poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Marzenia dziecka

Będąc dzieckiem marzyłem by zostać policjantem i strażakiem. Najbardziej mi pasowały oba zawody naraz. Jednak życie bardzo często dyktuje swoje warunki, na które chcąc nie chcąc musimy się zgodzić.

Gdy kończyłem podstawówkę stanąłem przed wyborem dalszego toku nauczania. Nigdy nie byłem naukowym orłem. Wręcz przeciwnie. Nie zależało mi na ocenach, zwłaszcza z przedmiotów humanistycznych. Byłem techniczny. Pewnie odziedziczyłem to po rodzicach - oboje to technicy: mechanik i budowlany. Ale w ósmej klasie moje aspiracje zawodowe urosły, a po głowie zaczęła mi chodzić myśl o zawodzie prawniczym. Nie za bardzo wiedziałem co wybrać. Wiedziałem natomiast, że dostanie się na wydział prawa UJ będzie wymagało egzaminu oraz bardzo dobrych ocen z matury i toku nauczania w liceum. W przypadku niedostania się byłbym na lodzie z dyplomem ukończenia liceum. Bez zawodu, bez większych perspektyw. Postanowiłem iść pewniej przez życie i zabezpieczyłem się na wypadek niedostania na wymarzone studia. Wybrałem technikum kolejowe. Z jednego bardzo przyziemnego powodu chciałem iść do klasy o specjalności elektrycznej - trakcja kolejowa. Czyli chciałem zostać maszynistą. Jednak od dawna chciałem podróżować po kraju i świecie.

Lekarz z kolejowej przychodni, a dokładniej okulista, wybił mi ten kierunek z głowy. No cóż. Alternatywą były drogi i mosty kolejowe, czyli budowlaniec. Pamiętam, że moja wychowawczyni pod koniec roku pytała nas gdzie złożyliśmy podania. Jak powiedziałem odparła po dłuższej pauzie, że ktoś w tym kraju musi pracować. Nie wiem o co jej chodziło. Miałem jednak wtedy wrażenie, że próbuje mnie usprawiedliwić przed sobą i klasą za mój nie najlepszy (wg niej) wybór. Ja jednak byłem mocno do tego przekonany. Nawet nie reagowałem na komentarze kolegów śmiejących się ze mnie.  Po ukończeniu nauki miałem tytuł zawodowy, perspektywę pracy na kolei i otwartą drogę na studia. Był to zdecydowanie lepszy start w życie od osób mających tylko świadectwo dojrzałości (choć nadal uważam że cześć posiadaczy jest niedojrzała pod każdym względem).

W drugiej klasie okazało się, że w wyniku przekształceń nasza szkoła "przeszła" z ministerstwa odpowiedzialnego za kolej do ministerstwa od edukacji. Od mojego rocznika nie było już mundurów kolejowych, wcześniej obowiązkowych na zajęciach i bardzo nielubianych przez uczniów. Niestety nie było też legitymacji kolejowych uprawniających do bezpłatnych przejazdów PKP. Coś za coś. Stając się normalną szkołą straciliśmy pewien klimat. Ale były też zyski. Najlepiej wyszła na tych zmianach moja klasa, bo w tok nauczania wrzucono więcej godzin z budownictwa ogólnego. Przedmiot drogi kolejowe stał się drogami, a uczono nas zarówno o kolejowych, jak i kołowych drogach. Budownictwo ogólne nie skupiało się na budowie stacji i nastawni, ale w całości poświęcone było budowie budynków mieszkalnych. Zresztą tak samo leje się fundamenty czy układa cegły na kolei, co i na normalnym lądzie.

Pięć lat szybko mijało. Najbardziej chciało mi się uczyć przedmiotów zawodowych, chemii i matematyki. Reszta mogła nie istnieć. I nie istniała. Jechałem na trójach, które mi wystarczały w zupełności. Już w pierwszej klasie zdecydowałem, że przyszłość trzeba wiązać z ciekawym zawodem, a nie z nudnym prawem. A że jestem leserem ...

W czwartej klasie stanąłem przed komisją lekarską, która orzekła "niezdolny do służby wojskowej w czasie pokoju" czyli D. To i tak lepiej, bo mój drużynowy dostał E, choć dalej nie wiem za co. Ja dostałem na oczy. Leczyłem się w Witkowicach, więc wystarczyło iść ponownie do specjalisty, powiedzieć że na komisję wojskową potrzebuję zaświadczenie, odpowiedzieć na pytanie "czy chce pan iść do wojska" (odpowiedziałem zgodnie z sumieniem: nie) i cieszyć się zieloną książeczką z odpowiednim paragrafem oraz stopniem szeregowego w stanie spoczynku. Kumpel robił sobie zdjęcia nerek z przyklejonymi taśmą do ciała kamieniami. Też dostał D, bo z chorymi organami nie przyjmowali. Po latach okazało się, że to co było dobre w wieku lat dziewiętnastu niekoniecznie musi być cenne w wieku dwudziestu kilku. Z kategorią D nie mogłem zostać strażakiem, ani policjantem.

Cóż. Najwyraźniej nie dane mi jest spełnienie wszystkich marzeń z dzieciństwa. Czasami tak się dzieje, że sam sobie tę drogę blokuję. Ale to nie znaczy, że żałuję. Jestem bardzo zadowolony z tego co mam i co osiągam. Oczywiście można powiedzieć, że nie mam nic. Ale czy mając coś człowiek jest bardziej szczęśliwy?

wtorek, 2 sierpnia 2011

Czas grzebania

Jedna pozioma kreska w ewidencji obywateli i człowieka już nie ma. Pozostał tylko ślad w postaci nieaktywnego numeru pesel z datą narodzin, nazwiskiem panieńskim i datą śmierci. Jeszcze tylko rodzina uroni kilka łez, znajomi dorzucą bukiet ciętych kwiatów, a grabarz zasypie dołek i po człowieku pozostaną tylko wspomnienia ... i ewentualnie zdjęcia. Koniec.

Jeden w tą czy w tą - co za różnica. W państwie gdzie żyje 38 milionów pogłowia postać staje się anonimowa, a tragedia epizodem lokalnej społeczności. Tylko ksiądz zauważy zmianę bo zamówi mniej obrazków na noworoczną kolędę. Tragikomedia.

W zeszłym tygodniu do św. Piotra teleportowała się dusza znajomej. Nie nieznajomej, nie dobrej znajomej. Po prostu znajomej. Znaliśmy się z widzenia. Więcej mnie łączy z jej dziećmi, bo poza stosunkiem służbowym jeszcze jest to coś, czego cywil nie zrozumie. Choć zauważyłem że fb już nas nie łączy. Ale wracając do tematu. Zginęła nagle i tragicznie w wypadku. Widziałem ją w sobotę rano, a w poniedziałek wieczór już pukała do bram nieba. Taka proza życia. Forrest Gump porównał je do paczki czekoladek. Ja wolę do papieru toaletowego. Nigdy nie wiadomo kiedy się skończy, a po nową rolkę z gołą dupą wstyd iść. Ci co powiedzą, że życie jest jak papier toaletowy … do dupy, też mają trochę racji.

Nie ma telewizji. Nikt nie przyjdzie z radia. Nie będzie wywiadów. Impreza bez akredytacji prasowych. Była baba. Buch. Nie ma baby. Nie ma komisji śledczej. Raportu też nie będzie. Jedynie prokurator orzeknie o winie, ale że deszczu nie osądzi, to umorzy postępowanie. Nikt nie będzie demonstrował. Ot jeden Polak mniej. Jedna z dziesięciu ofiar codziennych wypadków drogowych. Jeden z dziesięciu codziennych dramatów rodzinnych. To cały czas mniej niż dziewięćdziesiąt sześć. Za mało by ogłaszać żałobę narodową. Za mało by przyznawać odznaczenia. Za mało by wpychać się na listy wyborcze. A mimo to dramat i nieszczęście pozostawiające ból i pustkę po sobie.

Syreny wyć nie będą - to nie powstanie. Zygmunt również nie zadzwoni, bo umarł nikt. Ale ten nikt urodził czwórkę dzieci, pielęgnował je, wychowywał. Dziś dwójka z nich jest dorosła, pozostała dwójka też już dorosła ... w jednej chwili straciła dzieciństwo. Jest więc również dorosła. A mąż? A kto by się nim martwił. On tylko stracił numer ewidencyjny. W nocy przytuli się do poduszki i pewnie koło szóstej rano zaśnie, bo ileż można nie spać lub ile można płakać.

A jednak mi ich cały czas żal. Myślami wracam do tych chwil, zaledwie kilku w tym roku. Jak widzę ten uśmiech łzy cisną się na oczy. Była zawsze pogodna, uśmiechnięta nawet jak padało. Matka Polka.

Pogrzeb w środę