czwartek, 17 września 2015

Platformaersk

Powiem wam, drodzy radioczytacze, że piszę od zmiany do zmiany ostatnio. Nasze Brytyjskie biuro podróży, które ufundowało nasze wakacje pod palmami przygotowało kolejną niespodziankę. Miał być co prawda wyjazd do Tanzanii, ale go odwołali. Zamiast tego mamy wycieczkę na platformę. Ale nim o tym hotelu na wodzie wypada naskrobać kilka słów o tym co robiłem przez ostatnie prawie 4 tygodnie.

Prawdę mówiąc to nic nie robię. Obserwuję jak pracują inni. Robota jak się patrzy. Wymarzona dla mnie. Nie muszę zarządzać, szukać klientów, martwić się o jutro. Mogę za to wspominać wczoraj i to całymi godzinami. I tak wspomniałem sobie jeden z lepszych wyjazdów w jakim brałem udział lub organizowałem. A był to obóz rowerowy dwa lata temu. Ile ja bym dał za tę atmosferę, przyjaźń, niestety chwilową, ale jednak. Muszę przyznać, że brakuje mi tych gości, ale że sami odrzucili wyciągnięte dłonie ... trudno. Widocznie tak miało być i jakiś sens to ma, a ja go wcale nie muszę znać. Nie zapomnę chyba do końca życia tej fuszerki z dachem. O dziwo ma się on dalej dobrze i nie przecieka. Nigdy jeszcze nie "odrestaurowywałem" dachu domku letniskowego z wymianą pokrycia. Na początku mieliśmy zedrzeć starą papę i położyć dachówkę bitumiczną. Ale jak zaczęliśmy zdzierać stare pokrycie okazało się, że woda przeciekająca przez nie wyrządziła już tak nieodwracalne szkody w drewnie, że by nowa papa się trzymała koniecznie musi powstać nowa konstrukcja. No i powstała. Piły, młotki, gwoździe poszły w ruch, malowanie zabezpieczające przed grzybami i już kładziemy nowe pokrycie w kolorze bordo, albo jakimś takim podobnym. Do tego dobra zabawa, bo i towarzystwo wyborowe. Były spięcia i nieporozumienia, jak zawsze w gronie młodych pełnych energii chłopaków w wieku wczesnorozpłodowym, ale udawało się utrzymywać hormony na dystans od naszej pracy. Inna sprawa, że praca fizyczna trochę energii kosztuje. Nasza przygoda z dachem trwała trzy dni, ale efekty mnie zadowalały. Zrobiliśmy dobrą robotę, potrzebną, a do tego widoczną. Oczywiście przy drugim dachu pewnych błędów byśmy nie popełnili, ale biorąc pod uwagę, że żaden z nas na dekarstwie się nie znał to gratulacje się należą. Służba to kwintesencja wędrownictwa. No tak, ale miało być o rowerach.

Cały ten obóz to pasmo szczęśliwych zbiegów okoliczności i sprzyjających wiatrów bogatych w pomysły. Początkowo podczas naszego wyjazdu mieliśmy postawić cały jeden nowy domek o konstrukcji szkieletowej w technologii kanadyjskiej. Początkowo, czyli w okresie planowania rocznej pracy - lato/jesień 2012. A sam pomysł zrodził się w chwili, gdy dziwnym zbiegiem okoliczności miałem przyjemność nocować w ośrodku szkoleniowym w Ząbiu przy okazji poznając jego problemy. I tak od problemu do jego rozwiązania. Powstał plan trzyletni pracy. Po pierwszym roku mieliśmy budować, po drugim wyjechać do Afryki, a w trzecim ... rejs oceaniczny. No cóż. Okazało się, że dla chcącego nic trudnego. Co prawda w zeszłym roku byłem na równie fajnym wyjeździe do Czarnogóry, ale za to w roku bieżącym 2015 ... Afryka i Ocean Indyjski stoją przede mną otworem. A jak sobie to teraz przypomniałem, to aż mi się wierzyć nie chce. Powinni żałować ci co zwątpienia chwile mieli i nie ma ich przy mnie. Ale nie ważne. Do tematu.

Powstał plan odbudowy ośrodka. Szczęście, zbiegi okoliczności, a przede wszystkim dobrzy ludzie nie opuszczali mojego pomysłu. Zaszczepiłem ideę kilku osobom. Wstępnie pukali się w czoło, że to się nie uda, że to nierealne, że nie będzie środków, ludzi, chęci. Stawiałem opór takiemu rozumowaniu, bo dla chcącego nic trudnego. Zacząłem przekonywać ludzi do pomysłu i udało się. Powstały szkice, przerodzone później w plan architektoniczny. Podzielona została praca. Warszawka też dostała zadanie do wykonania, ale to dopiero z początkiem czerwca. Znalazł się chętny dający materiał na cały domeczek. A było tam sporo drewna, bo z domku na cztery osoby powstał domek na zastęp lub szóstkę, czyli jak sama nazwa wskazuje sześcioosobowy. Znalazł się sponsor dający wełnę mineralną do izolacji termicznej całej konstrukcji. Resztę braków, a było ich zdecydowanie mało, miała zapewnić centrala firmy.

W długi weekend majowy pojechaliśmy na miejsce by rozebrać najmniej wartościowy domek i zalać nowe fundamenty. Przy okazji omówiłem z właścicielem lasu nasz projekt, który bez większych problemów i dysput uzyskał akceptację. Centrala miała napisać oficjalne pismo z informacją o naszych zamiarach. W chwili wolnego pojechaliśmy na pola Grunwaldu. Faktycznie pola. Po skończonej robocie wróciliśmy do Zako.

A że czas biegnie szybko, ja zajmując się okręgową biurokracją, bo zgody na wyjazd trzeba uzyskać, a nie chcą dać, zaniedbałem koordynację działań centrali. W połowie czerwca okazało się, że nie mają pisemnej zgody właściciela, to jeszcze da się odkręcić, ale co gorsza nie zgłosili do urzędu naszej budowy. I tak pomysł choć dobry upadł i prawie mnie pogrążył gdyby nie mój i ich zapał. A że wszyscy mieli rowery, no może prawie wszyscy, to przekształcony został nasz wyjazd budowlano-wędrowny w rowerowy z elementem służby. Zgody nie dostałem, bo są ludzie, którzy już nie wierzą na słowo. Poszło o jeden ważny papier, który miałem, ale nie do końca fizycznie. Miałem jego sygnaturę, datę wydania, ale zamiast przyjść do mnie do domu powędrował jak się później okazało do Zako. Ale żeby nie było tak negatywnie ustaliłem przed mym piątkowym wyjazdem, że gdy papier przedstawię zgodę dostanę. Tego się też trzymałem podczas przesłuchań przed komisją śledczą wyjaśniającą mój występek cztery miesiące później. Papier odebrałem w piątek, a w sobotę przekazałem go członkowi by dostarczył go do biurokratycznego urzędnika. I ze spokojnym sumieniem wyjechałem na wymarzone wakacje i o kwicie zapomniałem. Przypomniałem i sobie, i mojemu nędznemu kurierowi w listopadzie, gdy sąd kapturowy zebrał się i debatował czym mi łeb ściąć.

Zanim dopedałowałem do ośrodka miałem już zapalenie ścięgien stóp. Ból okropny, zwłaszcza przy wysiłku rowerowym, więc zamiast biegać po dachu oszczędzałem swe kopyta smarując obolałe miejsca maściami na przemian to rozgrzewającymi, to chłodzącymi. Pomogło na tyle, że po trzech dniach mogłem spokojnie pedałować w kierunku morza, naszego oczywiście. A jak już o pedałowaniu nad morze mowa, to kilka lat wcześniej jeden taki obóz zasponsorowałem - byłem mecenasem kultury łódzko-barcelońskiej. Chłopaki nieźle to wykombinowały, pomysł też dobrze sprzedali marketingowo, a że można było wykupić kilometry, to sobie kupiłem chyba z setkę. Dodatkowo obiecałem, że załatwię im transport rowerów do domu. I załatwiłem. Zupełnie za darmo dla nich, sprzęt po kilku dniach od ich wylotu był w Łodzi. Mnie to kosztowało trzy klocki, ale czego się nie robi w ramach wspierania młodych ludzi. Chyba do dziś nie wiedzą o tajemniczym sponsorze, ani nawet że ta usługa cokolwiek kosztowała. Taka idea, ale też taka marka - jak obieca to załatwia choćby miało to kosztować.

Nasz obóz jak to obóz, miał swoje wzloty i upadki. W zasadzie to raz pod górkę, a raz z górki. Kompanija wspaniała, ludzie odpowiedzialni, weseli, chcący zdobywać nowe doświadczenia. Nie obyło się bez zwiedzania Malborka, a i Gdańsk chłopaki zwiedzili ... z tramwaju linii pięć  (jak dobrze pamiętam). Do centrum mieli dwa lub trzy przystanki, ale jakimś cudem dojechali do stoczni remontowej? albo jeszcze dalej. I wrócili bo się czas skończył. Byliśmy w kinie, i w kinie letnim - polecam dokument (chyba) "Śmieciarze", i na plaży w Sopocie, i na wieży obserwacyjnej. Nawet do kościoła się przeszliśmy, choć nie wszystkim było po drodze. Były też osłabnięcia, wysokie temperatury i dziwny wirus przez który większość z nas przeszła, jedni lepiej, a inni gorzej go znosząc.

Tenże wirus zakończył również nasz obóz. Przedwcześnie go zakończył. Jeden z nas przez dwa dni gorączkował w Ryńsku. Po wizycie u lekarza i w związku z brakiem zadowalającej poprawy postanowiłem, że po niego przyjedzie samochód wsparcia technicznego i zabierze go do obozu, a my na pusto (bagaż poślemy również samochodem) popedałujemy pod Tomaszów Mazowiecki. Tak też się stało. Przez Włocławek i Płock pojechaliśmy za kolegą, zgodnie ze staropolskim powiedzeniem 'jeden za wszystkich, wszyscy za jednego'.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności gdy coś się działo znajdowała się od razu pomoc. Gdy w Ryńsku potrzebowaliśmy lekarza, akurat tego dnia pani doktor przyjmowała. Gdy potrzebowaliśmy szycia kolana (skończyło się na stripach) również w Ryńsku pomógł nam rybak odworząc na chirurgię do szpitala kilkanaście km dalej. A gdy w Grudziądzu potrzebowaliśmy serwisu rowerowego z fachowcem, bo rower prawdziwy, a nie chińska imitacja górala, zatrzymaliśmy się na postój przy serwisie bynajmniej nie wyłącznie rowerów górskich. W końcu jestem w czepku urodzony.

Powtórzę raz jeszcze - obóz wyjątkowy, bo ludzie wspaniali. Dziękuję mojej kompaniji: Kamilowi, Maćkowi, Grześkowi, Adamowi, Patrykowi i Wiszowi. Dziękuję panu Andrzejowi, tajemniczemu wujkowi z Podlasia (Jacek mu chyba było), całej rzeszy bezimiennych, którzy nas wspierali, choć nie musieli i myśleli o nas dobrze, choć po staropolsku mogli źle. No i skromnie podziękuję sobie, za siłę by pchać ten wózek na siłę, wiarę we własne przekonania i umiejętność szczepienia idei, choć okazała się ona krótkowzroczna.

A wracając do platformy to dupy nie urywa, ale są ciastka, cola i prawdziwa kawa.



27 sierpnia 2015

wtorek, 15 września 2015

Ja się pytam: gdzie są ciasteczka

Zaszły drobne zmiany w załodze. Do najpoważniejszej doszło w kuchni. Mistrz kucharstwa europejskiego wyjechał, a na jego miejsce przyjechał kuchcik. Gość kompletnie nie zna się na gotowaniu. Mam przeczucie, że jest tu albo za karę, albo ma wyrok kilku lat w łagrze i wybrał mniejsze zło, oczywiście dla siebie. Drobne szczegóły jego popisów kulinarnych? Proszę bardzo. Zupy: istny dramat. Smak wody (to pozytyw). Coś w niej pływa, jest dużo mięsa kurzego, widać kółka tluszczu, sporo warzyw. Jak z tego może wyjść woda w smaku? Nie mam pojęcia. To taki poziom kuchmistrzostwa, którego chyba już nie osiągnę. A wystarczy czasami spróbować, dodać przypraw, posolić. Ale nie, po co. I tak wyjścia nie mają - żreć muszą, to zeżreją. Drugie dania: kosmos. Wieprzowina twarda, wołowina - jak podeszwa, można gwoździe wbijać, mięso kurze!!! twarde. Raz zrobił nagetsy, a przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz. Kawałki kurczaka w cieście obsmażone na tluszczu. No wydawać się mogło, że tego nie da się spieprzyć. Ale można się pomylić i sporo przegrać. Hazard na obiekcie jeszcze nie kwitnie - więc kto wie, może zajmę się bukmacherką? Do ciasta dodał surową cebulę, su-ro-wą! Oczywiście z nadzieją, że się usmaży podczas smażenia. A tu taka niespodzianka. No nie chciała się wredna cebula usmażyć. Może jej towarzystwo nie odpowiadało? W końcu kto by lubił suchego na wiór kurczaka? Za to co drugi dzień są jajka sadzone z parówkami na śniadanie. Osobiście uważam, że lepsze to niż talerz wędlin serwowany przez poprzedniego kucharza, ale są też słowa pochlebne. Zupy mleczne też mi smakują. Nie robi na szczęście ciepłych zup z makaronem, jak pan Irek, do których mam uraz od przedszkola i na samą myśl odruch wymiotny, ale jest słodka owsianka, zupa na ryżu, a nawet na kaszy gryczanej. Dla mnie rewelacja. Tak jakby zupy śniadaniowe przygotowywał ktoś inny od reszty posiłków. Może jego pomocnik rano gotuje?

A jest z niego dobre ziołko. Potrafi porozumiewać się po angielsku mniej więcej na moim poziomie. Z tym, że zna więcej słówek. Ja natomiast potrafię zadawać pytania. On przed podaniem śniadania lub drugiego dania zapyta: 'ju ityn'. I bądź tu człowieku mądry co mu odpowiedzieć. Mnie tak zapytał, choć trudno nazwać to pytaniem, gdy odnosiłem talerz po zupie mlecznej. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że 'aj ityn'. No bo kto miał jeść z talerza, który odnoszę, jak nie ja? Zasiadłszy ponownie do stołu siedzę i czekam. Mijają chwile, a tu nic. Właściwego śniadania brak. Idę do kuchni i mu mówię, maksymalnie wyraźnie, dużymi literami, że ja jednak 'noł ityn'. Tośmy się dogadali i za chwilę dostaję wymarzone śniadanie. Później żałowałem, bo trzeba było jeść dalej zupę. Ale to później. Dwa dni temu sytuacja się powtarza, z tym że "ofiarą" pada mój lider w obecności całego zespołu. Damian odnosi talerz po zupie, dostaje 'pytanie' 'ju ityn', chwila konsternacji, pada odpowiedź 'jes', po chwili 'noł', siada i czeka. Reszta taka sama - w efekcie idzie do kuchni po drugie danie. Koleżka warszawski na moją uwagę, że angielski szfankuje u pomocnika kucharza się oburzył i stwierdził, że nie rozumiem rozmowy więc mam siedzieć cicho. Gdyż oczywiście ziółko umie angielski język perfekcyjnie. Z takimi argumentami to ja nie dyskutuję, poza tym ja się nie znam. Warto wspomnieć, iż koleżka na wstępie zaznaczył, że zna angielski perfekcyjnie i nawet dał mi radę, by podczas rozmowy z ukraińskimi przyjaciółmi posługiwać się twardym angielskim, to lepiej go rozumieją.

Co prawda mówił to po obaleniu 07 żubrówki z pomocnikiem, więc nie do końca był świadom co mówi, ale nawet gdyby był w pełni dyspozycyjny to mnie z kolei twardy i miękki angielski niewiele mówi. A wracając do żubra, to odwiedzając sklep 'diuti fri' zauważył na półce polski produkt eksportowy z trawą w środku i bizonem na zewnątrz. Mnie też to zaciekawiło, ale z czysto ekonomicznego punktu. On natomiast musiał być zaciekawiony dogłębnie. No i wróciliśmy z wycieczki z bizonem w plecaku. Przy okazji znowu wyszła moja rozrzutność, gdyż pepsi którą zakupiłem, a było to aż dwa litry, zgodnie z zapisem na etykiecie kosztować miała jeden dolar siedemdziesiąt pięć, a zapłaciłem równe dwa dolce. Cóż począć. Europejczyka tu życie nie rozpieszcza. Bizon natomiast trafił do lodówki. Po kolacji mój przedsiębiorczy ziomal od pomocnika wysępił dwa litry soku jabłkowego i przy okazjji zaprosił go do siebie, a w zasadzie to do nas na mały poczęstunek. Zajęło im to może godzinę, i już swobodnie porozumiewali się w jezyku Szekspira o polityce ukraińskiej. Co ciekawe chłopak ze stolycy próbował przekonać chłopaka z Odessy iż Władimir Władimirowicz to dobry gospodarz Kremla i robi dużo dobrego dla Rosji i Ukrainy. Edward ewidentnie zagubiony tłumaczy, że Władimir powinien skupić się na Rosji i gestykulując pokazuje granicę, ale mój kochany "narodowiec" wie lepiej, bo 80 procent Odessian mówi po rosyjsku, więc są za polityką Rosji. Nie sposób gościowi wyjaśnić, że nie każdy Ukrainiec to Rosjanin. Zgodzili się w jednym, że Bandera nie był bohaterem, tylko zbrodniarzem. Co do Putina Edward z grzeczności nie przeczył więcej.

Nasz lider był trochę zawiedziony obaleniem bizona bez niego. Też miał smaka, którym musiał się obejść. Na pocieszenie dostał info, że to było poświęcenie w naszym interesie, gdyż chłopak ma dostęp do magazynu, a tam piwo, cola, ciastka. Było to trzy dni temu i jakoś efektów poświęcenia nie widać. Ani piwa, ani koli, ani ciastek dla nas nie ma. Za to w kuchni i cola jest, i nowe paczki ciastek. Ot taka głupotka mała wyszła ze stolyczanina. Wydawało mu się, że robi interes życia, a okazało się, że go w konia Kozak zrobił. Teraz młody na jadalni się tylko uśmiecha głupio, a zomek chwilowo nie wraca do tematu ciasteczek.

Kolejną zmianą jest nowy pomocnik kucharza. Teraz jest ich dwóch. Do tej pory wszystkim zajmował się Yasir z Pakistanu. Teraz nami, Europejczykami, zajmuje się Edward, a resztą świata Yasir. Jest śmiesznie, bo chłopak się dość powoli wdraża w swoje obowiązki i pomimo, że jest z nami od tygodnia dalej sprawia wrażenie zagubionego. Ale jest z niego równy gość. Można pogadać. Z racji, że mamy tu tylko kawę rozpuszczalną z niższej półki cenowej - oryginalną nescafe classic - i do tego równie sztuczne mleczko w proszku, w Polsce często nazywane zabielaczem, chłopak chciał uruchomić stojący w zmywaku ekspres przelewowy. Niestety kawa z ekspresu była gorsza smakowo od classic, więc zakończyliśmy współpracę. Piję dalej czarnego liptona słodząc miodem i zakwaszając plasterkiem cytryny. Pracowity chłopak z niego. W wolnych chwilach, gdy nie pomaga w kuchni zajmuje się sprzątaniem, odkurzaniem, dostarczaniem potrzebnych do życia środków. W dniu, gdy mieliśmy antyalkoholową i antynarkotykową kontrolę zapytał nawet po ile w Polsce kokaina chodzi. Dobre pytanie.

Nowy jest też szef, zwany tu chiefem. Gościu z Odessy, a jakże inaczej, bardzo spokojny i stabilny emocjonalnie. Mam przyjemność współpracować z nim. To istne przeciwieństwo poprzedniego szefa. Tamtem znerwicowany, niestabilny, wybuchowy. Palił w biurze jednego po drugim. A ten gdy już musi zapalić wychodzi na balkon lub lepiej to nazwać tarasem, a że takie tarasy mamy aż dwa po obu stronach biura nazywamy je skrzydłami. Widok przepiękny się z nich roztacza. No ale jesteśmy na wysokości około 30 metrów, w dodatku nad samym oceanem, więc jak może być inaczej. Chief jak to chief lubi rozkazywać. A że nowy w tej społeczności to i konflikty drobne powstają. Bo jego nauczyli tak, a tu się robi inaczej, czyli tak. On chce tak, a oni tak. No i tak właśnie czas mija. Ale gdy chief nie słucha wykładu starego na temat życia i śmierci, w tutejszym dialekcie "nji chulja" i "bljedz", to jest super gościem z którym można kawę wypić. Podczas nauk starego przeważnie to ja wychodzę na skrzydło. Panuje tam zdecydowanie lepsza atmosfera, a zamiast "chuljii" mewy latają.

Jeszcze jedną zmianę warto odnotować i nie będzie ona słodka. Dziś niedziela i do tej pory do śniadania kucharz piekł jakiś placek. Zwykły biszkopt z czekoladą lub miodownik. Taki skromny, a za razem domowy, dający dużo dobrego wspomnienia. Dziś nie było placka, nie było biszkopta, nie było miodownika. Również tradycją było, że do śniadania każdy dostawał paczuszkę herbatników, czterech sztuk, suchych, czasami z nadzieniem. Taki suwenir na rozpoczęcie dobrego dnia. Od tygodnia jedyne ciasteczka, te nasze, są w kuchni. Widzę opakowania zbiorcze pod stołem roboczym, gdy odnoszę talerze. Smutne to, ale prawdziwe. Czyżby koniec pewnej epoki?



23 sierpnia 2015

niedziela, 13 września 2015

Załoga, czyli nasza paka

Na dobry początek wypadałoby przedstawić załogę. A nie będzie to możliwe bez kilku danych statystycznych. Jest nas na obiekcie dwudziestu pięciu. Sami mężczyźni, ale zapewniam, że Kenijki są ładne. Załogę tworzą cztery narodowości z aż dwóch kontynentów. Najliczniejszą grupą są Ukraińcy - w sile dwunastu, nie kryjący swej niechęci do banderowców oraz chęci do putinowców. Ale ten temat na razie zostawiam w spokoju. Najmniej liczni są przedstawiciele Rosiji. Jest tu jeden członek tego wschodniego państewka legitymujacy się narodowością ZSRR - równie ciekawe. Na dziewięciu mieszkaców kalifatu pakistańskiego przypada aż trzech ambasadorów Królestwa Polskiego. No i z tymi ostatnimi to są jaja.

No bo tak. Jeden jest z Pomorza, co żonę w ciąży zostawił. Tzn. nie zostawił zostawił, tylko zostawił bo wyjechał, ale wróci ino po rozwiązaniu. Drugi jest ze stolycy, co z kolei dziewczynę zostawił. W maju zaplanowany ślub. On trzydzieci, ona dwadzieścia jeden. Jak sam żartuje, gdy był w wieku (przyszłej) żony mógł do niej powiedzieć na ulicy: mała - fajny masz tornister. No i ja, prawdziwy wilk morski. Ok, trochę mnie poniosło. Powiedzmy, że kojot pustynny. A że w Kenii pustyni nie ma, ale jest morze, to niech będzie krakowskim targiem kojot morski.

Co tu robimy? To jest dobre pytanie, ale na razie odpowiem, że nic, a kiedyś temat rozwinę.

Nasz obiekt ma aż dziewięć pięter, nie ma windy, ma wąska klatkę schodową, drabinki ewakuacyjne za oknem oraz wyposażony jest w klimatyzację. By było ciekawiej zaprojektowali go oraz wybudowali nasi zachodni sąsiedzi i oddali do użytku w 1999 roku. Odnośnie pięter i konstrukcji, to dwa dolne znajdują się poniżej poziomu morza. Serio serio. Mamy szczelne poszycie, bo gdyby nie ono mielibyśmy duży basen. A tak mamy tylko mały basen, saunę i siłownię, o których już zresztą wspominałem. Obiekt wyposażony jest w dwadzieścia osiem pokoi sypialnych, z czego dwadzieścia siedem jest jednoosobowych. Ten dwudziesty ósmy wyposażono w dwa łóżka i jak się domyślacie, a ci co mnie znają są już przekonani, iż w tym ostatnim pokoju śpię ja - Krakowiak, i on - Warszawiak. Tak się koło fortuny potoczyło. Na wstępie zaznaczę, iż nie mam nic do mieszkańców stolycy, zarówno tych z dziada pradziada, jak i słoików, ale do celów czysto złośliwych posłużę się starym stereotypem. Tak więc zatem ...

Na obiekcie obowiązują prawa. Jednym z nich jest zakaz palenia. O dziwo jest on przestrzegany ... na jadalni i korytarzach, saunie, basenie i siłowni. W całej reszcie obiektu palić nie można, ale nie znaczy to że się nie pali. Ja w biurze mam swoją strefę bez dymu - pod nawiewem klimatyzacji. A że na obiekcie panuje podwyższone ciśnienie z przyczyn ochrony ppoż. to tego dymu nie ma za wiele. Oczywiście czasami klima nawala, ale nie za często. Kolejnym zakazem to oczywiście spożywanie alkoholu. Zakaz przestrzega aż dziesięć osób - cała ekipa pakistańska i jeden Polak. Ten ostatni dowiedział się od współpracowników ukraińskich iż jest jedynym Polakiem, który nie pije i nie pali. Bardzo mi tym połechtali ego. Jest wreszcie coś czym mogę się wyróżnić za granicą. Poza tym zakaz jest przestrzegany gdy stary patrzy, ale wystarczy że nie patrzy ... piwo, łiski, wódka dziwnym zbiegiem okoliczności same wyparowują ze swoich opakowań trzymanych w lodówkach. Tak do końca to tego zakazu nie rozumiem. Bo skoro jest to dlaczego co kilka dni do kolacji dostajemy puszkę piwa, czasem dwie??

Mniejsza o puszki. Wróćmy do mojego truciciela. Dla osoby, ktora od dziesiątego roku życia nie pali przebywanie w pomieszczeniu z dymem papierosowym stwarza dość niepokojące reakcje organizmu. Pomijam fakt, że wszędzie czuję dym, wszechogarniający smród. Wchodzę do salonu (mamy salonik i sypialnię) i czuję. Siadam na sofie i czuję. Otwieram okno ... zanim je otworzę to wkładam nos do popielniczki pełnej kiepów, bo mój Warszawiak robi sobie wystawę na parapecie. Taki to z niego kolega. A ja mam chrypkę, mam ból gardła, mam ból głowy, nudności. No jak żyć, panie, jak żyć.

Maciuś, mimo już skończonych trzydziestu ośmiu lat potrafi pościelić łóżko. Nie jest to może ścielenie idealne, z kantką, ale nie ukrywam, iż czasami jestem zadowolony. A mój północny przyjaciel ... jak wstanie to do wieczora pościel rozpieprzona. Jak po kolacji leży na sofie pod śpiworem, to tenże wcześniej porzucony zmienia swe położenie następnego wieczora lub dwa wieczory później, gdy przyjemniaczek ponownie idzie się zagrzać. Rzeczy osobiste ... też widać różnicę. U mnie poskładane, poukładane w szafie na pułeczkach, koszula wisi na wieszaku, buty pod ścianą czekają na gorące chwile. A kolega ... gacie na wieszaku ściennym zostawił we środę, we poniedziałek przykrył ręcznikiem po powrocie z sauny, we czwartek poszedł do sauny ponownie więc ręcznik zniknął, a we sobotę robił pranie ... ale o gaciach zapomniał. Spodnie i dwa paski rzucone w kąt, spod nich wyłazi skarpetka, obok gatki i koszulka. Buty są wszędzie po jednej sztuce. W pobliżu jest druga, za drzwi nie wypadają co prawda, ale idzie w nocy dobrze kopnąć klapka lub adadisa. Ech co ja z nim mam.

A nasz lider to równy chłopina. Tęskni za żoną, nie może się doczekać powrotu. Przed wyjazdem zdążył wyremontować pokój w którym aktualnie mieszkają "u dziadków". Przygotowania do przyjścia nowego człowieczka do rodziny pełną parą, z tym że chwilowo na odległość. Za to za rozmowy telefoniczne i esemesy zapłaci majątek. A trafiło na biednego tym razem. Marzy im się nowy dom lub przynajmniej mieszkanie. Chłopina pogodny więc liczy że za rok, może dwa będzie na swoim. A swoją drogą na klatę bierze 130kg, a pod koniec pobytu sięgnie chyba 140. No jest gościu umięśniony.

Nasz kucharz, Andiej, to mistrz dobrego smaku. Nie gotuje nic rewelacyjnego - kotlety mielone, ryba w cieście, ryba sute, gulasz, pierś z kurczaka. Normalne domowe jedzenie. Ale to w połączeniu z resztą to już dziwna kombinacja. Jemy makarony, kasze, ryż i czasami ziemniaki. Surówki przyrządza z kapusty, grochu, fasoli, buraków, ziemniaków, marchewki. Była już marchewka z tabasco, było też coś a'la kapusta z ryżem, przy czym ryżu było mało. Wszystko doprawione, smaczne, pożywne. Gotowanie zgodnie z jadłospisem od dietetyka. Nie da się inaczej tu jeść. Śniadania to odrębny temat. Kuchnia domowa :). Owsianka z rodzynkami na słodko, mleko z płatkami kukurydzianymi, jajka sadzone z plastrami salami lub innego dnia z kiełbaskami a'la berlinka, talerz wedlin i serów, w zasadzie to jednego sera, makrela surowa marynowana - rewelacja. Pieczywo - paskudne i białe. Chleb mrożonym lub tostowy, czasami bułki przenne mrożone. Bardzo dużo dodatków mącznych do posiłków, staram się ograniczać z jedzeniem, ale się nie da. Plany by rzucić dziesięć, może piętnaście kilo mogą się nie udać. Dlatego zmienim postanowienie - byle nie przytyć. Niestety siłownia niewiele daje, ale z drugiej strony to dopiero dwa tygodnie przygody. Pozostało jeszcze ... 14 :). Wagi nie ma na obiekcie, więc tylko po pasku będę widział zmianę. Też dobra miara. Chodzą słuchy, że kucharz się zmieni za około tydzień. Może ta zmiana pozwoli mi mniej jeść - w końcu nie wszystko może się nadawać do konsumpcji.



14 sierpnia 2015

sobota, 12 września 2015

Przygoda

Dawno tu nie zaglądałem, a wiele się zmieniło w moim życiu przez te trzy lata. Najważniejsze, to to, iż jestem o trzy lata mądrzejszy. Może to niewiele, może nie jest to mądrość oczekiwana przez wszystkich znajomych, ale zapewniam, że jestem coraz bardziej dorosły. W tym roku, a dokładniej 16 lipca obchodziłem swoją małą rocznicę, wręcz jubileusz. Dwadzieścia lat temu, podczas obozu w Ulinii k/Łeby, osiągnąłem wiek dający pełne prawa obywatelskie. W jednej chwili stałem się i pełnoletni, i w pełni odpowiedzialny za swoje czyny. Przestałem być dzieckiem i zacząłem być dorosłym. Za te minione dwadzieścia lat, za moje trzydzieści osiem, za tych wszystkich ludzi spotkanych na drodze, za te wspaniałe chwile spędzone z nimi oraz te w samotności, za życzenia, dobre rady, uśmiech, a czasami zwykłe podanie dłoni – Bogu dziękuję. A Wam radioczytacze życzę samych dobrych chwil ze mną.

Niektórzy powiedzą, że mi odjebało na starość’, ale w swej radosnej twórczości i pomysłowości wiatry przywiały mnie do Afryki. Na pytanie co tu robię, odpowiem krótko pilnuję piasku na pustyni. Dla mnie ważne jest coś innego nie nudzę się. Zacznę od początku.

Nasz lot (nasz, bo jest nas tu trzech) przebiegał bez większych przygód. W niedzielę co prawda kiblowałem na Okęciu 5 godzin, ale było to bardziej spowodowane moim „żydowskim oszczędzaniem, niż błędem linii lotniczej dostałem się bezpośrednio z Krakowa na lotnisko za 12 zł. Żal nie skorzystać. Warto dodać, że za bilet MPK w Krakowie - by dojechać na autokar - zapłaciłem 3,80!! Odlot o 10:50, z Damianem umówiłem się na 8, Maciek dołączył do nas o 9, siedzimy, gadamy, poznajemy się, bo to w końcu po raz pierwszy się widzimy ot takie wakacje w ciemno. Odprawa przebiegała bez większych problemów prawie by nas nie wpuścili, bo brakowało nam jednego dokumentu, ale miła pani z Qatar Ariways po 30 minutach tłumaczenia powiedziała magiczne proszę tu podpisać oświadczenie (możliwe, że oddałem im nerkę, bo po arabsku było napisane) i biegiem na kontrolę bezpieczeństwa. Reszta bez dużych emocji pasek ze spodni, portfele ze spodni, komórka ze spodni, buty z nóg. Nie piszczałem to mnie puścili. Samolot pełny. Zasiadamy, każdy w swoim koncie. Leci z nami jeden z popularniejszych polskich kucharzy z rodziną. Jest super, picia pod dostatkiem na żądanie, dają jeść ciepły posiłek, kawa, ciasto czekoladowe, woda, cola, wino, piwo, łiski, no czego dupa zapragnie. Pięć i pół godziny zaleciało szybko i wysiadka w Doha jedno z nowszych lotnisk świata, oddane bodajże w 2013 roku. My w tranzycie, więc szybka kontrola bezpieczeństwa i trochę dłuższe oczekiwanie na lot. Jest już prawie 18, a kolejny lot mamy o 3:55 (sic!). Na kawę nigdy nie jest za późno, zatem zasiadamy. Wcześniej kupujemy oczywiście. Maciuś się przygotował. Zakupił dewizy: 50 usd i 50 euro. Teraz zaczyna żałować, bo na ch..a to euro brał do Arabów? No ale żeby nie było lotnisko międzynarodowe, to i eurasy przyjmują w kasie. Za kawę latte bagatela 7 usd (siedem dolców!!!). To musi być dobra kawa? No nie przeciętna. Ale przy jej zakupie wyszedłem jak Zabłocki na mydle. Jak wspomniałem kawa kosztuje 7 usd, a ja chcę się pozbyć euro. Zatem daję pani kasjerce 10 eur z nadzieją, że zapłacę mniej (euro lepiej stoi od usd). Zapłaciłem 7 eur, ale na szczęście pani miła wydała mi resztę w dolarach 3 usd. Po przeliczeniu moja kawa kosztowała ponad 30 zł, zamiast 26. Te 4 złote robią różnicę J, ale z Arabami nie wygrasz.

10 godzin szybko zleciało – zrobiłem standardowo 10.000 kroków, przeszedłem ponad 8 km po terminalu, wnerwiałem ochronę siadając na barierkach, szwendałem się po sklepach, kupiłem 1,5l wody mineralnej za 3,11 usd, próbowałem zasnąć choć na chwilę, poszukiwałem kontaktu z prądem do podładowania akumulatorów – dwa ostatnie działania bez pozytywnego zakończenia. A gdy przyszła 1:30 moi kompani przenieśli się na terminal, gdzie spędziliśmy kolejne 3 godziny oglądając CNN bez dźwięku w jednym telewizorze i słuchając dźwięku z lokalnej tv dobiegającego z drugiego telewizora. Ale nadszedł czas pakowania do samolotu. Co mnie zdziwiło, to brak kontroli bezpieczeństwa, no i zamiast rękawem podwiozą nad autobusem. Na terminalu zimno, zastanawiam się nad włożeniem koszuli, w przejściu do autobusu jeszcze zimniej, ale jak wyszedłem na płytę lotniska – nie było czym oddychać. Powietrze stoi, dech zapiera, leje się ze mnie momentalnie. Współczuję osobom przebywającym poza miejscami klimatyzowanymi.

Lecimy takim samym modelem jak poprzednio - A320, tylko mam wrażenie, że to chyba prototyp. Niby te same linie, niby taki sam samolot, niby ta sama klasa, a ma się wrażenie, że jednak coś zmienili. Brak monitorów w siedzeniach są na górze, jeden na 12 pasażerów, brak gniazda usb, troszkę inne, by nie powiedzieć 'gorsze' fotele. Może fakt, że lecimy do Nairobi powoduje, że komfort jest mniej wymagany. No dobra lecimy, zapinamy pasy, uczymy się jak bezpiecznie opuszczać samolot gdyby pilot postanowił wylądować w innym miejscu niż lotnisko, zapoznajemy się z żółtymi maseczkami tlenowymi, dowiadujemy się, że exit to wyjście bezpieczeństwa, a nie wejście do toalety. Te, podobnie jak poprzednio, w naszej klasie są AŻ 2 i znajdują się na końcu wagonu. Piszę, aż, gdyż w tym pociągu leci koło 120 pasażerów i w locie do Doha po drugiej godzinie lotu ustawiła się do kibla kolejka sięgająca połowy samolotu. Ja nawet nie próbowałem. Skorzystałem za to podczas tego lotu, na wszelki wypadek zanim podali żarcie i napitki. Dupy nie urywa, ale miejsca sporo. Faktycznie można w dwie osoby korzystać i używać (sobie). No więc lot przebiegał bez zakłóceń po posiłku zasnąłem. Budziłem się tylko jak podawali coś do picia, a i to pewnie nie zawsze. Obudziło mnie przygotowanie do lądowania, ale jak tu lądować skoro wszędzie chmury? A gdzie góry? Gdzie te stepy akermańskie, sawanna, pustynia, piasek, busz, żyrafy, wielbłądy, lwy, gdzie ten spalony słońcem ląd? No dupa miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.

Nasz pilot to jednak ma nosa. Znalazł pas startowy, a w zasadzie to pas lądowy. Z góry to ten porcik Trzeciego Świata nie przypomina. Raczej dałbym mu piątkę? Może nawet szóstkę? Tak, to musi być szósty świat. Ale chwila w Kenii podobno ludzkość powstała, to tu pierwsze małpy zeszły z drzew by zasiedlić później Europę. I co teraz taki port tu mają? Wysiadamy, schody podstawili, autobus podstawili, odbieramy bagaże chwila niepewności: Damiana jest szczęśliwy chłop, mój JEST, a Maciek czeka, czeka, czeka, głupie myśli, bo chłop się spakował na 4 miesiące, kupił nową torbę specjalnie na wyjazd, a bagażu nie ma. Czeka dalej i proszę państwa jest! Bagaże są - to idziemy. A tam kontrola imigracyjna. Wizy chcą. W zasadzie to de-wizy, bo ta przyjemność 20 usd kosztuje. Tylko, że miał to załatwić nasz kochany agent, ino nie załatwił! No to sobie porozmawiamy z nim w Mombasa.

3 godziny czekania w porcie szóstego świata. A nie, sorki, cztery godziny, bo nasz lot połączyli z innym i zamiast planowo o 13, polecimy o 14. Idziemy na terminal drugi. Biała hala namiotowa. Przechodzimy kontrolę wszystko z kieszeni, torby do prześwietlenia, moja oczywiście 3 razy musi być skanowana, po czym wszystko z niej muszę wywalić bo pani coś świeci lub się prześwietlić nie chce. Ale spoko mamy czas. Siedzimy, czekamy, czekamy i siedzimy. Jest kibelek czysto. Są umywalki, to umyliśmy się, przebrali koszulki. Siedzimy i czekamy. Tłumów nie ma, terminal lokalny, ale lepiej wygląda od hali przylotów międzynarodowych. Posadzka żywiczna, około 20 stanowisk do odpraw bagażowych, przestronnie, czysto, cicho. Brakuje automatów z napojami lub bufetu, nie wspominając o restauracji, kawiarni i sklepie. Godzina do odlotu, więc idziemy na inną część hali. Oczywiście kontrola bezpieczeństwa wszystko z kieszeni i prześwietlamy (resztę znacie, bo sytuacja się powtarza; tylko na Okęciu przy trzecim prześwietleniu oficer do oficerki stwierdził że to karabinki puść go). Na hali odlotów są dwa punkty usługowe. Pierwszy sprzedaje lokalne karty telefoniczne. Drugi to terminalowa knajpa dostaniesz wszystko, czego sobie zażyczysz. Chłopaki życzą sobie piwo i red-bulla. Ja wybieram na ochłodę ice cafe latte. Części składowe: kostki lodu, espresso, mleko, słomka. No cóż. Jak już kupiłem koledzy mówią, że by się tego nie odważyli pić, bo nie wiadomo skąd ten lód, znaczy z jakiej wody. No super dzięki za radę. Lepiej późno niż wcale, ale wylewać nie zamierzam. Psychicznie i tak jestem przygotowany na komplikacje żołądkowe. Wypijam ¾, resztę utylizuję, idziemy do autobusu, czas na lot.

Samolot CRJ hmmm no brakowało tylko kur i koguta. A te stiułardesy wyedukowane pięknie, widać, że z pasją podchodzą do pracy, ale też widać lata służby i wylatane mile. Ale z drugiej strony, ani one stare, ani brzydkie. Podobnie jak poprzednio mieszanka światowa, z tym, że tu są tylko trzy, a w poprzednich lotach było ich koło siedmiu. Zapinamy pasy, instruktarz bezpieczeństwa tym razem pokazywany on line (poprzednio wyświetlali filmy), kołujemy i lecimy. Krótki lot, niespełna 40 minut w powietrzu, ledwo pilot pozwolił rozpiąć pasy, a stiułardesy zaczęły rozdawać napoje i herbatniki. Siedzę w rzędzie 11, za mną jest jeszcze jeden. W każdym po cztery fotele. Obsługa jednego rzędu zajmuje koło 3 minut. Pytanie zdąży? nie zdąży? Zdążyła oczywiście lata praktyki. Do picia woda (0,5 l), fanta i sprite (w kubeczkach po około 125 ml). Biere wodę w Afryce to cenna zdobycz, zapakowana oryginalnie, może się jeszcze przydać. Znowu chmury, pełno chmurów. Podchodząc do lądowania zeszliśmy poniżej i mym oczom ukazał się inny świat. Mokro, rzeki wystąpiły z koryt, zerwane mosty. No co jest kurna gdzie ta Afryka? Gdzie mnie wywieźli lub może lepiej wylecieli? Nasz samolot wiekowo pewnie mój rówieśnik z gracją osiadł na płycie pasa, bardzo szybko zahamował (droga kołowania zaczyna się w połowie tegoż pasa) i skierował swe oblicze ku nazwijmy to portowi. Ludzie wstali z miejsc, pobrali bagaże podręczne, wstałem i ja, i stoimy. Stoimy, stoimy, nic się nie dzieje, stoimy, ruszyło, ale znowu korek. Ki pieron? O co chodzi? Już jestem przy wyjściu i się wyjaśniło. Ulewa. Takiego deszczu dawno nie widziałem. Ściana wody. A kolejka czeka na parasolki. Piękne, pomarańczowe, po jednej na dwóch pasażerów. Niestety do oddania przy porcie. Zanim przeszliśmy pół drogi przestało padać. Na lotnisku odbieramy bagaż i tak jak ze stacji kolejowej, bez kontroli wychodzimy na świeże powietrze. A to wyjątkowo ma koło 24 stopni, jest wilgotno, ale nie aż tak jak myślałem, i gdyby nie ci dziwni ludzie czułbym się jak a nie, wcale nie jak w domu, wręcz jak w Afryce. A ludzie nie są dziwni. To my jesteśmy dziwni. Przed portem grupa miejscowych skautów czeka na swój samolot. Pewnie lecą na zimowisko, bo po tej stronie równika zima. Poza skautami są jeszcze taksówkarze i taktakerzy. Ci wyłapują każdego, kto wychodzi i jak baby w Zakopanem odpowiesz jednemu, że nie chcesz, to za 2 metry inny zapyta o to samo. I tak w kółko.

Tu ma na nas czekać agent, który zawiezie nas do miejsca docelowego. Tylko, że nie czeka. Dogadujemy się z taksówkarzem, gdy nagle nadciąga gość z kartką, a na niej nasze nazwiska. Przerywamy negocjacje i idziemy z gościem. Razem z nami idzie dwóch innych obstawa? Jeden z nich pcha wózek z jedną torbą. Ja swój plecak mam na plecach, a Maciek ma torbę z kółkami, więc sam sobie ciągnie. Pakujemy rzeczy do samochodu, a panowie z obstawy wystawiają rączki, bo im się należy za pracę”. Dostali zjebę od taksiarza, drzwi zamknęli i jedziemy. Pan kierowca nie wie gdzie, więc dzwoni. Wiezie nas przez miasto do agenta. Ten pokazuje się na 2 minuty, daje nam papiery, zamienia parę słów w miejscowym języku i odchodzi. Kierowca zawozi nas pod dom nie wie dokładnie gdzie od stoi, więc sam muszę szukać i znajduję. Wysiadamy, idziemy, wartownik nas puszcza do środka, wchodzimy na szóste piętro - biuro, tam spotykamy szefa załogi, którą zmieniamy, razem idziemy do chłopaków, wspólnie schodzimy na obiad, później przywitać się z szefem naszego osiedla. Przydział mieszkaniowy dostajemy na piątym piętrze. Nasz leader mieszka na czwartym. Posiłki na pierwszym, tam również klubo-kawiarnia, coś w stylu messy oficerskiej. Na minus pierwszym siłownia, basen i sauna (serio serio!!). Na parterze pralnia. Miejsce pracy na szóstym. Cały obiekt klimatyzowany. Ciepła i zimna woda w kranie, kibelki czyste, zasłony w oknach, 3 posiłki dziennie (8 śniadanie, 12 obiad, 18 ciepła kolacja). Czego jeszcze człowiekowi potrzeba?

No tak szybko się przekonuję czego. Po 30 godzinach podróży, praktycznie bez spania, brudni i śmierdzący idziemy do pobliskiego baru razem z nowymi kolegami. Miejscowe piwo Tusker im smakuje. Co chwila sięgają po nową butelkę. Ja po 3 flaszkach coca-coli mam dość - oszczędzam. A bractwo jak się podchmieliło zaczęło podrywać kelnerkę. Wiocha jak się patrzy. Czasami mi wstyd za kolegów. Nie przeczę była całkiem ładna, zgrabna, a do tego młoda. Ale hmmm samcze rozumowanie im się włączyło.

Dzień zakończył się koło 23. Szybki prysznic, budzenie na 7 i nawet nie wiem kiedy usnąłem. Bogu dziękuję, za opiekę podczas podróży. A że kontrakt brytyjski, to wypada dodać: Boże chroń Królową.

No ale miało być o zmianach. To na koniec słów kilka o nich. A są przynajmniej dwie poważne i zauważalne dla mnie. Dowiedziałem się, że jak komuś za bardzo na czymś zależy to źle. Pomimo iż biorę poprawkę na to, że mógł być to żart, dało mi to stwierdzenie wiele do myślenia. Bo skoro od prawie trzydziestu lat mi na czymś zależy, a od ponad siedmiu zależy mi bardzo na pewnej idei, i od osób z którymi ta idea jest mocno związana dowiaduję się że coś jest nie wporządku i pewnie mam w tym interes, to sorry bardzo, ale przestaje mi zależeć w jednej chwili. Nie szkoda mi tych siedmiu lat, nie żałuję niczego co było związane z tą sprawą, nie żałuję kosztów jakie poniosłem, bo było warto i dziękuję bardzo za dobre chwile. Ale karpe diem ... Druga zmiana dopiero nastąpi formalnie. Jeszcze dojrzewa. Mimo wszystko dam szansę sobie i im. Trzeba to solidnie przemyśleć, podsumować, poszukać plusików, a i minusików się pewnie kilka znajdzie, i podjąć decyzję ostateczną.


7 sierpnia 2015