niedziela, 24 lipca 2011

Ignorant

Nienawidzę ignorantów. Przebywam aktualnie w lesie. Od dwóch dni wkurzają mnie dwie kobitki. Jakieś znajome komendantki. Blondynki – ze świecą takich szukać. Kompletnie nie myślą nad tym co im się mówi. Zadają głupie pytania i dla zwykłego śmiertelnika odpowiedzi się oczywiste. A one to traktują chyba jak zabawę. Skończyłem im odpowiadać, bo szkoda mojego czasu. Niech sobie poszukają w wikipedii.

A zaczęło się dość niewinnie od rozmowy na temat zdobywania sprawności trzech piór. Z racji, że to zielone blondyny postanowiłem mówić wyraźnie dużymi literami o co tu chodzi. Że na sprawność składają się trzy próby – milczenia, głodu i samotności. Że to próby charakteru, zresztą jak cała sprawność. Że nie jest to proste. Że wymaga koncentracji, ale również i wewnętrznego wyciszenia. Że się trzeba przygotować do tej sprawności. Że nie można tak z ulicy sobie ją zdobywać. Że to krąg dopuszcza. Jak przeszliśmy przez oczywiste pytania, pojawiły się te mniej oczywiste. „Ale jak to bez jedzenia do lasu? To będą głodni chodzić?” No nie będą chodzić głodni, bo mają sobie przygotować ciepłą strawę. „Ja bym ugotowała wodę i miałabym ciepłą strawę”. No może człowieka krew zalać jak się z takimi głupimi kobietami gada. Nie chciało mi się tłumaczyć, że strawa to nie woda, bo ignoruję takie uwagi. Kolejna zauważyła jednak, że wrzuciłaby do wody malinkę i miałaby strawę. To taka zupka a’la homeozupka. Życzę smacznego. Tylko, żeby pani na włosy się ta malina nie rzuciła, bo rudy to brzydki kolor i by nie pasował do twarzy.

Na kolejne pytania w takim razie czym się żywić, odpowiadam spokojnie i pewnie. Ludzie do tej próby przygotowują się latami pracy na obozach i biwakach. Poznają las, a więc poznają również to co w nim można zjeść, na co uważać. Wiedzą jak przetrwać, jak coś ugotować, jak zbudować legowisko. Budowanie kuchni polowej to najmniejszy problem. Oczywiście ponawiane jest pytanie co jeść. Nie wyszukując w pamięci rozglądam się dookoła i mówię. W lesie są grzyby, jagody i maliny. To najprostsze co można znaleźć i przyrządzić. Po chwili dodaję zdania o makaronie z brzozy, kompocie z szyszek i młodych pędów świerka lub sosny. Bez podawania przepisów. Brzmi to chyba mało przekonująco, bo widzę coraz większe rozbawienie na twarzach słodkich idiotek. Rozumiem, że można nie rozumieć tego, bo to ciężki temat dla osoby, która nigdy nie jadła podobnej potrawy. Ale nie cierpię jak ktoś robi sobie pośmiewisko z takiego tematu. Żyją na świecie ludzie, którzy bardzo chwalą sobie możliwość jedzenia darów lasu. Przyjęło się mówić wręcz ‘harcerz nie świnia – wszystko zje’. Z drugiej strony dany delikwent sam do tego lasu chce iść. Nie ma przymusu, jest deklaracja dobrowolności. Chce iść by się sprawdzić, sprawdzić swoje umiejętności, wiedzę. Chce przezwyciężyć strach, ale przede wszystkim chce iść na wielką przygodę z lasem, chce go podglądać jednocześnie stając się przez chwilę jego mieszkańcem. Ta symbioza jest mu potrzebna by osiągnąć kolejny poziom puszczańskiego wtajemniczenia.

A blondyny dalej swoje, coraz większe żarty. Mnie podnosi się poziom agresji, ale z uśmiechem i bez większego unoszenia tłumaczę dalej. Idiota, który nigdy nie był w lesie i tak tego nie zrozumie. Sprawności są na szczęście dla osób mądrych, więc specjalnie się kobitami nie przejmuję. Już mi jest wszystko jedno co im powiem, a co one zrozumieją. Generalnie w cuda nie wierzę, by moje tłumaczenia coś dało. Ratuje mnie pora kolacji. Schodzimy więc na jadalnię.

Kolacja dość skromna. Na tacce jeden rządek kromek z wędliną, a po obu jego bokach rzędy kromek z margaryną. Po kilku chwilach nie wytrzymuję i komentuję, że ta kolacja to cienko wygląda. Blondynki odzywają się swą mądrością i komentują, że jak mi nie pasuje to zawsze mogę sobie ugotować makaronu z brzozy. Ich poczucie humoru było na tyle odbiegające od reszty, że tylko one wzięły to za dobry żart. Reszta ludzi nie zwróciła nawet na to uwagi. Niestety poza mną. Z racji, że miałem już dość życzyłem im smacznego. Trzy razy powtarzałem, za każdym razem jak pojawił się komentarz odsyłający mnie do lasu. Przecież z idiotami się nie dyskutuje, bo to nie ma sensu. Tak właśnie zostałem ignorantem. Przekroczyłem kolejną granicę w kontaktach międzyludzkich.

sobota, 16 lipca 2011

Świat jest dziwny.

Dziwny jest ten świat – śpiewał pewien Poeta. A najdziwniejszy na świecie jest człowiek. Zrozumieć go to ciężka sprawa. Działa podobno irracjonalnie, a że nie lubię trudnych słów, to dodam, że działa w sposób nieprzewidywalny. Tak – jestem człowiekiem. Jeszcze miesiąc temu się żaliłem mojej pani profesor na pewnego ludka, a dziś … dziś śpię w jego łóżku.

Umiejętność przebaczania to fantastyczna instytucja, ale do dupy. Nie da się przebaczyć bez wyjaśnienia pewnych kwestii. A żeby coś wyjaśnić trzeba się z kimś spotkać, co powoduje, że scyzoryk się otwiera w kieszeni. Po co tyle zachodu? Tylko po to by mieć koło siebie kogoś bliskiego? Jaki to ma sens, a jakie znaczenie, zwłaszcza dla rozwoju cywilizacji? Do dupy. Ty ustąpisz, to ja też ustąpię. Nie przeprosisz, to będzie nadal kosa. Jak będzie kosa, to zapomnij o przyjaźni. Kółko zamknięte. Bez pokajania nie ma radości, ale przyznanie się do błędu wymaga dużo odwagi. On zawinił, ale przepraszam nie było. Mimo to rura mi zmiękła.

Spędziliśmy popołudnie i wieczór, głównie na rozmowach. No tak dosłownie to na wywiadzie. Ja pytałem, on odpowiadał, ja pytałem, on odpowiadał, ja pytałem, on … On nie pytał, a ja lubię jak się mnie o coś pyta. Mogę wtedy coś powiedzieć, pochwalić się. Nie należę do gadatliwych ludzi, a już na pewno nienawidzę o sobie mówić bez pytania. Uważam, że to nie w porządku. Nie jestem egoistą, ani tym bardziej egocentrykiem. W zasadzie nienawidzę opowiadać o sobie. Lubię słuchać, a jak już kogoś wysłucham, to chętnie opowiem mu co ja myślę, co czuję lub co przeżyłem.
W zasadzie to nie ma znaczenia. Nie wiem dlaczego, ale dziś nie ma nic znaczenia. Myślami jestem daleko, może nawet bardzo daleko, bo setki kilometrów stąd. Słucham i obserwuję, zapamiętuję, choć za bardzo nie wiem po co. Jest zabawa.

Miałem przyjemność być na koncercie. Zaproszony zostałem z oporami – nie wiem dlaczego. Że niby ja się będę źle bawił z młodymi. No fajnie, ale ja jestem młody nadal. Ostatnio pan rybak dał mi 23 lata! Nie chwaląc się, bo tego nie lubię J, powiem, że 23 – 24 lata dają mi ludzie od … 4 lat. Wcześniej nie pytałem, albo oni nie podawali swoich typów. Niesamowite. Świat się starzeje, a ja nie :D. Z tym wiąże się tez pewna historia sprzed dwóch lat. Będąc na pewnym zlocie przez tydzień osoby z którymi współpracowałem nie do końca zdawały sobie sprawę z mojej rangi, a przy okazji i wieku. Jako „członek zarządu” pewnej organizacji załatwiałem potajemnie dostęp do wody, bo była limitowana, a dla tej służby nie powinna. Po szybkiej wymianie zdań z szefem problem się rozwiązał. Mój wiek i funkcja wyszła na jaw dopiero w przedostatni dzień imprezy, gdy w końcu wylegitymowałem się, bo oczywiście nikt mi nie wierzył co do wieku. Zabawnie było. Na koncercie też było bardzo fajnie. Muzyka, reżyseria, wykonawcy, kapele – niepowtarzalny klimat, a ja dużo nie potrzebuję. Warto było i tyle. Ale nadal nie rozumiem, skąd wątpliwości czy mnie zaprosić. Pisałem i mówiłem mu, że lubię koncerty, lubię przebywać z ludźmi, i choć zamiast mówić obserwuję, to i tak się zawsze dobrze bawię.

Domyślam się, że co bym tu nie napisał to i tak większość czytelników chce doczytać o co chodzi z tym łóżkiem. No więc wracając do łóżka. Leżę sobie i sobie myślę. Onego nie ma – bawi się gdzieś na mieście. Pewnie dlatego mam tę niepowtarzalna okazję. Wróci nad ranem.