Na dobry początek wypadałoby przedstawić załogę. A nie będzie to możliwe
bez kilku danych statystycznych. Jest nas na obiekcie dwudziestu pięciu. Sami
mężczyźni, ale zapewniam, że Kenijki są ładne. Załogę tworzą cztery narodowości
z aż dwóch kontynentów. Najliczniejszą grupą są Ukraińcy - w sile dwunastu, nie
kryjący swej niechęci do banderowców oraz chęci do putinowców. Ale ten temat na
razie zostawiam w spokoju. Najmniej liczni są przedstawiciele Rosiji. Jest tu
jeden członek tego wschodniego państewka legitymujacy się narodowością ZSRR -
równie ciekawe. Na dziewięciu mieszkaców kalifatu pakistańskiego przypada aż
trzech ambasadorów Królestwa Polskiego. No i z tymi ostatnimi to są jaja.
No bo tak. Jeden jest z Pomorza, co żonę w ciąży zostawił. Tzn. nie
zostawił zostawił, tylko zostawił bo wyjechał, ale wróci ino po rozwiązaniu.
Drugi jest ze stolycy, co z kolei dziewczynę zostawił. W maju zaplanowany ślub.
On trzydzieci, ona dwadzieścia jeden. Jak sam żartuje, gdy był w wieku
(przyszłej) żony mógł do niej powiedzieć na ulicy: mała - fajny masz tornister.
No i ja, prawdziwy wilk morski. Ok, trochę mnie poniosło. Powiedzmy, że kojot
pustynny. A że w Kenii pustyni nie ma, ale jest morze, to niech będzie
krakowskim targiem kojot morski.
Co tu robimy? To jest dobre pytanie, ale na razie odpowiem, że nic, a
kiedyś temat rozwinę.
Nasz obiekt ma aż dziewięć pięter, nie ma windy, ma wąska klatkę schodową,
drabinki ewakuacyjne za oknem oraz wyposażony jest w klimatyzację. By było
ciekawiej zaprojektowali go oraz wybudowali nasi zachodni sąsiedzi i oddali do
użytku w 1999 roku. Odnośnie pięter i konstrukcji, to dwa dolne znajdują się
poniżej poziomu morza. Serio serio. Mamy szczelne poszycie, bo gdyby nie ono
mielibyśmy duży basen. A tak mamy tylko mały basen, saunę i siłownię, o których już zresztą wspominałem. Obiekt wyposażony jest w dwadzieścia osiem pokoi sypialnych, z czego dwadzieścia siedem jest jednoosobowych. Ten dwudziesty ósmy wyposażono w dwa łóżka i jak się domyślacie, a ci co mnie znają są już przekonani, iż w tym ostatnim pokoju śpię ja - Krakowiak, i on - Warszawiak. Tak się koło fortuny potoczyło. Na
wstępie zaznaczę, iż nie mam nic do mieszkańców stolycy, zarówno tych z dziada
pradziada, jak i słoików, ale do celów czysto złośliwych posłużę się starym
stereotypem. Tak więc zatem ...
Na obiekcie obowiązują prawa. Jednym z nich jest zakaz palenia. O dziwo
jest on przestrzegany ... na jadalni i korytarzach, saunie, basenie i siłowni.
W całej reszcie obiektu palić nie można, ale nie znaczy to że się nie pali. Ja
w biurze mam swoją strefę bez dymu - pod nawiewem klimatyzacji. A że na
obiekcie panuje podwyższone ciśnienie z przyczyn ochrony ppoż. to tego dymu nie
ma za wiele. Oczywiście czasami klima nawala, ale nie za często. Kolejnym
zakazem to oczywiście spożywanie alkoholu. Zakaz przestrzega aż dziesięć osób -
cała ekipa pakistańska i jeden Polak. Ten ostatni dowiedział się od
współpracowników ukraińskich iż jest jedynym Polakiem, który nie pije i nie
pali. Bardzo mi tym połechtali ego. Jest wreszcie coś czym mogę się wyróżnić za
granicą. Poza tym zakaz jest przestrzegany gdy stary patrzy, ale wystarczy że
nie patrzy ... piwo, łiski, wódka dziwnym zbiegiem okoliczności same wyparowują
ze swoich opakowań trzymanych w lodówkach. Tak do końca to tego zakazu nie
rozumiem. Bo skoro jest to dlaczego co kilka dni do kolacji dostajemy puszkę
piwa, czasem dwie??
Mniejsza o puszki. Wróćmy do mojego truciciela. Dla osoby, ktora od
dziesiątego roku życia nie pali przebywanie w pomieszczeniu z dymem
papierosowym stwarza dość niepokojące reakcje organizmu. Pomijam fakt, że
wszędzie czuję dym, wszechogarniający smród. Wchodzę do salonu (mamy salonik i
sypialnię) i czuję. Siadam na sofie i czuję. Otwieram okno ... zanim je otworzę
to wkładam nos do popielniczki pełnej kiepów, bo mój Warszawiak robi sobie
wystawę na parapecie. Taki to z niego kolega. A ja mam chrypkę, mam ból gardła,
mam ból głowy, nudności. No jak żyć, panie, jak żyć.
Maciuś, mimo już skończonych trzydziestu ośmiu lat potrafi pościelić łóżko.
Nie jest to może ścielenie idealne, z kantką, ale nie ukrywam, iż czasami
jestem zadowolony. A mój północny przyjaciel ... jak wstanie to do wieczora
pościel rozpieprzona. Jak po kolacji leży na sofie pod śpiworem, to tenże
wcześniej porzucony zmienia swe położenie następnego wieczora lub dwa wieczory
później, gdy przyjemniaczek ponownie idzie się zagrzać. Rzeczy osobiste ... też
widać różnicę. U mnie poskładane, poukładane w szafie na pułeczkach, koszula
wisi na wieszaku, buty pod ścianą czekają na gorące chwile. A kolega ... gacie
na wieszaku ściennym zostawił we środę, we poniedziałek przykrył ręcznikiem po
powrocie z sauny, we czwartek poszedł do sauny ponownie więc ręcznik zniknął, a
we sobotę robił pranie ... ale o gaciach zapomniał. Spodnie i dwa paski rzucone
w kąt, spod nich wyłazi skarpetka, obok gatki i koszulka. Buty są wszędzie po
jednej sztuce. W pobliżu jest druga, za drzwi nie wypadają co prawda, ale idzie
w nocy dobrze kopnąć klapka lub adadisa. Ech co ja z nim mam.
A nasz lider to równy chłopina. Tęskni za żoną, nie może się doczekać
powrotu. Przed wyjazdem zdążył wyremontować pokój w którym aktualnie mieszkają
"u dziadków". Przygotowania do przyjścia nowego człowieczka do
rodziny pełną parą, z tym że chwilowo na odległość. Za to za rozmowy telefoniczne
i esemesy zapłaci majątek. A trafiło na biednego tym razem. Marzy im się nowy
dom lub przynajmniej mieszkanie. Chłopina pogodny więc liczy że za rok, może
dwa będzie na swoim. A swoją drogą na klatę bierze 130kg, a pod koniec pobytu
sięgnie chyba 140. No jest gościu umięśniony.
Nasz kucharz, Andiej, to mistrz dobrego smaku. Nie gotuje nic rewelacyjnego
- kotlety mielone, ryba w cieście, ryba sute, gulasz, pierś z kurczaka.
Normalne domowe jedzenie. Ale to w połączeniu z resztą to już dziwna
kombinacja. Jemy makarony, kasze, ryż i czasami ziemniaki. Surówki przyrządza z
kapusty, grochu, fasoli, buraków, ziemniaków, marchewki. Była już marchewka z
tabasco, było też coś a'la kapusta z ryżem, przy czym ryżu było mało. Wszystko
doprawione, smaczne, pożywne. Gotowanie zgodnie z jadłospisem od dietetyka. Nie
da się inaczej tu jeść. Śniadania to odrębny temat. Kuchnia domowa :). Owsianka
z rodzynkami na słodko, mleko z płatkami kukurydzianymi, jajka sadzone z
plastrami salami lub innego dnia z kiełbaskami a'la berlinka, talerz wedlin i
serów, w zasadzie to jednego sera, makrela surowa marynowana - rewelacja.
Pieczywo - paskudne i białe. Chleb mrożonym lub tostowy, czasami bułki przenne
mrożone. Bardzo dużo dodatków mącznych do posiłków, staram się ograniczać z jedzeniem,
ale się nie da. Plany by rzucić dziesięć, może piętnaście kilo mogą się nie
udać. Dlatego zmienim postanowienie - byle nie przytyć. Niestety siłownia
niewiele daje, ale z drugiej strony to dopiero dwa tygodnie przygody. Pozostało
jeszcze ... 14 :). Wagi nie ma na obiekcie, więc tylko po pasku będę widział
zmianę. Też dobra miara. Chodzą słuchy, że kucharz się zmieni za około tydzień.
Może ta zmiana pozwoli mi mniej jeść - w końcu nie wszystko może się nadawać do
konsumpcji.
14
sierpnia 2015
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz