiązań. Z racji, że nadzieja tonie ostatnia, tam potrzebna była odrobina wiary w nich, dobry pomysł, kawałek nowości i przykład osobisty. Bardzo szybko stało się dla mnie jasne, że specjalnie bez wysiłku wystarczy odtworzyć to co robiłem dwadzieścia lat wcześniej by wzbudzić zainteresowanie. Bo choć jesteśmy w jednym ruchu, każdy z nas jest inny, każdy z nas jest wychowany trochę inaczej (przez rodzinę, szkołę, otoczenie), w końcu każdy z nas musi odkrywać cały czas świat. Ja przekazywałem moje doświadczenia i pomysły, a chłopaki chłonęły je jak gąbka wodę, gdyż dla nich, choć świetnie przygotowanych przez poprzedników, była to nowość. Dla mnie była to wielka zabawa.
Nie zawsze szło po mojej myśli, nie wszystko się udawało, czasami trzeba było podchodzić do tematu kilka razy, a czasami należało odpuścić, bo straty byłyby większe niż korzyści. Nowej roli uczyłem się niesłychanie szybko. Równie szybko zmieniałem plany i dostosowywałem je do bieżących potrzeb. Kilka lat później nazwane zostało takie działanie jako "plan dynamiczny", co oznaczało ni mniej ni więcej brak stałego planu, a ten nakreślony chwilę wcześniej mógł się w każdej chwili zmienić. Ale warto podkreślić, że nie był to chaos. Kapitan Chaos to zupełnie inna historia ;)
Z mojego pierwszego spotkania pamiętam jedno pytanie: Maćku - jakie masz plany? Nie pamiętam odpowiedzi, ale w tamtym czasie milczałem więcej niż mówiłem, skupiałem się bardziej na obserwacji i nie dawałem się poznać jako człowiek bez planu. Jednak planu nie miałem żadnego. Bez rozpoznania ciężko planować, bo każdy wymagał podejścia indywidualnego. Do dyspozycji miałem jednego instruktora lat 20 i małolatów w wieku 16 - 17 lat. Pierwsze osiemnastki były dopiero przed nami. Czego się nie tknąłem rozlatywało się. Przyjąłem prostą metodę - nie każdy problem da się rozwiązać i skupiłem się na tym co najważniejsze, czyli budowaniu. Na naszym pierwszym obozie były 3 drużyny w dwóch obozach. Pierwszy dość liczebny 18 osobowy, doświadczony, drugi łącznie chyba 16 osobowy z czego 5 w komendzie złożony z dwóch drużyn, w którym rządziłem ja. I były to bardzo trudne wakacje. A po obozie był jeszcze trudniejszy kurs, po którym poczułem na własnej skórze głupotę innych rzekomo wychowawców.
Cztery pierwsze lata wystarczyły, by małe ognisko przerodziło się we wspaniały projekt, by z małej gromadki liczącej koło 30 osób było nas prawie 100, by z drużyn na poziomie próbna-nicość mieć dwie drużyny najwyższej kategorii, które z sukcesem mogą rywalizować z każdą jednostką w Polsce.
***
Kilka lat temu przeczytałem wywiad, w którym redaktor zadawał pytania, a w związku z brakiem odpowiedzi od osoby pytanej sam na nie odpowiadał. Posłużę się podobnym formatem, z tym że pytania zadam sobie sam i sam na nie odpowiem.
M: Czy jestem dumny?
S: No jasne!! Jestem dumny z wyników drużyn, z instruktorów którym pomogłem. Jestem dumny z każdego młodego człowieka wstępującego do drużyny, któremu szkodnik nie chciał dać szansy na poznanie fantastycznego projektu Baden-Powella z sukcesem przeniesionego na grunt rodzimy przez Małkowskiego. Jestem po latach nawet dumny z samodzielnej akcji zastępu Kacpra, bo tak na prawdę, choć jej nie popieram i uznać nie mogę za pomysłową, jest jednak przykładem akcji samodzielnej.
Warto wspomnieć, że ja dawałem tylko nadzieję, podawałem pomocną dłoń, wskazywałem kierunek działania, ale nie ciągałem tego za sznurek. Można było mi zaufać i iść razem ze mną lub iść własną drogą. To drugie rozwiązanie wybrało wielu, ale mieli do tego prawo. Każdy też musiał się sam zdecydować do tego co chce i którą ścieżką pójdzie. Wytrwali zawsze wygrywają, ale wygrani w tym wypadku to nie tylko ci co zostali, ale też ci co dołożyli swoją cegiełkę do budowy na każdym etapie projektu.
M: Czy to co robiłeś było dobre?
S: Dobre pytanie. Bardzo długo się nad tym zastanawiałem, zwłaszcza w sytuacjach gdy podejmowałem naprawdę trudne decyzję występując przeciw głupcom. Starałem się nie schodzić do ich poziomu i chyba to bardziej ich denerwowało, niż to co robiłem. Miałem bardzo dobrych nauczycieli z których czerpałem i choć pozostaną bezimienni to należy im się wielki ukłon z mojej strony. Warto wspomnieć, że nie łamałem prawa, choć poruszałem się na jego granicy zgodnie z zasadą co nie jest zabronione jest dozwolone. Mało tego - każdy mój ruch był przemyślany, a czasami skonsultowani z drużynowymi. Podczas tych rozmów wykładałem kawę na ławę i wyjaśniałem jaką karę wymierzy mi moja władza jak zrobimy tak i tak.
Poza kłótniami na linia ja - moi przełożeni cała reszta była bardzo dobra. Ja bawiłem się przednio, nawet podczas akcji na które jechało nas kilkoro.
M: Z czego jesteś najbardziej zadowolony?
S: Z każdego roku można by wybrać po kilka akcji, którymi moglibyśmy się pochwalić. Ale do takich najważniejszych zaliczę na pewno pierwszy nasz wspólny obóz, który prawie by się nie odbył. Nie chcę przeceniać mojego wpływu, bo był raczej symboliczny na tę decyzję, ale jednak na moje żądanie wieczorem w Wielki Piątek spotkaliśmy się w Murzasichlu i zdecydowali na jego organizację. Wszyscy pukali się w czoło, bo to Wieli Piątek, święta, duperele, ale jak się coś robi, to nie można na pół gwizdka. Albo całym życiem, albo wcale. Inny ważny moment, to dzień gdy szkodnik powiedział swoje ostatnie zdanie odchodząc z funkcji i z premedytacją rozwiązał to co odtwarzaliśmy przez dwa lata. Kilka dni później otrzymałem poparcie instruktorów i drużynowych do działania i powołania nowego hufca. Nie było rozpaczy, a wręcz przeciwnie. Był uśmiech na twarzy i rechot w sercach. I chyba ostatni z ważnych momentów to chwila ogłoszenia rywalizacji o miano najlepszej drużyny na wejherowskim rynku w 2012 roku. Gdybym nie znał wyników od kilku godzin mógłbym paść z wrażenia. Trójka trzecia, a Szóstka też miała szanse na dobry wynik, ale niestety zabrakło jednego harcerza.
Choć wtedy już nie byłem hufcowym od 4 miesięcy było to piękne podsumowanie mojej pracy. Takich ważnych chwil było wiele. Zarówno grupowych, drużynowych i hufcowych, jak i tych indywidualnych związanych na przykład ze stopniami.
M: Przeważnie przy takich wywiadach pojawia się pytanie z czego nie jesteś zadowolony? Czego ci się nie udało i co uważasz za porażkę?
S: Harcerstwo to zabawa grupowa. To nie jest teatr jednej osoby, choć wielu się wydaje, że skoro zostali wybrani, to ich racja jest jedyna. Ja podchodziłem do tego trochę inaczej. Mamy drogę, bardzo szeroką. Albo się w niej mieścisz i idziesz z nami, albo potrzebujesz znacznie szerszej perspektywy rozwoju, której ta organizacja nie jest ci w stanie zapewnić. Dużo osób w ten sposób poszukało sobie innej możliwości rozwoju, bo tu o to chodzi, byśmy się cały czas rozwijali.
Za porażkę mogę uznać stratę Poronina i Lipnicy, nieudaną próbę z Nowym Targiem, choć nie tak do końca była nieudana, bo kilka tygodni po formalnym powołaniu drużyna wygrała turniej chorągwi. ale niestety po wakacjach drużynę rozwiązałem. Uważam również, że poświęcałem zdecydowanie za mało czasu temu co robię i choć była to większość mojego wolnego czasu to i tak było to za mało.
M: Co dalej? Jakie masz plany?
S: Cóż. Nie ukrywam, że jestem wolny. To znaczy zawsze byłem wolny, ale teraz wolniejszy bo bez funkcji. To pozwala mi spoglądać z boku na to co się dzieje w organizacji, ale też pozwala mi na rozwijanie marzeń i dążenie do ich finalizacji. Mam w planie przynajmniej trzy projekty biznesowe do uruchomienia w ciągu pięciu lat. Rozmawiałem też na temat działalności przy budowie stowarzyszenia, które choć lokalnie działające ma duże szanse na realizację swoich celów, które są również mi bliskie. Co z tego wyjdzie i czy zostanę zaproszony do jego finalizacji to nie wiem, ale zawsze mogę zostać mentorem do tego typu przedsięwzięć.
Głupio pisać, że chcę odpocząć. Nie mam po czym odpoczywać, bo zmęczony nie jestem. Chętnie podejmuję się wyzwań na które mam ochotę i widzę ich sens. Ale nie ukrywam, że nie przeszkadza mi też brak propozycji. Ja potrafię zagospodarować swój czas wolny. Poza tym planują tylko mięczaki, a ja nadal wyznaję zasadę planu dynamicznego.
M: Dziękuję za współpracę.
S: To ja dziękuję. Było mi bardzo miło współpracować z Wami. Były chwile wesołe i smutne, momenty zwycięstwa i porażek, dni gdy lało, ale chwilę później wychodziło słońce, a dzień wydawał się nieskończenie długi. Profesor Bartoszewski mawiał, że warto być przyzwoitym. Ja trochę sparafrazuję jego słowa i powiem iż warto być harcerzem. Ale harcerzem się nie zostaje w chwili złożenia Przyrzeczenia. Harcerzem zostaje się przez całe życie, bo cały czas się rozwijamy, cały czas zmieniamy siebie na lepsze, cały czas dążymy do doskonałości idąc ku świetlanej przyszłości.
***
Dziś jestem człowiekiem szczęśliwym zgodnie z tym co powiedział Baden-Powell. I takiego szczęścia życzę również moim następcom z Wiszem na czele oraz moim poprzednikom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz