czwartek, 17 września 2015

Platformaersk

Powiem wam, drodzy radioczytacze, że piszę od zmiany do zmiany ostatnio. Nasze Brytyjskie biuro podróży, które ufundowało nasze wakacje pod palmami przygotowało kolejną niespodziankę. Miał być co prawda wyjazd do Tanzanii, ale go odwołali. Zamiast tego mamy wycieczkę na platformę. Ale nim o tym hotelu na wodzie wypada naskrobać kilka słów o tym co robiłem przez ostatnie prawie 4 tygodnie.

Prawdę mówiąc to nic nie robię. Obserwuję jak pracują inni. Robota jak się patrzy. Wymarzona dla mnie. Nie muszę zarządzać, szukać klientów, martwić się o jutro. Mogę za to wspominać wczoraj i to całymi godzinami. I tak wspomniałem sobie jeden z lepszych wyjazdów w jakim brałem udział lub organizowałem. A był to obóz rowerowy dwa lata temu. Ile ja bym dał za tę atmosferę, przyjaźń, niestety chwilową, ale jednak. Muszę przyznać, że brakuje mi tych gości, ale że sami odrzucili wyciągnięte dłonie ... trudno. Widocznie tak miało być i jakiś sens to ma, a ja go wcale nie muszę znać. Nie zapomnę chyba do końca życia tej fuszerki z dachem. O dziwo ma się on dalej dobrze i nie przecieka. Nigdy jeszcze nie "odrestaurowywałem" dachu domku letniskowego z wymianą pokrycia. Na początku mieliśmy zedrzeć starą papę i położyć dachówkę bitumiczną. Ale jak zaczęliśmy zdzierać stare pokrycie okazało się, że woda przeciekająca przez nie wyrządziła już tak nieodwracalne szkody w drewnie, że by nowa papa się trzymała koniecznie musi powstać nowa konstrukcja. No i powstała. Piły, młotki, gwoździe poszły w ruch, malowanie zabezpieczające przed grzybami i już kładziemy nowe pokrycie w kolorze bordo, albo jakimś takim podobnym. Do tego dobra zabawa, bo i towarzystwo wyborowe. Były spięcia i nieporozumienia, jak zawsze w gronie młodych pełnych energii chłopaków w wieku wczesnorozpłodowym, ale udawało się utrzymywać hormony na dystans od naszej pracy. Inna sprawa, że praca fizyczna trochę energii kosztuje. Nasza przygoda z dachem trwała trzy dni, ale efekty mnie zadowalały. Zrobiliśmy dobrą robotę, potrzebną, a do tego widoczną. Oczywiście przy drugim dachu pewnych błędów byśmy nie popełnili, ale biorąc pod uwagę, że żaden z nas na dekarstwie się nie znał to gratulacje się należą. Służba to kwintesencja wędrownictwa. No tak, ale miało być o rowerach.

Cały ten obóz to pasmo szczęśliwych zbiegów okoliczności i sprzyjających wiatrów bogatych w pomysły. Początkowo podczas naszego wyjazdu mieliśmy postawić cały jeden nowy domek o konstrukcji szkieletowej w technologii kanadyjskiej. Początkowo, czyli w okresie planowania rocznej pracy - lato/jesień 2012. A sam pomysł zrodził się w chwili, gdy dziwnym zbiegiem okoliczności miałem przyjemność nocować w ośrodku szkoleniowym w Ząbiu przy okazji poznając jego problemy. I tak od problemu do jego rozwiązania. Powstał plan trzyletni pracy. Po pierwszym roku mieliśmy budować, po drugim wyjechać do Afryki, a w trzecim ... rejs oceaniczny. No cóż. Okazało się, że dla chcącego nic trudnego. Co prawda w zeszłym roku byłem na równie fajnym wyjeździe do Czarnogóry, ale za to w roku bieżącym 2015 ... Afryka i Ocean Indyjski stoją przede mną otworem. A jak sobie to teraz przypomniałem, to aż mi się wierzyć nie chce. Powinni żałować ci co zwątpienia chwile mieli i nie ma ich przy mnie. Ale nie ważne. Do tematu.

Powstał plan odbudowy ośrodka. Szczęście, zbiegi okoliczności, a przede wszystkim dobrzy ludzie nie opuszczali mojego pomysłu. Zaszczepiłem ideę kilku osobom. Wstępnie pukali się w czoło, że to się nie uda, że to nierealne, że nie będzie środków, ludzi, chęci. Stawiałem opór takiemu rozumowaniu, bo dla chcącego nic trudnego. Zacząłem przekonywać ludzi do pomysłu i udało się. Powstały szkice, przerodzone później w plan architektoniczny. Podzielona została praca. Warszawka też dostała zadanie do wykonania, ale to dopiero z początkiem czerwca. Znalazł się chętny dający materiał na cały domeczek. A było tam sporo drewna, bo z domku na cztery osoby powstał domek na zastęp lub szóstkę, czyli jak sama nazwa wskazuje sześcioosobowy. Znalazł się sponsor dający wełnę mineralną do izolacji termicznej całej konstrukcji. Resztę braków, a było ich zdecydowanie mało, miała zapewnić centrala firmy.

W długi weekend majowy pojechaliśmy na miejsce by rozebrać najmniej wartościowy domek i zalać nowe fundamenty. Przy okazji omówiłem z właścicielem lasu nasz projekt, który bez większych problemów i dysput uzyskał akceptację. Centrala miała napisać oficjalne pismo z informacją o naszych zamiarach. W chwili wolnego pojechaliśmy na pola Grunwaldu. Faktycznie pola. Po skończonej robocie wróciliśmy do Zako.

A że czas biegnie szybko, ja zajmując się okręgową biurokracją, bo zgody na wyjazd trzeba uzyskać, a nie chcą dać, zaniedbałem koordynację działań centrali. W połowie czerwca okazało się, że nie mają pisemnej zgody właściciela, to jeszcze da się odkręcić, ale co gorsza nie zgłosili do urzędu naszej budowy. I tak pomysł choć dobry upadł i prawie mnie pogrążył gdyby nie mój i ich zapał. A że wszyscy mieli rowery, no może prawie wszyscy, to przekształcony został nasz wyjazd budowlano-wędrowny w rowerowy z elementem służby. Zgody nie dostałem, bo są ludzie, którzy już nie wierzą na słowo. Poszło o jeden ważny papier, który miałem, ale nie do końca fizycznie. Miałem jego sygnaturę, datę wydania, ale zamiast przyjść do mnie do domu powędrował jak się później okazało do Zako. Ale żeby nie było tak negatywnie ustaliłem przed mym piątkowym wyjazdem, że gdy papier przedstawię zgodę dostanę. Tego się też trzymałem podczas przesłuchań przed komisją śledczą wyjaśniającą mój występek cztery miesiące później. Papier odebrałem w piątek, a w sobotę przekazałem go członkowi by dostarczył go do biurokratycznego urzędnika. I ze spokojnym sumieniem wyjechałem na wymarzone wakacje i o kwicie zapomniałem. Przypomniałem i sobie, i mojemu nędznemu kurierowi w listopadzie, gdy sąd kapturowy zebrał się i debatował czym mi łeb ściąć.

Zanim dopedałowałem do ośrodka miałem już zapalenie ścięgien stóp. Ból okropny, zwłaszcza przy wysiłku rowerowym, więc zamiast biegać po dachu oszczędzałem swe kopyta smarując obolałe miejsca maściami na przemian to rozgrzewającymi, to chłodzącymi. Pomogło na tyle, że po trzech dniach mogłem spokojnie pedałować w kierunku morza, naszego oczywiście. A jak już o pedałowaniu nad morze mowa, to kilka lat wcześniej jeden taki obóz zasponsorowałem - byłem mecenasem kultury łódzko-barcelońskiej. Chłopaki nieźle to wykombinowały, pomysł też dobrze sprzedali marketingowo, a że można było wykupić kilometry, to sobie kupiłem chyba z setkę. Dodatkowo obiecałem, że załatwię im transport rowerów do domu. I załatwiłem. Zupełnie za darmo dla nich, sprzęt po kilku dniach od ich wylotu był w Łodzi. Mnie to kosztowało trzy klocki, ale czego się nie robi w ramach wspierania młodych ludzi. Chyba do dziś nie wiedzą o tajemniczym sponsorze, ani nawet że ta usługa cokolwiek kosztowała. Taka idea, ale też taka marka - jak obieca to załatwia choćby miało to kosztować.

Nasz obóz jak to obóz, miał swoje wzloty i upadki. W zasadzie to raz pod górkę, a raz z górki. Kompanija wspaniała, ludzie odpowiedzialni, weseli, chcący zdobywać nowe doświadczenia. Nie obyło się bez zwiedzania Malborka, a i Gdańsk chłopaki zwiedzili ... z tramwaju linii pięć  (jak dobrze pamiętam). Do centrum mieli dwa lub trzy przystanki, ale jakimś cudem dojechali do stoczni remontowej? albo jeszcze dalej. I wrócili bo się czas skończył. Byliśmy w kinie, i w kinie letnim - polecam dokument (chyba) "Śmieciarze", i na plaży w Sopocie, i na wieży obserwacyjnej. Nawet do kościoła się przeszliśmy, choć nie wszystkim było po drodze. Były też osłabnięcia, wysokie temperatury i dziwny wirus przez który większość z nas przeszła, jedni lepiej, a inni gorzej go znosząc.

Tenże wirus zakończył również nasz obóz. Przedwcześnie go zakończył. Jeden z nas przez dwa dni gorączkował w Ryńsku. Po wizycie u lekarza i w związku z brakiem zadowalającej poprawy postanowiłem, że po niego przyjedzie samochód wsparcia technicznego i zabierze go do obozu, a my na pusto (bagaż poślemy również samochodem) popedałujemy pod Tomaszów Mazowiecki. Tak też się stało. Przez Włocławek i Płock pojechaliśmy za kolegą, zgodnie ze staropolskim powiedzeniem 'jeden za wszystkich, wszyscy za jednego'.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności gdy coś się działo znajdowała się od razu pomoc. Gdy w Ryńsku potrzebowaliśmy lekarza, akurat tego dnia pani doktor przyjmowała. Gdy potrzebowaliśmy szycia kolana (skończyło się na stripach) również w Ryńsku pomógł nam rybak odworząc na chirurgię do szpitala kilkanaście km dalej. A gdy w Grudziądzu potrzebowaliśmy serwisu rowerowego z fachowcem, bo rower prawdziwy, a nie chińska imitacja górala, zatrzymaliśmy się na postój przy serwisie bynajmniej nie wyłącznie rowerów górskich. W końcu jestem w czepku urodzony.

Powtórzę raz jeszcze - obóz wyjątkowy, bo ludzie wspaniali. Dziękuję mojej kompaniji: Kamilowi, Maćkowi, Grześkowi, Adamowi, Patrykowi i Wiszowi. Dziękuję panu Andrzejowi, tajemniczemu wujkowi z Podlasia (Jacek mu chyba było), całej rzeszy bezimiennych, którzy nas wspierali, choć nie musieli i myśleli o nas dobrze, choć po staropolsku mogli źle. No i skromnie podziękuję sobie, za siłę by pchać ten wózek na siłę, wiarę we własne przekonania i umiejętność szczepienia idei, choć okazała się ona krótkowzroczna.

A wracając do platformy to dupy nie urywa, ale są ciastka, cola i prawdziwa kawa.



27 sierpnia 2015

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz