niedziela, 13 września 2015

Załoga, czyli nasza paka

Na dobry początek wypadałoby przedstawić załogę. A nie będzie to możliwe bez kilku danych statystycznych. Jest nas na obiekcie dwudziestu pięciu. Sami mężczyźni, ale zapewniam, że Kenijki są ładne. Załogę tworzą cztery narodowości z aż dwóch kontynentów. Najliczniejszą grupą są Ukraińcy - w sile dwunastu, nie kryjący swej niechęci do banderowców oraz chęci do putinowców. Ale ten temat na razie zostawiam w spokoju. Najmniej liczni są przedstawiciele Rosiji. Jest tu jeden członek tego wschodniego państewka legitymujacy się narodowością ZSRR - równie ciekawe. Na dziewięciu mieszkaców kalifatu pakistańskiego przypada aż trzech ambasadorów Królestwa Polskiego. No i z tymi ostatnimi to są jaja.

No bo tak. Jeden jest z Pomorza, co żonę w ciąży zostawił. Tzn. nie zostawił zostawił, tylko zostawił bo wyjechał, ale wróci ino po rozwiązaniu. Drugi jest ze stolycy, co z kolei dziewczynę zostawił. W maju zaplanowany ślub. On trzydzieci, ona dwadzieścia jeden. Jak sam żartuje, gdy był w wieku (przyszłej) żony mógł do niej powiedzieć na ulicy: mała - fajny masz tornister. No i ja, prawdziwy wilk morski. Ok, trochę mnie poniosło. Powiedzmy, że kojot pustynny. A że w Kenii pustyni nie ma, ale jest morze, to niech będzie krakowskim targiem kojot morski.

Co tu robimy? To jest dobre pytanie, ale na razie odpowiem, że nic, a kiedyś temat rozwinę.

Nasz obiekt ma aż dziewięć pięter, nie ma windy, ma wąska klatkę schodową, drabinki ewakuacyjne za oknem oraz wyposażony jest w klimatyzację. By było ciekawiej zaprojektowali go oraz wybudowali nasi zachodni sąsiedzi i oddali do użytku w 1999 roku. Odnośnie pięter i konstrukcji, to dwa dolne znajdują się poniżej poziomu morza. Serio serio. Mamy szczelne poszycie, bo gdyby nie ono mielibyśmy duży basen. A tak mamy tylko mały basen, saunę i siłownię, o których już zresztą wspominałem. Obiekt wyposażony jest w dwadzieścia osiem pokoi sypialnych, z czego dwadzieścia siedem jest jednoosobowych. Ten dwudziesty ósmy wyposażono w dwa łóżka i jak się domyślacie, a ci co mnie znają są już przekonani, iż w tym ostatnim pokoju śpię ja - Krakowiak, i on - Warszawiak. Tak się koło fortuny potoczyło. Na wstępie zaznaczę, iż nie mam nic do mieszkańców stolycy, zarówno tych z dziada pradziada, jak i słoików, ale do celów czysto złośliwych posłużę się starym stereotypem. Tak więc zatem ...

Na obiekcie obowiązują prawa. Jednym z nich jest zakaz palenia. O dziwo jest on przestrzegany ... na jadalni i korytarzach, saunie, basenie i siłowni. W całej reszcie obiektu palić nie można, ale nie znaczy to że się nie pali. Ja w biurze mam swoją strefę bez dymu - pod nawiewem klimatyzacji. A że na obiekcie panuje podwyższone ciśnienie z przyczyn ochrony ppoż. to tego dymu nie ma za wiele. Oczywiście czasami klima nawala, ale nie za często. Kolejnym zakazem to oczywiście spożywanie alkoholu. Zakaz przestrzega aż dziesięć osób - cała ekipa pakistańska i jeden Polak. Ten ostatni dowiedział się od współpracowników ukraińskich iż jest jedynym Polakiem, który nie pije i nie pali. Bardzo mi tym połechtali ego. Jest wreszcie coś czym mogę się wyróżnić za granicą. Poza tym zakaz jest przestrzegany gdy stary patrzy, ale wystarczy że nie patrzy ... piwo, łiski, wódka dziwnym zbiegiem okoliczności same wyparowują ze swoich opakowań trzymanych w lodówkach. Tak do końca to tego zakazu nie rozumiem. Bo skoro jest to dlaczego co kilka dni do kolacji dostajemy puszkę piwa, czasem dwie??

Mniejsza o puszki. Wróćmy do mojego truciciela. Dla osoby, ktora od dziesiątego roku życia nie pali przebywanie w pomieszczeniu z dymem papierosowym stwarza dość niepokojące reakcje organizmu. Pomijam fakt, że wszędzie czuję dym, wszechogarniający smród. Wchodzę do salonu (mamy salonik i sypialnię) i czuję. Siadam na sofie i czuję. Otwieram okno ... zanim je otworzę to wkładam nos do popielniczki pełnej kiepów, bo mój Warszawiak robi sobie wystawę na parapecie. Taki to z niego kolega. A ja mam chrypkę, mam ból gardła, mam ból głowy, nudności. No jak żyć, panie, jak żyć.

Maciuś, mimo już skończonych trzydziestu ośmiu lat potrafi pościelić łóżko. Nie jest to może ścielenie idealne, z kantką, ale nie ukrywam, iż czasami jestem zadowolony. A mój północny przyjaciel ... jak wstanie to do wieczora pościel rozpieprzona. Jak po kolacji leży na sofie pod śpiworem, to tenże wcześniej porzucony zmienia swe położenie następnego wieczora lub dwa wieczory później, gdy przyjemniaczek ponownie idzie się zagrzać. Rzeczy osobiste ... też widać różnicę. U mnie poskładane, poukładane w szafie na pułeczkach, koszula wisi na wieszaku, buty pod ścianą czekają na gorące chwile. A kolega ... gacie na wieszaku ściennym zostawił we środę, we poniedziałek przykrył ręcznikiem po powrocie z sauny, we czwartek poszedł do sauny ponownie więc ręcznik zniknął, a we sobotę robił pranie ... ale o gaciach zapomniał. Spodnie i dwa paski rzucone w kąt, spod nich wyłazi skarpetka, obok gatki i koszulka. Buty są wszędzie po jednej sztuce. W pobliżu jest druga, za drzwi nie wypadają co prawda, ale idzie w nocy dobrze kopnąć klapka lub adadisa. Ech co ja z nim mam.

A nasz lider to równy chłopina. Tęskni za żoną, nie może się doczekać powrotu. Przed wyjazdem zdążył wyremontować pokój w którym aktualnie mieszkają "u dziadków". Przygotowania do przyjścia nowego człowieczka do rodziny pełną parą, z tym że chwilowo na odległość. Za to za rozmowy telefoniczne i esemesy zapłaci majątek. A trafiło na biednego tym razem. Marzy im się nowy dom lub przynajmniej mieszkanie. Chłopina pogodny więc liczy że za rok, może dwa będzie na swoim. A swoją drogą na klatę bierze 130kg, a pod koniec pobytu sięgnie chyba 140. No jest gościu umięśniony.

Nasz kucharz, Andiej, to mistrz dobrego smaku. Nie gotuje nic rewelacyjnego - kotlety mielone, ryba w cieście, ryba sute, gulasz, pierś z kurczaka. Normalne domowe jedzenie. Ale to w połączeniu z resztą to już dziwna kombinacja. Jemy makarony, kasze, ryż i czasami ziemniaki. Surówki przyrządza z kapusty, grochu, fasoli, buraków, ziemniaków, marchewki. Była już marchewka z tabasco, było też coś a'la kapusta z ryżem, przy czym ryżu było mało. Wszystko doprawione, smaczne, pożywne. Gotowanie zgodnie z jadłospisem od dietetyka. Nie da się inaczej tu jeść. Śniadania to odrębny temat. Kuchnia domowa :). Owsianka z rodzynkami na słodko, mleko z płatkami kukurydzianymi, jajka sadzone z plastrami salami lub innego dnia z kiełbaskami a'la berlinka, talerz wedlin i serów, w zasadzie to jednego sera, makrela surowa marynowana - rewelacja. Pieczywo - paskudne i białe. Chleb mrożonym lub tostowy, czasami bułki przenne mrożone. Bardzo dużo dodatków mącznych do posiłków, staram się ograniczać z jedzeniem, ale się nie da. Plany by rzucić dziesięć, może piętnaście kilo mogą się nie udać. Dlatego zmienim postanowienie - byle nie przytyć. Niestety siłownia niewiele daje, ale z drugiej strony to dopiero dwa tygodnie przygody. Pozostało jeszcze ... 14 :). Wagi nie ma na obiekcie, więc tylko po pasku będę widział zmianę. Też dobra miara. Chodzą słuchy, że kucharz się zmieni za około tydzień. Może ta zmiana pozwoli mi mniej jeść - w końcu nie wszystko może się nadawać do konsumpcji.



14 sierpnia 2015

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz