wtorek, 27 września 2011

Mam prawo!

Bardzo szybko zbliżają się wybory. Atmosfera się podgrzewa tworząc swoisty efekt cieplarniany. Niektórym powoli palma zaczyna uderzać, a ciśnienie euforii wypycha im mózgi przez uszy. Cóż - od ponad dwudziestu lat mamy wolne i demokratyczne, a przede wszystkim równe i powszechne wybory. Daje to każdemu obywatelowi posiadającemu czynne prawa wyborcze jeden głos, najczęściej powtarzalny, bo na powtarzalności podobnych głosów można sklecić proporcję i wyłonić wylosowanych szczęśliwców.

O ten mój jeden głos w moim okręgu "walczy" aż 201 kandydatów. Większość z nich się nie liczy, nie tylko dla mnie. Najgorsze jest to, że oni nie liczą się nawet dla swoich partii. Są na listach tylko dlatego, że płacą na kampanię, są blisko cycka rozdzielającego miejsca na listach lub są tak obsmarowani wazeliną, że wchodzą w każdą czarną dziurę. Czas wyborów jest najbardziej gównianym okresem w państwie polskim. By zabłysnąć w mediach kandydat musi zrobić z siebie idiotę. Sztuczny uśmiech, ściskanie ręki potencjalnego wyborcy, wysłuchiwanie pytań i pretensji, a przede wszystkim mówienie tego co Warszafka podyktuje jest poniżej mojej krytyki. Tylko czy po wyborach taki kandydat stanie przed lustrem i splunie na tę mordę widzianą w odbiciu?

Emocje wyborcze bardzo szybko przechodzą z polityków na politykierów i kandydackich znajomych. Czasami na ulicy wystarczy krzywo spojrzeć na kogoś, by ta osoba rzuciła się z pięściami na ciebie. W necie ... internecie jest jeszcze gorzej. Tu każdy jest anonimowy. Nawet znajomy na facebooku jest w stanie cię publicznie opieprzyć tylko dlatego, że masz czelność mieć inne zdanie, o poglądach politycznych lub moralnych nie wspomnę. Świat zdziczał, a awatary ludzi czają się za e-winklem ze sztyletem, by wbić go głęboko w wirtualne ciało swojej ofiary. A ja próbuję zrozumieć w zasadzie o co chodzi, bo przecież nie o pieniądze. Ludzie nie idą do Sejmu lub Senatu by zarabiać, tylko by stanowić mądre prawo. Dawniej szli dla prestiżu - dawniej czyli w czasach rzymskich, a w zasadzie to nawet nie szli, bo ich tam zanosili, a zamiast wyborów demokratycznych liczył się majątek i spryt. Dziś bardziej liczy się znajomość, zaangażowanie społeczne i oczywiście przebojowość, co widać na spotach niektórych kandydatów. Ważni są również klakierzy robiący duży szum i zwracający uwagę na konkretnego kandydata niczym nawoływacze przy grze w trzy kubki, gdzie pojawiająca się kulka jest tylko złudzeniem optycznym.

Podobnym złudzeniem jestem mamiony teraz. Wciska mi się kit, że oto ja, twój kandydat, z krwi i kości najlepszy przyjaciel, a jak nie przyjaciel to na pewno bardzo dobry sąsiad, zrobię dla ciebie więcej przez kolejne cztery lata niż cała ta banda czterystu sześćdziesięciu (p)osłów kończącej się kadencji. To właśnie ja ci obiecam, że twoje dziecko będzie dorastać w dostatku, a ty będziesz starzał w obfitości. Bo to tylko ja potrafię i nikt inny. A sranie w banie. Podrzędny poseł tak naprawdę nic nie może. Jedynie co mu wolno to głosować zgodnie z sumieniem ... partii. Gdy mu się coś nie podoba i przez przypadek ma czelność mieć swoje zdanie ma zagwarantowane, że przy układaniu list podczas kolejnych wyborów jego nazwisko zostanie wpisane z literówką i zamiast Anny Nowak będzie Zdzicho Kowalki. Oj tam literówka drobna. No przepraszam - usłyszy od szefa, za którym szedł ślepo latami niczym Apostołowie za Jezusem.

Pozostają jeszcze ślepo zapatrzeni działacze robiący smród na dołach. Ich cel jest prosty - zagadać, ośmieszyć, poniżyć swojego rozmówcę, a jak to nie przyniesie efektu to skopać. Ślepo wierzący w obietnice składane bez pokrycia, ale już nie ukochanej jednostki tylko wielkiego wodza lub gremium zwanego partią. Oni są chyba najgorsi w wyborach. Ich wiara jest w stanie zdziałać cuda jeszcze przed wyborami. Prawie siłą są w stanie nakłonić do głosowania na jedynego słusznego kandydata, a już na pewno na jedynie słuszną partię. Innowierców zwyzywają od debili, pedałów, komuchów, kłamców, złodziei, a jak to nie poskutkuje to usuną z grona znajomych na portalu społecznościowym. Ich działanie mnie osobiście obraża. Mnie jako wyborcę uczestniczącego w wolnych, powszechnych, równych, tajnych wyborach, niezależnie od poglądów i sympatii. Obraża moich rodziców walczących o chleb dla mnie. Obraża moich dziadków walczących z kretynami z czarnymi krzyżami i czerwonymi gwiazdami na hełmach. Obraża, bo narusza moją wolność, narusza dobry obyczaj. Wali mnie czy partia X czy Y wygra na punkty. Wali mnie przyszła koalicja. Ale interesuje już mnie prawo jakim przyszły sejm będzie sypał na lewo i prawo. Interesuje mnie, czy pieniądze płacone przeze mnie do budżetu będą wydawane racjonalnie, czy będą prowadzone sprawnie inwestycje ważne dla regionu i państwa. Interesuje mnie, czy w spółkach Skarbu Państwa nastąpi wielka zmiana, czy nowa koalicja zostawi wreszcie w spokoju ludzi tam pracujących.

Część społeczeństwa od wybrańców narodu oczekują zmian na lepsze. Ale Sejm nie jest od robienia wszystkim dookoła dobrze. Zadaniem Sejmu nie jest dawanie pracy każdemu nieudacznikowi, który nie potrafi zdobyć zlecenia na wkręcanie żarówki na ulicy. Sejm nie jest również odpowiedzialny za korupcję w policji, służbie zdrowia, czy formacjach celnych. Ludzie dawali i dawać będą, a inni brali i brać będą. To ode mnie tylko zależy czy dam lub wezmę. Ja jako jednostka mogę jednak wiele. Mam prawo do własnego zdania, do własnego głosu, do dobrego wyboru!!I to prawo jest NIEZBYWALNE.

wtorek, 13 września 2011

Fotografka

Podczas jednego z wesel, które miałem przyjemność dokumentować fotograficznie zostałem zagajony o kursy fotograficzne, a przede wszystkim o szkoły i akademie kształcące przyszłych fotografów. Temat dość ciekawy, więc i mój wywód do prostych nie należał. A że się trochę znam to postanowiłem sobie pogadać ile wlezie.

Pani, lat około trzydziestu pięciu, interesuje się fotografią i zapytuje czy warto iść do akademii. Podstawa do mojej odpowiedzi jest solidna. Odpowiedź: zawsze warto podnosić swoje umiejętności, zwłaszcza u profesjonalistów, a tacy wykładają w omawianej szkole. W myślach zacząłem zastanawiać się co to znaczy interesować się fotografią. Miałem z tym kilka skojarzeń, oczywiście mocno skrajnych. To najbardziej oczywiste to zajmowanie się fotografowaniem na poważnie lub tylko rodzinnie oraz klubowo. Ale co tu omawiać - prosta sprawa. Mniej oczywiste to prenumerowanie czasopism specjalistycznych, nie tylko ze sprzętem i jego opisem, ale również, a w zasadzie przede wszystkim, z fotografiami, opisem zdjęć, parametrami i ustawieniami aparatu. Trzecia najbardziej skrajna możliwość to interesowanie się fotografią od podstaw, czyli prawie dwieście lat historia fotografii. Pasjonat szaleniec zna każdą ważną datę zapisaną na rolce czasu od powstania pierwszej płytki miedzianej, przez kolorowe zdjęcia Szczepańskiego, powstanie fotografii cyfrowej i wycofaniu z produkcji aparatów analogowych.
Postanowiłem dowiedzieć się co zgrabna pani miała na myśli. Dowiedziałem się, że tak bardzo interesuje się fotografią, że wręcz robi zdjęcia. Ucieszyłem się, bo spotkanie drugiej podobnej duszy w tym bezdusznym świecie należy do rzadkości. Niestety moja radość trwała krótko, bo pani nie wiedziała czym fotografuje. Ta odpowiedź oczywiście nie była mi do niczego potrzebna, jednak każdy, no prawie każdy, jak się przekonałem, wie co ma w torbie. Zapaliła mi się kontrolka: uwaga blondynka.

A jak już się lampka święci to można sobie pożartować podprogowo z rozmówcą. Tego typu rozmowa jest o tyle ciekawa, że ja się dobrze bawię, a rozmówca myśli, że go traktuję poważnie. Nie znaczy to oczywiście, że kłamię i ściemniam. Po prostu co jakiś czas kontrolnie sprawdzam zmysły rozmówcy wrzucając trudny temat na który dana osoba próbuje znaleźć logiczne wytłumaczenie. Chcąc nie chcąc, ktoś kto udaje że się na czymś zna robi z siebie idiotę zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy.

Nasza rozmowa trwała na tyle długo, że przyłączyły się do niej kolejne osoby. Ja występowałem jako fachowiec, zupełnie nie wiem dlaczego. Traktowali mnie jak wyrocznię. Jak uznałem coś za zasadne to było ok. Jak coś skrytykowałem to było be.

Pani bardzo się podobała rozmowa. Dla mnie była odskocznią od rutyny. Próbowaliśmy panią przekonać, że jak się interesuje fotografią i chce się w tym kierunku kształcić to powinna chodzić z aparatem, robić zdjęcia, poddawać je krytyce na portalach, poprawiać kadry zgodnie z uwagami oglądaczy, wyciągać wnioski. Najważniejsze z tego to robienie zdjęć, bo inaczej trudno się nauczyć. Ona jednak była bardzo uparta i wydawać się mogło, że woli zapłacić za rok studiowania, dostać papier fotografa i cieszyć się nowozdobytymi umiejętnościami  bez wyciągania sprzętu z plecaka. Na szczęście nic nie trwa wiecznie i moja krótka przerwa w pracy „musiała” się skończyć.

Pod pozorem robienia ciekawego ujęcia odszedłem od niej dziękując Bogu, że nie muszę z nią mieszkać na stałe. Jej mąż, który również włączył się w dyskusję, wydawał się osobnikiem bardzo zakochanym. Zresztą pani była całkiem całkiem (z wyglądu). Nie mam pojęcia co zapamiętała z tej rozmowy, ale biorąc pod uwagę, że wesele zaczęło się o 13, a rozmowa była prowadzona koło 3 w nocy to mam świadomość, że nagadałem się bez sensu. Ale zgodnie ze starożytną zasadą: przecież mówiłem, mam czyste sumienie i poczucie dobrze spełnionego obowiązku.