niedziela, 15 maja 2011

Ząb

Od wczoraj boli mnie ząb. To dość duży kolokwializm, bo zęby nie bolą, ale wywołuje w odbiorcach wiadomości tak wielkie współczucie, że lepiej pisać o bolącym zębie, niż bolącej szczęce. No mniejsza z tym. Boli i to jest dla mnie istotne.
Położyłem się jak zwykle koło 2.30. Jakoś wcześniej mimo że mi się chciało, to jednak mi się nie chciało na tyle bym poszedł. Pobudka przyszła szybko, bo o 5.30 już wędrowałem po pokoju w poszukiwaniu proszków. Wieczorem łyknąłem znany lek przeciw objawom grypy, bo nic innego nie było w zasięgu wzroku. Pomogło. O piątej musiałem przeszukać dwie szuflady. Udało się. Coś na bazie paracetamolu powędrowało do mojego żołądka. Po chwili usypiam. Budzę się po dziewiątej. Przewracam z boku na bok. Wybieram odpowiedni sposób leżenia, byle przez chwilę nie czuć bólu. Czasami pomaga. Ale nie zawsze. W zasadzie większość prób nie skutkuje. Wstaję godzinę później. Muszę przeglądnąć zdjęcia. Przy okazji szukam w necie stomatologa otwartego w niedzielę.

Wczoraj zrobiłem koło 700 zdjęć. Obiecałem, że szybko nagram płytę, więc przystąpiłem do pracy. Przeglądanie albumu i wybieranie odpowiednich ujęć zajmuje ponad dwie godziny, ale nie zwracam uwagi na czas. Bardziej myślę co zrobić z zębem.

Wołają na obiad. Cóż, jeść trzeba. Od komputera też czasami można wstać. Posiłek mi nie wchodzi. Zupełnie straciłem smak. Myślę tylko o jednym.

Chcę przygotować kilka zdjęć i rozesłać po redakcjach. Może ktoś to opublikuje. Nie wszystkie się złe. Kolejne kilkadziesiąt minut zajmuje przygotowanie dwudziestu prac. Nie no tak się nie da pracować.

Zdjęcia przygotowane. Jeszcze tylko jakiś tekst. Z trudem piszę kilka zdań. Nie jestem w stanie myśleć o tym co było wczoraj. Moja głowa zajęta jest tym, co dzieje się teraz na wysokości szczęki. Cholera jasna. Pół dnia w męczarniach. Postanawiam jechać do lekarza.

Tekst napisany, wklejony, ale te cholerne zdjęcia nie chcą się dołączyć. No za chwilę padnę. Kilka prób, za którąś tam udaje się załączyć wszystkie. Próbuję wysłać. Nie udaje się. Jakiś błąd. Jak tak można. To się w pale nie mieści. Jak pech to pech.

Pod zębem wyczuwam coś twardego. Pewnie torbiel z ropą. Ropa jest droga więc cieszę się, że moje ciało postanowiło zainwestować w rafinerię. Ile mnie będzie kosztowało wybudowanie infrastruktury? Nie wiem. Poczta załapała i pan e-listonosz odebrał przesyłkę. Można jechać i pomyśleć w drodze jak nazwę nowy zakład. Oni ropy po dnach oceanów szukają, a ja mam pod ręką, no może pod zębem – ściślej ujmując.

Przemykam pomiędzy kroplami deszczu na przystanek. Za kilka chwil przyjedzie tramwaj i zabierze mnie do lekarza od szkliwa. Jest mi wszystko jedno. Mogą go łatać lub wyrywać. Byle przestało boleć.
Ząb chyba wie co go czeka bo coraz bardziej daje o sobie znać. W tramwaju już nie mogłem wysiedzieć. Teraz siedzę w poczekalni. Przede mną umówieni pacjenci. Nie mogli się umówić na poniedziałek? W niedzielę do kliniki działającej non-stop nie przychodzi się ot tak. Ale nie ma przynajmniej dzieci. Sami dorośli. W zasadzie to dwóch panów i ja trzeci. Może to czekanie nie będzie trwało długo. Na przeciwko drzwi wejściowych dumnie brzmiąca reklama - całodobowe kompleksowe usługi pogrzebowe. Ciekawe.

Poczekałem zaledwie 10 minut. Rozsiadłem się na fotelu, powiedziałem co mnie boli, zupełnie jak na spowiedzi. Pani, zresztą bardzo młoda, miła i delikatna, przeprowadziła wywiad o chorobach, sercu, zażywanych lekach. Popatrzyła do jamy ustnej i zawyrokowała. Podała znieczulenie. Dostałem w nerw od ruszania wargą, tą górną. Jak się wbijała igła to warga się tak lekko skurczyła, poczułem silny ból, a pod oczy podeszła woda. Polecam masochistom. Ja wymiękam. Robimy zdjęcie. Szóstka i siódemka. No to robimy. Najpierw fartuszek z ołowiu. Później elektroniczna klisza. Fajny ten sprzęt. Myślałem, że to tylko w Housie takie coś mają. Pierwsza próba i pół siódemki widać. Druga próba, w zasadzie to samo. Pani doktor zleca panoramę. No pół panoramy jak mam być dosłowny. Lepsza połowa niż nic. Wychodzi wreszcie. Koniec Hiroszymy. Tu widzimy to, tu to, tu coś tam. Nie ważne. Szóstka do usunięcia, a siódemka leczenie kanałowe. Pan poprzedni doktor nie wywiercił wszystkiego zanim załatał. Efekt widać na zdjęciu, ale w skrócie pod zębem zapaliło się i trzeba ugasić. Kilka miesięcy leczenia powinno wystarczyć. Super. Jakbym nie miał innych wydatków.

Szczęśliwy wracam na fotel. Rozkłada się, a ja czuję się jak w samolocie. Tylko silnik pracuje na innej częstotliwości. Borowanie, zaglądanie, przetykanie, wkładanie, borowanie, smarowanie, sikanie, dmuchanie, wypluwanie, przepłukiwanie … eee nie chce mi się tego pisać. Chyba każdy był u dentysty. Udało się rozłatać, coś tam wepchać i założyć opatrunek na siódemkę. Teraz pora na szósteczkę, albo na to, co z niej zostało. Musiałem chwilę posiedzieć i rozmasować mięśnie twarzy z drugiej jej strony. Już dawno takiego wielkiego otworu gębowego nie miałem i do tego przekrzywionego w jedną stronę. Posiedziałem chwilę, ale pani się do roboty chce zabrać. No to buch. Leżę i myślę, że jak skończy to pójdę na lody. Będzie super. Na polu deszcz i zimno, a ja myślę o lodach. Przez chwilę pomyślałem również o poniedziałku. A pani doktor coś tak wtyka, obiera mi zęba z dziąsła, podważa, nagina, coś zgrzyta, mnie szczeknę chce wyrwać, a ona nadal coś dłubie. W poniedziałek muszę odmienić się z kolegą samochodem. Sprinterem mi się źle jeździ. Przyzwyczaiłem się już do mojego niebieskiego delfinka. Biegi, hamulec, gaz, kierownica, radio, układ przycisków. Nie da się porównać tych samochodów. A ona nadal swoje. Uwzięła się i za wszelką cenę chce mi uszkodzić resztę szczęki. No ugryzę ją za raz i się skończy. Do tego rękawiczki lateksowe ubrała. Uczulony nie jestem, ale lateksu w ustach też nie lubię. Udało się chyba, bo odłożyła instrumenty i zaczęła tamować krwotok. Super. Jestem wolny. Chwilę sobie jeszcze poleżę, bo się zmęczyłem. Pani okno otwiera bym się trochę dotlenił. No jestem pod wrażeniem. Obsługa pierwsza klasa.

Jeszcze instrukcja obsługi. Nic nie jeść przez 2 godziny. Później przez resztę dnia jeść lekkie potrawy na pół płynne i lekko ciepłe. Przykładać lód do policzka. Wykupić antybiotyk i ketonal. Nie chce mi przepisać Vicodinu. Zupełnie nie wiem dlaczego. Za moją platformę wydobywczą zainkasowali 240 zł. No już się nie mogę doczekać zysków ze sprzedaży. Miła pani doktor, więc się z nią umówiłem na przyszły tydzień. Trzeba korzystać z życia.

Idę na spacer przez most do galerii wykupić receptę. Myślę sobie co by tu zjeść na kolację. W aptece kolejka, ale twardo stoję. Moje dzień dobry nie wywołuje śmiechu u sprzedawcy, ale ja niestety parsknąłem śmiechem. Jak można być poważnym w sytuacji, jak trzeba mówić, a ja pół twarzy mam znieczulone, dodatkowo rębami przytrzymuję gazik tamujący krwotok. Pan nie wiedział o co chodzi, ale pewnie się domyślił jak przeczytał od kogo jest recepta. Za antybiotyk i środek znieczulający zapłaciłem 17 zł z refundacją. Za tabletki osłonowe kolejne 10. Gdzie tu sprawiedliwość? Idę na zakupy. 2 jogurty pitne, 2 do łyżeczkowania, 30 dkg łososia wędzonego i czekolada mleczna kawowo-toffi. Ten co to wymyślił jest geniuszem.
Pora do domu.

sobota, 14 maja 2011

One day

5.33 obudziłem się. Wyglądnąłem przez okno sypialki, odwróciłem się na drugi bok i zasnąłem
6.57 obudziłem się ponownie. Budzik nastawiony na 7.00 więc mam jeszcze 3 minuty :)
7.00 gra pobudka. Ech trzeba wstawać - praca czeka
7.09 zlazłem na dół. Zastanawiam się co zjeść na śniadanie. Wybór padł na kawałek łososia wędzonego i pomidory
7.13 katastrofa! Łosoś się zaparzył. 3 dni w worku foliowym wystarczyły. Trudno. Zmieniam menu. Łosoś wypada, a w jego miejsce zjadam ser biały ze szczypiorkiem i ziołami. Zjadam zaledwie 1/3 opakowania. Dziś mi nic nie wchodzi. Jadę na załadunek
7.30 jestem na bramie firmy. Wpuszczają mnie na teren. Osoba wyglądająca na szefa załadunków każe czekać, więc czekam planując drogę powrotną.
8.14 dostaję sms z nazwą firmy dla której jedziemy z instrukcją, że jak mnie załadują mam zgłosić ile tego jest i czekać. Jakaś kpina nadgorliwego spedytora, bo zawsze zgłaszam załadunek, no ale cóż zrobić. Mentalności niektórych nie zmienię.
8.16 dzwoni nadgorliwy, a że dzwoni na zły numer nie odbieram. Prosiłem kilka razy by dzwonić na ten drugi, zwłaszcza jak jestem za granicą.
8.17 dzwoni na drugi numer. Odbieram. 'Macs. Dostałeś sms? Dlaczego nie odpisałeś? Ok albo spierd...'. Bo mi się nie chce. Po co mam wysyłać sms, skoro to nie wpływa na załadunek? Poza tym on na moje smsy nie odpowiada, więc dlaczego mam to robić ja? Generalnie wkurza mnie ten człowiek. Z każdym jego ładunkiem są problemy. Albo się coś nie zgadza, nie ma czegoś lub jest za dużo, albo nie ma wcale i nie będzie, albo są tak wyśrubowane godziny dojazdu, że kierowca nie ma czasu nawet na tankowanie. Teraz mam 10 godzin na dojechanie na miejsce od chwili załadunku. Z nawigacji wychodzi 618 km i 8.55 godziny. Rezerwy zaledwie godzina, a muszę 2 razy tankować i przy okazji piątku pewnie stanę w korkach. Po Węgrzech i częściowo po Słowacji będę jechał drogami jednopasmowymi więc będzie dużo możliwości do korków. Ale nie mam sił gościowi tłumaczyć, że jest to mało prawdopodobne bym zdążył.
8.30 magazynier kieruje mnie na parking. Pytam ile będę czekał. Odpowiedział, że nie wie. Super. Zaczyna się piękny piątek trzynastego.
8.33 wysyłam sms do nadgorliwego. Opisuję sytuację. Oczywiście ma mnie głęboko w dupie i nie odpisuje, bo po co. Zresztą nie mam zamiaru czytać jego pomysłów, co mam zrobić by mnie załadowali. Pomysłowy Dobromir siedzący 600 km ode mnie. On to się zna.
9.00 temperatura na zewnątrz już 19 stopni. Jak wstałem było 16,5, więc nie jest źle. Słońca brak tym razem, ale przez ostatnie 2 dni stania mi trochę poświeciło. Wczoraj w Budapeszcie było 31 stopni, w cieniu 27. Poranek bez słońca nie jest radosny, ale wierzę, że to złe dobrego początku.
9.04 w radio informacja o 30 rocznicy zamachu na papieża. Włączył mi się buntownik w głowie. Mam dość. Nie papieża, nie jego nauk. Mam dość ciągłych rocznic. Wybór, śmierć, msza prymicyjna, msza po wyborze, msza na placu zwycięstwa, teraz zamach. Brakuje tylko rocznicy pierwszego pierdu. Czy na świecie nic się nie dzieje? I tak będzie przez cały dzień, bo najważniejsza jest rocznica zamachu sprzed 30 lat. Boże chroń królową. Nie mówię, że mamy nie pamiętać, zapomnieć. Ale nie róbmy sensacji i newsa w wiadomościach. W zupełności wystarczy ciekawy reportaż radiowy lub telewizyjny. Tym bardziej, że 13 dni temu film z zamachu był wyświetlany, a temat poruszany w mediach podczas beatyfikacji. Jakoś to dziś przeboleję.
9.14 coś się zmieniło. Wjechał tir na załadunek i wyjechały dwie mniejsze ciężarówki.
9.26 na budowie na przeciwko mnie 'pracuje' trzech robotników. Oglądają walec drogowy, więc ja obserwuję ich. Fachmany znają się na rzeczy i palą do roboty. Chodzą naokoło walca jak przystało na prawdziwych robotników z rękoma w kieszeniach. Jeden wyjął jedną rękę i sprawnym jej ruchem zamknął drzwi do pojazdu. Ha! Wiedziałem, że to będzie ciekawy obiekt do obserwacji. Ciekawe jak długo budują to co budują. Może mają przerwę? Teraz oglądają opla. Idzie czwarty z grabiami.
9.27 na budowie pojawił się jakiś gość z projektem. Przy oplu zgromadziło się już sześciu gości. Jeszcze jedenastu i będzie wiec. Zapewne nielegalny. Gość z projektem wraca. Chyba nic ciekawego na nim nie znalazł. Tylko jeden z pracowników ma kask, za to papierosa ma każdy. Ciekawe.
9.33 z bramy wywieźli jedną paletę. Tir zabierze 33, ja 8. Zobaczymy ile jeszcze wywiozą - po ilości domyślę się dla kogo ten towar, bo po Madziarsku ciężko się dogadać.
9.37 wyszedłem na spacer. Wywieźli już dwie palety zaadresowane do Gliwic. Hura! To dla mnie. Jeszcze tylko 6 palet, załadunek, odbiór dokumentów i można jechać.
9.44 zaczyna kropić. Panom na budowie specjalnie to nie przeszkadza. Teraz idzie trójka. Jakiś konwój. Po środku gość z wiadrem w jednej i łopatą w drugiej ręce. Ci po boku idą z rękoma w kieszeniach. A jak. Przecież na budowie nie można się przemęczać.
9.55 dalej 19 stopni i dwie palety na zewnątrz. Przestało kropić co prawda, ale marne to pocieszenie. Panowie zabrali się do roboty, albo tylko się schowali przed moimi oczami.
9.59 chłopaki naprawdę zabrali się do roboty. Przyjechała mini koparka gąsienicowa. Wraca gość z wiadrem i łopatą - bez obstawy. Pewnie ich ubił i zakopał. Bohater!
10.05 koparka zabrała wibrującą stopę. Jeden pracownik eskortuje podtrzymując stopę za rączkę :)
10.17 tylko 19-5 stopnia. Słabo. Wczoraj o tej porze było już 24
10.44 zaczęli ładować. Nie mnie! Tira. Na razie wrzucili mu paleciaka na pakę. A u mnie nadal cisza. Gotuję jajka. Będzie drugie śniadanie
10.54 jeden chłop w okopie, tzn. w wykopie. Obwód pasa jakieś 150 - miłośnik piwa i sportu przed tv. Raczej aerobiku nie ćwiczy. Solidny dół wykopał a montuje tylko rynnę. Też sposób by robotę zrobić, a specjalnie się nie narobić. Siedzi chłop w okopie, więc go nie widać. Jak nie widać to innym nie żal jak nic nie robi, bo go nie widzą. A że okop solidnej głębokości to schylać się nie trzeba, bo wszystko na wysokości odpowiedniej. Ergonomia pracy najważniejsza.
10.59 kolega spedytor zadzwonił, by dowiedzieć się co u mnie. Myślał by kto, że się o mnie martwi. O swoją dupę się martwi. Jajka zjedzone, ale nadal mam niedobór w żołądku. Coś trzeba wymyślić. Zakładałem, że koło 16 będę w Polsce, a tu koło 16 to chyba stąd wyjadę. Żarcie się kończy, ale mam jeszcze asy w rękawie, tzn. kabanosy na siedzeniu.
11.09 wyszło słońce. Temperatura 21,5. Na budowie cisza, nawet chłop z okopu zginął. Może usnął? Na zakładzie też cisza. Załadowali 6 palet na tira i przerwa.
11.39 załadowali. 5 palet zamiast 8, ale załadowali. Mam papiery. Czekam tylko na decyzję czy mogę jechać. Temperatura rośnie. Już jest 23-5 stopnia. Na budowie znowu jakieś rozmowy klubowe.
12.05 odpowiedzi z Krakowa nadal nie ma. Wyciągnę chyba leżak. Nawet fajnie tu jest. Jak pomyślę, że muszę sprinterem jechać to już mnie głowa boli. Moje ducato jest ciche, a to ... decybele przekraczają możliwości moich uszu. Silnik głośno pracuje - znaczy, że słabo wyciszyli. W kabinie coś się telepie - znaczy, że sprzęt za 200 tyś. się sypie. Nie cierpię jeździć nie swoim autem.
12.21 mam zgodę na wyjazd. Temperatura skoczyła do 27 stopni. Na budowie siesta.
12.27 otworzyłem paczkę z sałatą. Bez jedzenia się nie da :)
13.14 szukam miejsca dogodnego do oddania moczu
13.15 zatrzymuje mnie policja. Toalety nie mają, ale chcą prawo jazdy, dowód rejestracyjny i paszport. Jak usłyszeli, że na każde pytanie odpowiadam 'nie rozumiem', pokazuję szeroko zęby i kręcę ramionami oddali mi dokumenty. Pan zasalutował i kazał jechać. 3 zaoszczędzone minuty poszły się paść, bo panom się nudziło.
13.20 w radio puścili ‘Na plażach Zanzibaru’. A ja nadal nie mam tej płyty, choć bym chciał.
13.32 znalazłem miejsce na siuśpauzę. Szukanie trwało chwilę, sam postój również.
13.48 o ty k...obieto! Jak się skręca to trzeba włączyć kierunkowskaz. I manewru nie robi się z pasa do jazdy na wprost, jak jest w tym celu pas do skrętu. No blondynka, rasowa i naturalna.
14.36 mijam rodzinne miasto ikarusa. W Krakowie już od dawna ich nie ma, za to na Węgrzech nadal tego sporo jeździ.
14.52 jakiś świr w fordzie wziął się za wyprzedzanie. Skończyło się na hamowaniu. Ludzie zbyt często przeceniają możliwości swoje i swoich pojazdów.
15.00 po raz kolejny słyszę o strzałach do JP2
15.37 Komarom. Miasto graniczne. Dawniej duża twierdza nad Dunajem. Dziś malownicze miasteczko. Pora opuścić Węgry i powitać Słowację.
17.18 pora zatankować. Przy okazji kupuję czekoladę. Tak dla zasady ‘Studencką’ Oriona, ale w gorzkiej czekoladzie.
17.46 kilka minut temu wjechałem na autostradę. Nudy! Już dawno się tak nie nudziłem. Jadąc przez wioski i miasteczka można było na czymś oko zawiesić. Majowe wysokie temperatury sprzyjają ściąganiu okryć wierzchnich, ciało nabiera kolorów. No po prostu jest na co popatrzeć.
17.59 radio dla kierowców: z dwojga złego nie wybieraj niczego.
18.22 w radio gadają o zamykanych stadionach. W studio są przedstawiciele PiS, PO i SLD. Dwie partie uważają, że zamykanie stadionów jest działaniem pijarowym rządu i Platformy. Nie będę ukrywał, że kiepski to pijar, biorąc pod uwagę, że kibice to też wyborcy.
18.34 skończyli. Wniosek z przysłuchiwania się tej dyskusji o stadionach, pośle Arkułowiczu i wyborach mam jeden. Niektórzy ludzie są tak bezczelni, że nie dają skończyć innym i im ciągle przerywają w wypowiedziach. Problem w tym, że tak jest w każdej dyskusji i debacie. Skupieni są w jednej partii na szczęście, więc wystarczy na nich nie głosować i będzie spokój.
18.55 słucham Radio Watykan, gdzie oczywiście większość czasu antenowego poświęcono zamachowi. I tak sobie myślę, że dużo lepiej by się tego słuchało, gdyby zamiast zamachu na życie papieża mówiło się o cudownym ocaleniu jego życia. Przecież sam zamachowiec Ali Baba powiedział, że papież cudem uniknął śmierci. Mówmy więc o kolejnym cudzie 13 maja, a nie tragedii. Od razu mi lepiej jak pomyślę, że Bóg czuwa i mimo tragedii pomoże mi wyjść na prostą.
19.40 postój w tesco w Cadcy uświadomił mnie, że tropiki majowe już się skończyły. Trochę zmarzłem. ‘Złoty bażant’ dla mechanika, który pomaga mi wymienić silnik i zarazem jednego z lepszych kumpli jakich mam, a dla mnie tylko mleko. To chyba ostatnie moje zakupy na tej trasie. Jeszcze coś na kolację trzeba upolować, ale to już na naszej stacji.
19.47 znowu zmieniam państwa. Tym razem żegnam Słowację i witam się z Czechami. Muszę się poskarżyć! Nie dostałem w tę stronę smsów od operatora. Nie wiem po ile są smsy :). Po drodze przed granicą minąłem słowacką policję z radarem laserowym. Już się zwijali - pewnie zmarzli. Nie byli zaskoczeniem, bo zawsze tam stoją. Nudne trochę.
19.48 w trójce puścili piosenkę bohatera serialowego pana doktora Housa. Tę płytę też bym chciał mieć. Nie wiem które miejsce zajmuje na liście przebojów, bo nie słuchałem Niedźwiedzia, ale jak dojadę do domu to zagłosuję.
19.59 tylko 12 stopni. Czuć, że coraz bliżej domu.
20.01 kolejny kretyn chce szybciej spotkać się z JP2. Wyprzedzanie na zakręcie czterdziesto tonowej ciężarówki, gdy z naprzeciwka nadjeżdża druga taka sama jest najgłupszym manewrem i dla wielu ostatnim na ziemi. Bezmózgowiec zmusił obie ciężarówki do hamowania.
20.14 Andrus ze swoją balladą na 28 miejscu! To kolejny utwór na który zagłosuję, bo warto.
20.23 Polonia welkome. No to jestem. 1,5 godz. do rozładunku, ale to i tak już bliżej niż dalej, więc jestem zadowolony.
20.34 skończyło mi się wszystko do jedzenia i picia w aucie. Chciałem się napić mleka. Po raz pierwszy od 14 lat, tak normalnie w świecie się napić. Wtedy mi się nie udało, bo w knajpie nie mieli mleka. Kpiny! Teraz też mi się nie udało, bo oczko plastikowe do otwierania zostało mi na palcu. Muszę się zatrzymać i otworzyć nożem.
20.39 dzwonił tata. Coś zrobił z drzwiami w domu, coś tam podkleił czy jakoś tak. Mam dzwonić domofonem jak wrócę. Ale to będzie po północy!
20.48 jednak nie wszystko idzie ok. Grzesiek nie załatwił silnika, więc jutro go nie będę wkładał. Muszę to zrobić w tygodniu. Ale może jutro pojadę na zawody WOPRu do Czernichowa. Zobaczymy.
21.24 po kretynach w osobówkach pora na kilka słów komentarza dla pana kretyna w czerwonym ciągniku siodłowym z naczepą typu patelnia. Jadę sobie przepisowo przez Śląsk. Jak 50 to ja 55, jak napisali 70 to ograniczam się do 70. Za mną korka nie ma. Osobówki jadą zachowując bezpieczny odstęp i też jadą przepisowo. A ten idiota wyprzedza nas - 3 osobówki i mnie - na skrzyżowaniu, pasem do jazdy w przeciwnym kierunku, z prędkością znacznie ponad przepisowe 50. Idiota zabójca.
21.51 dojechałem na miejsce rozładunku. Palety się trochę poprzesuwały, a płyty które wiozę się lekko wysunęły. Mam nadzieję, że nie będzie draki. Tak to już bywa, gdy człowiek pracuje pod presją czasu. Zawsze się coś ...
22.27 rozładowane. Praca zakończona. Teraz tylko do domu, kąpiel i sen. Wcześniej chyba coś zjem, bo czekolada przestaje działać. Na rozładunku dostałem się do mleka. Zimne jest dobre, ale do ciepłego, nawet letniego w kartonie nadal czuję wstręt. Nie przechodzi mi przez gardło.
23.07 McDonald w Katowicach już zamknięty, a nie chce mi się jechać na drugą stronę. Posiliłem się skromnym zestawem nuggetsów, sałatki i coli light. Lepsze to niż zapiekanki lub hot-dogi.
23.28 zapłaciłem za pół przejazdu, więc skorzystałem z koszy na śmieci na parkingu. Zebrały się dwie siatki, trochę luzem i sześć butelek. Co jak co ale wypity to byłem. Ponad 10 litrów płynów w 3 dni. To jest jakaś pomyłka. Ja tyle nie pijam.
0.24 10 stopni. Zaparkowałem auto. Jeszcze muszę pozbierać rzeczy i dojść do domu.
0.42 leję wodę do wanny, włączam komputer, golę się.
1.05 zasiadam przed komputerem. Noc wrażeń rozpoczętą.
2.33 puszczam film usypiacz i usypiam po kilku minutach. Koniec dnia!

czwartek, 12 maja 2011

Cykadów czas

Znowu jestem na Węgrzech, dokładnie w Budapeszcie. Znowu, bo w ciągu miesiąca po raz drugi. Natomiast przez ostatnie 9 lat z pracy byłem tu niestety tylko2 razy. Pierwsza moja trasa z nowym spedytorem, z którym nadal współpracuję, była do Bratysławy i Budapesztu. Pamiętam ten wyjazd jakby był wczoraj. Zadziwiające w tym wszystkim jest to, że doskonale pamiętam daty, potrafię na ich podstawie odtworzyć co robiłem i gdzie, ale nie mam pamięci do imion osób, które poznałem. Muszę z kimś długo przebywać lub ten ktoś musi mnie zaciekawić, bym zapamiętał na stałe jak się nazywa. No ale wracając do wspomnień.

Ta moja pierwsza trasa u Wojtka rozpoczęła się 6 listopada 2003 roku. Na giełdzie transportowej znalazłem ogłoszenie, że pewna firma oferuje ładunek na trasie Kraków – Bratysława za 130 EUR. Z ogłoszeniodawcą współpracowałem już, dokładnie jeden raz, ale wydawał mi się zaufany. Zanim się z nimi skontaktowałem znalazłem ogłoszenie na tej samej trasie za 150 EUR. Wagowo było to to samo zlecenie, więc wyeliminowałem jednego pośrednika i wziąłem to od Wojtka. Przyjechałem do biura, które wtedy było trochę mniejsze od mojego pokoju. Za biurkiem siedział aktualny mój szef. Trochę nieufny do mnie. Ja mimo, że starałem się być otwarty, również trochę nieufnie podchodziłem do tej znajomości. Gdy tak sobie siedzieliśmy i rozmawialiśmy pojawił się ładunek do Budapesztu, również za 150 EUR. Oczywiście to również wziąłem. Zapakowałem i przyjechałem ponownie na Wąwozową na cło. A wieczorem wyjechałem na Bratysławę. Sprawdziłem sobie jeszcze schroniska młodzieżowe, spisałem adresy i telefony na wszelki wypadek.

W piątek na cło w Bratysławie i na rozładunek. Później, a w zasadzie wieczorem, bo procedury celne wtedy trwały, udałem się do schroniska, zameldowałem, w pokoju wykąpałem i poszedłem na wieczorny spacer. Po powrocie sen, a rano na miasto. Nie zawsze zdarza się spać w centrum tak ładnego miasta. Pozwiedzałem co mi się podobało. W zasadzie zszedłem całą starówkę, byłem na zamku, w tamtejszym muzeum, pod Ufo na Dunaju – wtedy było już zamknięte i w dość fatalnym stanie wizualnym. Teraz jest tam otwarta ponownie restauracja, ale ja nie mam czasu by się tam zatrzymać i przynajmniej wyjechać windą na górę. Spoglądanie na panoramę Bratysławy wciąż pozostaje w sferze marzeń. Jak już mi się znudziło wsiadłem w auto i pojechałem do Budapesztu. Po drodze oczywiście odprawa celna na granicy i wieczorem zawitałem pod firmą. Niestety rozładunek dopiero w poniedziałek, ale jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało. Postanowiłem pozwiedzać.

Na Węgrzech pierwszy raz byłem mając 7, czy 8 lat. Rodzice trudnili się handlem i jeździliśmy tam na wakacje lub ferie zimowe. Oni oczywiście bywali tam częściej, ale ja miałem szkołę. Na początku jeździliśmy do Miskolca. Mama zawsze znajdywała jakąś kwaterę więc dach nad głową był. Zimą handel bazarowy zamierał, więc trudniliśmy się zaopatrywaniem sklepów zoologicznych w smycze i grzebienie dla psów. Z perspektywy czasu śmieję się z tego, ale prawa rynku obowiązywały również w socjalizmie. Oni potrzebowali, my mieliśmy, więc można dobić interesu. Z czasem na naszym szlaku pojawił się Budapeszt, a chwilę później Vac koło stolicy. Bardzo cicha mieścina, z więzieniem dla kobiet, nad Dunajem. Mieliśmy tu zaprzyjaźnioną rodzinę do której zimą przyjeżdżaliśmy. W rodzinie było 2 synów: jeden w moim wieku, drugi o 2 lata starszy oraz córka, jakieś 3 lata młodsza. W ramach współpracy między narodami dość blisko się z nią zaprzyjaźniłem. Chłopaki później się ze mnie śmiali, no ale co? Byłem młody i głupi, ale fajnie było. Tego się nie da zapomnieć.

Latem jeździliśmy do Vacu na plac targowy. Spanie w namiocie, zakupy w ABC, w ciepłe dni na basen, chłodnych i deszczowych nie było. Na bazarze trzeba było mieć oczy otwarte dookoła głowy. Romowie wszystko kradli. Mieli kilka sposobów. Gdy podchodzili do stoiska należało obserwować nie tylko ich ręce, ale również towar który leżał lub był aktualnie macany. Gdy coś znikało musieliśmy szukać nie u tej pierwszej osoby, tylko u trzeciej lub nawet czwartej z tyłu. Towar błyskawicznie był przekazywany z rąk do rąk. To był przemysł złodziejski. Na szczęście szybko uczyliśmy się, a najważniejsza była współpraca wszystkich Polaków. Nawzajem obserwowaliśmy swoje stoiska i w razie potrzeby pomagaliśmy. Ostrzegaliśmy przed szajkami, a czasem i żandarmerią. Z tego okresu pamiętam jeszcze posiłki. Najczęściej był to bobgulasz. Pyszna zupa gulaszowa z dużą ilością papryki, najczęściej na ostro. Również arbuzy i melony były normalnym posiłkiem, a że prawie za grosze można było kupić zieloną ‘piłkę’ o wadze 8 – 10 kg to cała rodzina zasiadała do posiłku. Były pyszne, słodkie, wodniste. Bardzo dobrze orzeźwiały.

W Budapeszcie bywałem nie raz. Niestety nie miałem czasu na zwiedzanie. Inna sprawa, że jako dziecko to niewiele mogłem. Zawsze się albo szło do sklepów z towarem, albo był to ruch pomiędzy dworcami Keleti i Nyugati. Na jeden przyjeżdżał pociąg z Krakowa, a z drugiego odjeżdżał do Vacu. No i znam metro, którym można było dojechać wszędzie. Najlepsza była stacja przesiadkowa, na której krzyżowały się 3 linie. Ruchomymi schodami się jechało w dół, i jechało, i jechało. Jak się człowiekowi już nudziło okazywało się, że jest człowieczek dopiero w połowie drogi.

Zapewne nieznajomość sprawiła, że w jeden dzień chciałem zobaczyć wszystko, no może prawie wszystko. Wdrapałem się na Cytadelę, zwiedziłem jakieś muzeum, przeszedłem po moście łańcuchowym, połaziłem starymi uliczkami. Wreszcie mogłem zwiedzać tak jak ja chcę. Bez przewodnika, w swoim tempie, to co chcę i w tej kolejności. Super.

Z letnich wizyt na Węgrzech pamiętam jeszcze całonocne granie cykad. To takie większe koniki polne, ale grają tam wspaniale i tak donośnie, że nie da się tego zapomnieć. A może się da, ale wczorajszy wieczór na stacji benzynowej mi to przypomniał? Gdy kładłem się spać koło północy one grały swój koncert. Równiutko, jakby pod dyktando wybitnego dyrygenta. Idealna muzyka do snu, choć pewnie nie wszystkim by odpowiadała. Zasnąłem szybko.

Dziś gdy piszę te słowa one znów grają. Świerszcze muzykanci wydobywający ze swoich ciał rytmiczną muzykę. Wspomnienia wróciły. Te fajne i dobre wspomnienia. I mimo, że do domu jakieś 450 km to czuję się jakbym był w kolejnej swojej chałupie. Czuję się jak u siebie. Tu coś zostawiłem i może kiedyś to coś odnajdę. Może tu, może gdzieś indziej, ale odnajdę J

środa, 11 maja 2011

Latający Holender


Przygotowania do wyjazdu zacząłem już w poprzedni wieczór. Położyłem się wyjątkowo wcześnie, bo chwilę po północy. Ściągnąłem też kilka filmów, by w razie braku ładunków powrotnych nie nudzić się do 4 maja. Praca pracą, ale chwilę dla siebie mieć trzeba.

Rano tradycyjnie już po umyciu zmierzyłem  ciśnienie - nic nowego, czyli standard. Odebrałem e-pocztę i spam, poczytałem wiadomości z kraju i ze świata, spakowałem rzeczy osobiste oraz aparat i ruszyłem na parking. Rozgościłem się w moim drugim domu - plecak z rzeczami powędrował do sypialni, sprzęt audio i słuchawki stereo do pokoju dziennego, konserwy do spiżarki, ja natomiast zasiadłem w pracowni. Przekręciłem kluczyk w stacyjce. Ogłuszający wybuch odbił się echem po okolicznych blokach. W powietrzu latały strzępki ciała ... A nie, przepraszam, to nie ta opowieść :)

Jadąc na pierwszy załadunek zastanawiałem się gdzie zrobić zakupy. Wybrałem tesco w Tychach, bo szkoda czasu teraz. Koncepcja okazała się słuszna, a przekonałem się o tym na miejscu w Mnikowie, gdzie ładowałem okna do Niemiec. Towar, który miał być gotowy od 8 nie był jeszcze spakowany, a było już po południu, więc musiałem czekać, aż chłopaki wyrobią się z tematem. Drugi załadunek w Andrychowie był do 14.30, musiałem więc najpóźniej wyjechać godzinę wcześniej by zdążyć. Bardzo ślamazarnie (ciekawe skąd się wzięło to słowo) postępował załadunek 2 stojaków, ale panowie bez poganiania wyrobili się i o 13 mogłem spokojnie jechać.

W Andrychowie czekali już na mnie. Chyba pracowali do 14, bo się trochę krzywo patrzyli jak zawitałem u nich parę minut po wiadomościach w radio. Szybki załadunek 12 kartonów i można jechać. Po drodze wspomniane zakupy i kolejny dylemat co kupić. Dieta, której ciężko przestrzegać w domu, nie mówiąc o pracy, zobowiązuje, ale brak lodówki ogranicza możliwości i sprawia dodatkowych kłopotów. Świeże warzywa nie wytrzymają długo na słońcu, a prognozy były słoneczne, dlatego tylko jedna paczka mix sałaty powędrowała do koszyka. Z nabiałem jest trochę lepiej, więc kupiłem aż 3 kostki w kształcie łezki dla odmiany. Może będzie lepiej przechodziło przez gardło, bo bez tłuszczu czasami jest za  suche. No i podstawowy produkt białkowy, czyli jajka. Mięsa świeżego nie kupiłem. Parzone nie smakuje dobrze i śmierdzi przy smażeniu. Za to pokusiłem się na najlepsze kabanosy jakie do tej pory jadłem. Cebula dymka i pomidory to już standard moich zakupów. Lekko zmodyfikowałem również dietę o czekoladę mleczną, 3 jabłka, paczkę biszkoptów i napój bogów – czyli pepsi, tym razem z cukrem i odrobiną E-cytrynowego.

Po zapakowaniu wszystkich produktów do auta ruszyłem w drogę na dobre. Rozpędziłem się, wjechałem na A4 i pognałem. Gdy tak gnałem zadzwonił telefon – gdzieś na wysokości Gliwic (śl. Glywicy, łac. Glivitium, niem. Gleiwitz, czes. Glivice albo Hlivice). Z racji, że w kabinie jest nudno, a nudę najlepiej zabić muzyką, ściszyłem radio i odebrałem. Dzwonił Kuba z zapytaniem czy już wyjechałem, gdzie jestem, czy mam czas. Zupełnie jakby się chciał na piwo umówić. Odpowiadałem rzeczowo i treściwie, zgodnie z zasadą, żeby za dużo nie powiedzieć, bo wszystko zostanie wykorzystane przeciwko mnie w terminie późniejszym. Pożegnaliśmy się. Powiedział, że jeszcze zadzwoni i że planuje wyjechać stopem do Alberta. No ok. Co mi tam. Niech jedzie.

Po 10 minutach dzwoni raz jeszcze i prosi bym na niego poczekał. On się spakuje, dotrze do A4, a później stopem dojedzie do mnie. Powiedziałem ok. Tylko mam zapasu 4 godziny, więc musi przyjechać do 19. Później jadę dalej by być na 8 na pierwszym rozładunku.

Zjechałem z autostrady na parking przed górą Św. Anny. Napisałem jak do mnie trafić i czekałem. Co kilkadziesiąt minut dostawałem informacje gdzie jest Kuba, czym jedzie: 172, inny Kuba, spacer przez bramki w Balicach, jazda stopem. A ja stałem, leżałem, oglądałem film, patrzyłem przez okno, podglądałem policję. O właśnie. Gdy tak sobie stałem i czekałem przyjechała drogówka, która wyłapywała dostawcze i ciężarówki. Nie mam pojęcia co poza dokumentami sprawdzali, ale wyglądali co najmniej śmiesznie. Zastanawiałem się kiedy podejdą do mnie i zażyczą sobie wszystko to czego nie mam lub nie mam ochoty im pokazywać. Co jakiś czas patrzyli się w moim kierunku, no ale w zasadzie to niewiele mi mogli zrobić poza sprawdzeniem moich dokumentów. Gdy tak sobie czekałem w pewnym momencie mi się usnęło. Stanie w miejscu i nic nie robienie wywołuje u mnie zawsze objaw senności. Obudził mnie Kuba. Pojechaliśmy dalej już wspólnie.

Opowieści prawie całonocne i już jesteśmy na miejscu. Co prawda 20 minut po zapowiedzianym czasie, ale tankować trzeba i czasami na sikanie się również warto zatrzymać. Dlatego nie liczę tego w poczet opóźnienia. Poza tym nikt na mnie nie czekał. Najpierw musiałem sforsować bramę, gdy to nie wychodziło wszedłem na teren firmy przez bramkę. Później pozostało tylko dostać się na klatkę schodową zabezpieczoną elektromagnetycznym zamkiem. Gdy zabzyczało pędziłem już po schodach na pierwsze piętro. Przekazałem dokumenty w sekretariacie, a że nie mogłem się dogadać z panią, ta poszła do innego pokoju i po chwili przyszła z inną mówiącą po … rosyjsku. No cóż. Lepsze to, niż próba dogadywania się po niemiecku. Poza tym język rosyjski jest ogólnoeuropejski. Gdzie nie pojadę i są problemy z dogadaniem, a nie ma Polaka, dogaduję się po rosyjsku. Pani poleciła mi wjechać, więc ja na dół i wjeżdżam zanim się rozmyślą. Myślał by kto, że to koniec problemów. One się dopiero zaczynały i kosztowały mnie sporo zdrowia. Na dobry początek pan obsługujący wózek widłowy nie za bardzo był w stanie zdjąć stojak, choć wyjęcie tego akurat było proste. Później w podsłuchanej rozmowie w języku rosyjsko-niemiecko-arabskim! dowiedziałem się, że nabywcy chcieliby, bym przewiózł część okien do jakiejś firmy obok. Choć miało być blisko nakręciłem się i przygotowałem sobie odpowiednią odpowiedź, gdy mnie zapytają. Z drugim stojakiem był problem, bo miałem go równolegle do przegrody, a że był drewniany, to bokiem nie dało się go ściągnąć. Za pomocą pasa i napinacza odwróciłem go by wózkowy mógł podjechać, przy okazji wyciskając z siebie siódme poty. Za pierwszym razem prawie się udało, ale pan chciał bym się trochę jeszcze pomęczył i obrócił bardziej. No więc odwróciłem, a później musiałem czekać na pana, aż raczy wrócić z wózkiem. W międzyczasie pani i pan Arabowie zaczęli liczyć okna i doliczyć się nie mogą. Było ich 13 – 8 na jednymi reszta na drugim stojaku. Po kilkunastu minutach udało się. Wynik się zgadzał. Wtedy chcieli, bym przewiózł 3 okna do firmy obok. Pierw musiałbym poczekać aż przepakują stojak. Trochę się wkurzyłem, a przypomnę, że już się podkręciłem trochę wcześniej. Gdyby ładnie poprosili, to rozważyłbym tę prośbę, ale Arab Białego nie prosi. On wymaga i nie chce słyszeć sprzeciwu. No więc ktoś go musiała ziemię sprowadzić. Dostał kosza.

Pan wózkowy przyjechał i raczył zdjąć drugi stojak. Przywiózł mi również 1 kopię listu przewozowego. Trochę mało, ale tym zajmę się za chwilę. Na wszelki wypadek, gdyby nie zrozumieli i jednak chcieli załadować mi te 3 okna, szybko zamknąłem burty i zaplandeczyłem auto. Minuty mijały … 5, 7, 10, 15 a ani wózkowego, ani Araba, ani papierów nie widać. No więc na spacer po hali produkcyjnej. Najpierw próba dostania się do sekretariatu – nieudana, drzwi z zamkiem z guziczkami, a ja nie znam kodu. W innych drzwiach tez nic nie ma ciekawego. Spacer po hali – na końcu są jacyś ludzie, więc idę do nich. Był to mój arab z wózkowym i syn Araba. Wytłumaczyłem, że chcę papiery: jeszcze 1 kopię CMR i kopie faktur. Podeszliśmy pod schody, kazał poczekać. Poszedł do biura i po chwili wraca z kopią CMR i kserokopią kopii faktury. Poprosiłem raz jeszcze, by przyniósł mi oryginał kopi. Na jego twarzy pojawił się grymas, ale poszedł. Wrócił z … kserokopią oryginału. No kurza twarz. Tłumaczę o co chodzi, kiwa głową, że kuma, a później udaje głupa, że dostałem to co chciałem. Moja cierpliwość dobiegała końca, ale postanowiłem raz jeszcze delikatnie poprosić. Przyszedł szef pan Arab. Coś tam sobie pogadali i poszli do sekretariatu na pierwsze piętro. Po chwili szef wraca, krzyczy do mnie i z półpiętra rzuca mi jakiś papier. Już nie wytrzymałem. Psem nie jestem, ani tym bardziej jego pracownikiem. Swoją godność mam, a i tak została już nadwyrężona wcześniej. Zaczęliśmy się przekrzykiwać. On po swojemu, a ja po polsku. Wyglądało to zabawnie, ale z chamem czasami trzeba po chamsku. Poszedłem za nim do biura cały czas wrzeszcząc na niego. On mi coś, że problemy robię, a ja mu, że problemy to mu dopiero zrobię, a na razie chcę dostać dokumenty potwierdzone w oryginale. Na odchodne coś tam jeszcze powiedział, ja mu odpowiedziałem. On zamknął się w biurze, a ja poczekałem na panią. Wyjaśniłem co chcę. Pani przyniosła mi papiery, potwierdziła odbiór, oddała i mogłem już spokojnie jechać dalej z obrusami. Ale co się powkurzałem to moje.

Kubę wysadziłem za Kolonią na głównej autostradzie. Miał prostą drogę na południe do Karlsruhe. Sam zmierzałem dalej z dwugodzinnym opóźnieniem. Nie było czasu na stawanie na jedzenie, więc z podręcznej spiżarki co chwila coś wędrowało na stół. Na pierwszy rzut poszła czekolada. No może nie cała, ale jej kawałek. Po kilku kilometrach drugi kawałek. No ale na czeko człowiek nie pojedzie. Musiałem czymś się wypchać i mix sałatowy był w tym celu odpowiedni. Głodny stanąłem w korku. Musiałem trochę śmiesznie wyglądać, gdy wcinałem sałatę z posiekaną marchewką prosto z worka, ale nie zwracałem na to uwagi. Korek się skończył, sałata również. Pozostały jabłka i pomidory. Skupiłem się na jabłkach pomidory zostawiając na ciepłe danie. Pochłonąłem również resztę czekolady i wreszcie dojechałem na miejsce rozładunku. Tu trwało to szybko, zaledwie 20 minut. Znaleźć odpowiednie biuro, złożyć dokumenty, znaleźć odpowiedni magazyn, magazyniera, rozładować. Krótka piłka.

Znalazłem świetne miejsce do odpoczynku, a byłem padnięty. Droga mało uczęszczana, zatoczka przy lesie, cisza i spokój. Wysłałem sms, że jestem rozładowany, wysiadłem, przeszedłem na stronę pasażera, odebrałem sms, wróciłem na miejsce kierowcy i pojechałem do Holandii. W mojej pracy, albo nic się nie dzieje i człowiek umiera z przespania, albo coś się dzieje i człowiek umiera z braku snu. Wyjścia nie ma jechać trzeba. Jeszcze sie upewniłem czy mnie załadują koło 17, bo tak mi nawigacja wskazywała, więc jak pracują do 16 to idę spać i przyjeżdżam rano. Niestety pracują do 17:30 więc moja wymówka legła w gruzach. Zbieram siły na prawie 3 godzinną podróż.

Zmiana kraju Dojczlands na Niderlands przechodzi bezboleśnie i prawie niezauważalnie. Na nizinach północno-zachodniej Europy kraje są do siebie bardzo podobne, maja nawet podobne budownictwo. Jedyna różnica to asfalt jakim pokryta jest nawierzchnia drogi. Niemcy stosują mieszanki ciemne, a kraje Beneluxu mają drogi bitumiczne jasne. Wszystko uzależnione jest od rodzaju kruszywa dodawanego do mieszanki oraz samego składu asfaltu. W Holandii oczywiście nie obyło się bez korków. Na szczęście zawczasu zauważone dają się ominąć. Zaoszczędziłem trochę stania, ale straciłem na jeździe przez miasto. Coś za coś, ale wynik i tak dodatni.

Dojechałem na miejsce. Nie powiem, że na mnie czekali z otwartymi rękami, ale nie byli też niemili. Wręcz przeciwnie. Uśmiechnięci i pracowici. Towar dla mnie był oczywiście nie spakowany, więc pan zamiast iść do domu pakował w kartony i kartonopalety prezenty dla metalurgii w Wałbrzychu, Starachowicach i Jaroszowic. Przed 18 wysłałem sms, że załadowałem i odjechałem na wcześniej upatrzone miejsce przy Ikei. Byłem tam już, więc znalezienie miejsca parkingowego dla mojego auta nie stanowiło problemu. Szybki spacer po dwóch piętrach tego sklepu, wizyta w WC, szybki rachunek czasu czy opłaca się stać w kolejce w restauracji i już wracam prawie uśmiechnięty do auta. Niestety głody, bo kolejka była za długa. Postanowiłem wrócić przez zamknięciem sklapu, a ten czas wykorzystać na sen. Przed 21 wstałem, zrobiłem rundkę po sklepie i wróciłem do auta. Okazało się, że restauracja otwarta do 20. Pozostały mi zapasy, ale trzeba mieć jakiś pomysł gdzie to zjeść. Rotterdam jest zaledwie 10 km ode mnie, a że muszę zatankować to nie powinno być problemu z przejazdem. Wcześniej telefon do Kuby, co u niego i kiedy wraca.

Po zatankowaniu wybrałem miejsce docelowe Rotterdam. Jakieś 4 km od centrum zjechałem na McDonald. Przy międzynarodowym znaku toalet w kształcie dużego świecącego żółtego M jest zawsze dużo miejsc parkingowych. Tak było i tym razem. Zaparkowałem i skorzystałem z toalety. Po powrocie do drugiego domu przygotowałem ser biały z cebulą i pomidorami. Odpowiednio doprawiony spakował jak zwykle. Wypiłem wodę i poszedłem oglądać film do mojego centrum kinowego. Nie trwało to długo – zacząłem usypiać, więc przełączyłem się na telewizję i ustawiłem czas wyłączenia sprzętu.

Rano, tak koło 8 dostałem sms z zapytaniem ile mam wolnego miejsca. Nie byłoby to nic nowego, gdybym tego nie przewidział wczoraj wieczorem i nie wysłał spedytorom co i ile załadowałem oraz w jakich wymiarach. Że nie lubię okazywać złości, wytłumaczyłem, że skoro załadowałem 2 skrzynie o takich wymiarach, to pozostało mi tyle a tyle miejsca. Koło 10 złapałem sieć wifi, a na fb złapał mnie Kuba. Ustaliliśmy miejsce spotkania wieczorem. Był to piątek, więc raczej nie będzie mi się spieszyło. Większość zakładów nie pracuje w weekendy. Tym razem wiedziałem, że po drodze rozładuję Wałbrzych – pracują non stop. Ale to i tak nie zmienia sprawy, że Kuba spieszyć się nie musi. Koło 11 ruszam na załadunki.

Najpierw chemia dla Huty Szkła, a później płyty dla Taktu. Po załadunkach można wracać. Jestem w stałym kontakcie z Kubą. Miejsce naszego spotkania dostało lekko zmodyfikowane, bo jego stop, auto-stop, skręca przed naszą upatrzoną stacją. Na szczęście nie nadrobiłem więcej kilometrów – musiałem tylko wjechać na autostradę wcześniejszym wjazdem omijając miasto z lewej, zamiast z prawej strony. Znowu jedziemy razem i opowiadamy o tym co każdy z nas robił przez te prawie 30 godzin. Do Wałbrzycha przyjeżdżam koło 3, szybki rozładunek i jadę na stację na spanie. Wstaję o 8 i jadę przez Dziećmorowice. Zatrzymuję się przy domu rodzinnym mojego taty. Sprzedany kilka lat temu dziś odświeżony, ale jeszcze nie zamieszkany. Ogród i stodoła wycięte, chlewu również nie ma. Jedynie adres się zgadza. Ech wspomnienia. Następnie droga prowadzi na cmentarz. Rzadko tu bywam, ale jak jestem przejazdem to wstępuję. Dziadkowie, Przemek i wujek, brat taty. Ciotki i jakaś dalsza rodzina. Szybka modlitwa i rozmowa z nimi, spacer przez stary niemiecki cmentarz i już jadę dalej. Po drodze Wrocław i zakupy w Tesco oraz rozładunek płyt. Do domu przyjeżdżam po południu. W samom porę, bo Kuba idzie na imprezę wieczorem. Kolejny wyjazd zakończony sukcesem.

niedziela, 1 maja 2011

Bliskie spotkania ... drugiego stopnia

Nie doczekałem się pielgrzymki do Watykanu. Czekałem i czekałem, w końcu papież wziął się i umarł. No cóż. W końcu nic nie trwa wiecznie. No może prawie nic. Wieczna jest na pewno pamięć, bo dopóki nie postradam zmysłów do końca będę pamiętał o tych wszystkich moich spotkaniach z Nim. Trochę się sam dziwię, że wracam po raz drugi do tego tematu, ale tamten był chyba tylko wstępem do pamięci.

Gdy przyjeżdżał do Krakowa zawsze znalazło się coś do roboty. Przeważnie była to służba medyczna. Tak było przeważnie, ale zdarzały się odstępstwa od reguły. W 1999 roku byłem szefem służby transportowej ZHR. Na mojej głowie było zabezpieczenie transportu, a zwłaszcza przejazdu naszych samochodów, pozyskanie przepustek wjazdowych i przejazdowych oraz uczestnictwo w odprawach z policją, BOR i innymi służbami. Zabawa była przednia, bo podczas spotkań nie owijano w bawełnę. Poznanie drogi przejazdu na kilka tygodni przed samym przejazdem Gościa to jeszcze nie ścisła tajemnica. Ale poznanie dróg ewakuacyjnych, czy dróg wariantowych to już wiedza co najmniej poufna. Im bliżej imprezy, tym więcej informacji poufnych, a ja w centrum. Czego młody chłopak może jeszcze potrzebować? Ustalenia z gazownią, że to trzeba wyłączyć z eksploatacji bo stwarza realne zagrożenia były boskie. Policja swoje o zagrożeniu, a gazownia swoje, że odciąć nie mogą, bo pół miasta straci zasilanie. W końcu policja i tak postawiła na swoim, a gazownicy coś wymyślili.

Miałem do dyspozycji około 8 pojazdów, z czego 4 to UAZy. To była moja druga poważna służba, podczas której w zasadzie nie spałem. Zaczynało się wszystko wieczorem, teoretycznie byli ludzie nagrani i poinformowani. W 1999 roku telefonia komórkowa nie była jeszcze tak popularna jak dziś i większość kierowców miała tylko telefony domowe. Organizacja służby wymagała wcześniejszego ustalenia kto, czym, gdzie pojedzie, co zabierze i dokąd przewiezie. Wymagała również częstych spotkań i dopracowania wszystkiego w najdrobniejszych szczagółach. Wszystko dograne z pozostałymi szefami: baz, służb medycznych, informacyjnych, sztabu i porządkowych. Problemy zaczynały się, gdy ktoś zaczynał decydować z pominięciem mnie lub gdy coś nie dojechało na czas i inny samochód nie mógł jechać dalej, bo czekał na to coś. Miałem do swojej dyspozycji jeden samochód z kierowcą <długi śmiech>. Był to mój szczepowy UAZ z Grześkiem za kierownicą. Mogliśmy więc jeździć i sprawdzać co się udało, a co się już posypało. A sztab cały czas pracował i wypracował nam odebranie jakiejś grupy na rogatkach Krakowa i dowiezienie ich do bazy, czy jakąś chauturkę na boku, bo koniecznie trzeba coś przewieźć. Była zabawa :). Mój samochód był jednocześnie sztabem ZHR na błoniach. Wykorzystałem moją ówczesną pracę, albo raczej jej biuro reklamy i zrobiłem napis 'SZTAB ZHR'. Trzeba było jakoś klocka oznaczyć, a że miał stać na Błoniach to napis musiał być ładny :).

Wjazd na Błonia był koło 4, może 5, później zamykali ulice, więc tak koło 5 zamieniłem służbę transportową na medyczną.






Po południu mieliśmy jechać w kolumnie do Starego Sącza. Kolumnę organizowała policja, a jechały w niej autokary z dostojnikami, policja do zabezpieczeń i jej sztab, samochody transportowe. No i my z noszami wysłużonym UAZem. Z wyjazdu wycofaliśmy się jeszcze w maju, gdy dowiedziałem się o średniej prędkości przejazdu zapowiadanej na jakieś 80 km/h, co dla mojej limuzyny było osiągnięciem możliwym, ale z górki i na pewno nie jako średnia, tylko maksymalna. W Starym Sączu nie byłem.

A jeżeli chodzi o Kraków, to lało od wieczora, przez przedpołudnie gdy odbywała się msza na Błoniach. Słońce wyszło zaraz po południu, jak pielgrzymi zaczęli opuszczać Błonia. Ciekawym zjawiskiem było ogłoszenie nieobecności dziś błogosławionego, a wtedy tylko Ojca Świętego, podczas nabożeństwa. Na Błoniach i ich okolicach zebrało się ponad 1,5 mln ludzi, a po ogłoszeniu duszpasterskim pozostało jakieś 750 tys. To było niesamowicie negatywne uczucie. Okazało się, że większość ludzi przyjeżdża nie dlatego, by się pomodlić, tylko by uczestniczyć w spotkaniu z Nim lub nawet tylko by Go zobaczyć. Taka maskotka jadąca w akwarium przez ulice Krakowa i Błonia. No cóż. Religijność objawia się na wiele sposobów.



Jak z każdego spotkania tak i tym razem zostało mi w pamięci wiele fajnych momentów. Przemoczeni nie zwracaliśmy już uwagi na kałuże i błoto. Czuliśmy się jak na Woodstocku. Brakowało tylko kąpieli błotnych, no ale mundur zobowiązuje. Wspaniali ludzie z jakimi miałem okazję się spotkać, zarówno pielgrzymi, jak i nasi, mundurowi, w większości bezimienni. Zawsze po służbie padałem ze zmęczenia, ale zawsze wiedziałem, że byłem potrzebny. To dawało sił do dalszego działania. Człowiek następnego dnia się budził i z jednej strony już mu brakowało tego, a z drugiej wiedział, że za kilka lat znowu będzie się działo i ponownie będzie potrzebny. Zaczyna mi trochę tego brakować, choć wiem, że pewnie moje miejsce będzie tym razem w służbie foto. No ale z drugiej strony pełnienie dwóch służb też mi wychodzi. W nocy świat też żyje, a wtedy dzieje się najwięcej ciekawych rzeczy, jak na przykład tankowanie pojazdów na zaprzyjaźnionej stacji, czy kupowanie przedłużaczy w tesco. No ale to już w kolejnej opowieści.