Zaszły drobne zmiany w załodze. Do najpoważniejszej doszło w kuchni. Mistrz
kucharstwa europejskiego wyjechał, a na jego miejsce przyjechał kuchcik. Gość
kompletnie nie zna się na gotowaniu. Mam przeczucie, że jest tu albo za karę,
albo ma wyrok kilku lat w łagrze i wybrał mniejsze zło, oczywiście dla siebie.
Drobne szczegóły jego popisów kulinarnych? Proszę bardzo. Zupy: istny dramat.
Smak wody (to pozytyw). Coś w niej pływa, jest dużo mięsa kurzego, widać kółka
tluszczu, sporo warzyw. Jak z tego może wyjść woda w smaku? Nie mam pojęcia. To
taki poziom kuchmistrzostwa, którego chyba już nie osiągnę. A wystarczy czasami
spróbować, dodać przypraw, posolić. Ale nie, po co. I tak wyjścia nie mają -
żreć muszą, to zeżreją. Drugie dania: kosmos. Wieprzowina twarda, wołowina -
jak podeszwa, można gwoździe wbijać, mięso kurze!!! twarde. Raz zrobił nagetsy,
a przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz. Kawałki kurczaka w cieście
obsmażone na tluszczu. No wydawać się mogło, że tego nie da się spieprzyć. Ale
można się pomylić i sporo przegrać. Hazard na obiekcie jeszcze nie kwitnie -
więc kto wie, może zajmę się bukmacherką? Do ciasta dodał surową cebulę,
su-ro-wą! Oczywiście z nadzieją, że się usmaży podczas smażenia. A tu taka niespodzianka.
No nie chciała się wredna cebula usmażyć. Może jej towarzystwo nie odpowiadało?
W końcu kto by lubił suchego na wiór kurczaka? Za to co drugi dzień są jajka
sadzone z parówkami na śniadanie. Osobiście uważam, że lepsze to niż talerz
wędlin serwowany przez poprzedniego kucharza, ale są też słowa pochlebne. Zupy
mleczne też mi smakują. Nie robi na szczęście ciepłych zup z makaronem, jak pan
Irek, do których mam uraz od przedszkola i na samą myśl odruch wymiotny, ale
jest słodka owsianka, zupa na ryżu, a nawet na kaszy gryczanej. Dla mnie
rewelacja. Tak jakby zupy śniadaniowe przygotowywał ktoś inny od reszty
posiłków. Może jego pomocnik rano gotuje?
A jest z niego dobre ziołko. Potrafi porozumiewać się po angielsku mniej
więcej na moim poziomie. Z tym, że zna więcej słówek. Ja natomiast potrafię
zadawać pytania. On przed podaniem śniadania lub drugiego dania zapyta: 'ju
ityn'. I bądź tu człowieku mądry co mu odpowiedzieć. Mnie tak zapytał, choć
trudno nazwać to pytaniem, gdy odnosiłem talerz po zupie mlecznej. Zgodnie z
prawdą odpowiedziałem, że 'aj ityn'. No bo kto miał jeść z talerza, który
odnoszę, jak nie ja? Zasiadłszy ponownie do stołu siedzę i czekam. Mijają
chwile, a tu nic. Właściwego śniadania brak. Idę do kuchni i mu mówię,
maksymalnie wyraźnie, dużymi literami, że ja jednak 'noł ityn'. Tośmy się
dogadali i za chwilę dostaję wymarzone śniadanie. Później żałowałem, bo trzeba
było jeść dalej zupę. Ale to później. Dwa dni temu sytuacja się powtarza, z tym
że "ofiarą" pada mój lider w obecności całego zespołu. Damian odnosi
talerz po zupie, dostaje 'pytanie' 'ju ityn', chwila konsternacji, pada
odpowiedź 'jes', po chwili 'noł', siada i czeka. Reszta taka sama - w efekcie
idzie do kuchni po drugie danie. Koleżka warszawski na moją uwagę, że angielski
szfankuje u pomocnika kucharza się oburzył i stwierdził, że nie rozumiem
rozmowy więc mam siedzieć cicho. Gdyż oczywiście ziółko umie angielski język
perfekcyjnie. Z takimi argumentami to ja nie dyskutuję, poza tym ja się nie
znam. Warto wspomnieć, iż koleżka na wstępie zaznaczył, że zna angielski
perfekcyjnie i nawet dał mi radę, by podczas rozmowy z ukraińskimi przyjaciółmi
posługiwać się twardym angielskim, to lepiej go rozumieją.
Co prawda mówił to po obaleniu 07 żubrówki z pomocnikiem, więc nie do końca
był świadom co mówi, ale nawet gdyby był w pełni dyspozycyjny to mnie z kolei
twardy i miękki angielski niewiele mówi. A wracając do żubra, to odwiedzając
sklep 'diuti fri' zauważył na półce polski produkt eksportowy z trawą w środku
i bizonem na zewnątrz. Mnie też to zaciekawiło, ale z czysto ekonomicznego
punktu. On natomiast musiał być zaciekawiony dogłębnie. No i wróciliśmy z
wycieczki z bizonem w plecaku. Przy okazji znowu wyszła moja rozrzutność, gdyż
pepsi którą zakupiłem, a było to aż dwa litry, zgodnie z zapisem na etykiecie
kosztować miała jeden dolar siedemdziesiąt pięć, a zapłaciłem równe dwa dolce.
Cóż począć. Europejczyka tu życie nie rozpieszcza. Bizon natomiast trafił do
lodówki. Po kolacji mój przedsiębiorczy ziomal od pomocnika wysępił dwa litry
soku jabłkowego i przy okazjji zaprosił go do siebie, a w zasadzie to do nas na
mały poczęstunek. Zajęło im to może godzinę, i już swobodnie porozumiewali się
w jezyku Szekspira o polityce ukraińskiej. Co ciekawe chłopak ze stolycy
próbował przekonać chłopaka z Odessy iż Władimir Władimirowicz to dobry
gospodarz Kremla i robi dużo dobrego dla Rosji i Ukrainy. Edward ewidentnie
zagubiony tłumaczy, że Władimir powinien skupić się na Rosji i gestykulując
pokazuje granicę, ale mój kochany "narodowiec" wie lepiej, bo 80
procent Odessian mówi po rosyjsku, więc są za polityką Rosji. Nie sposób
gościowi wyjaśnić, że nie każdy Ukrainiec to Rosjanin. Zgodzili się w jednym,
że Bandera nie był bohaterem, tylko zbrodniarzem. Co do Putina Edward z grzeczności
nie przeczył więcej.
Nasz lider był trochę zawiedziony obaleniem bizona bez niego. Też miał
smaka, którym musiał się obejść. Na pocieszenie dostał info, że to było
poświęcenie w naszym interesie, gdyż chłopak ma dostęp do magazynu, a tam piwo,
cola, ciastka. Było to trzy dni temu i jakoś efektów poświęcenia nie widać. Ani
piwa, ani koli, ani ciastek dla nas nie ma. Za to w kuchni i cola jest, i nowe
paczki ciastek. Ot taka głupotka mała wyszła ze stolyczanina. Wydawało mu się,
że robi interes życia, a okazało się, że go w konia Kozak zrobił. Teraz młody
na jadalni się tylko uśmiecha głupio, a zomek chwilowo nie wraca do tematu
ciasteczek.
Kolejną zmianą jest nowy pomocnik kucharza. Teraz jest ich dwóch. Do tej
pory wszystkim zajmował się Yasir z Pakistanu. Teraz nami, Europejczykami,
zajmuje się Edward, a resztą świata Yasir. Jest śmiesznie, bo chłopak się dość
powoli wdraża w swoje obowiązki i pomimo, że jest z nami od tygodnia dalej
sprawia wrażenie zagubionego. Ale jest z niego równy gość. Można pogadać. Z
racji, że mamy tu tylko kawę rozpuszczalną z niższej półki cenowej - oryginalną
nescafe classic - i do tego równie sztuczne mleczko w proszku, w Polsce często
nazywane zabielaczem, chłopak chciał uruchomić stojący w zmywaku ekspres
przelewowy. Niestety kawa z ekspresu była gorsza smakowo od classic, więc
zakończyliśmy współpracę. Piję dalej czarnego liptona słodząc miodem i
zakwaszając plasterkiem cytryny. Pracowity chłopak z niego. W wolnych chwilach,
gdy nie pomaga w kuchni zajmuje się sprzątaniem, odkurzaniem, dostarczaniem
potrzebnych do życia środków. W dniu, gdy mieliśmy antyalkoholową i
antynarkotykową kontrolę zapytał nawet po ile w Polsce kokaina chodzi. Dobre
pytanie.
Nowy jest też szef, zwany tu chiefem. Gościu z Odessy, a jakże inaczej,
bardzo spokojny i stabilny emocjonalnie. Mam przyjemność współpracować z nim.
To istne przeciwieństwo poprzedniego szefa. Tamtem znerwicowany, niestabilny,
wybuchowy. Palił w biurze jednego po drugim. A ten gdy już musi zapalić
wychodzi na balkon lub lepiej to nazwać tarasem, a że takie tarasy mamy aż dwa
po obu stronach biura nazywamy je skrzydłami. Widok przepiękny się z nich
roztacza. No ale jesteśmy na wysokości około 30 metrów, w dodatku nad samym
oceanem, więc jak może być inaczej. Chief jak to chief lubi rozkazywać. A że
nowy w tej społeczności to i konflikty drobne powstają. Bo jego nauczyli tak, a
tu się robi inaczej, czyli tak. On chce tak, a oni tak. No i tak właśnie czas
mija. Ale gdy chief nie słucha wykładu starego na temat życia i śmierci, w tutejszym
dialekcie "nji chulja" i "bljedz", to jest super gościem z
którym można kawę wypić. Podczas nauk starego przeważnie to ja wychodzę na
skrzydło. Panuje tam zdecydowanie lepsza atmosfera, a zamiast
"chuljii" mewy latają.
Jeszcze jedną zmianę warto odnotować i nie będzie ona słodka. Dziś
niedziela i do tej pory do śniadania kucharz piekł jakiś placek. Zwykły
biszkopt z czekoladą lub miodownik. Taki skromny, a za razem domowy, dający
dużo dobrego wspomnienia. Dziś nie było placka, nie było biszkopta, nie było
miodownika. Również tradycją było, że do śniadania każdy dostawał paczuszkę
herbatników, czterech sztuk, suchych, czasami z nadzieniem. Taki suwenir na
rozpoczęcie dobrego dnia. Od tygodnia jedyne ciasteczka, te nasze, są w kuchni.
Widzę opakowania zbiorcze pod stołem roboczym, gdy odnoszę talerze. Smutne to,
ale prawdziwe. Czyżby
koniec pewnej epoki?
23
sierpnia 2015
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz