Powiem wam, drodzy radioczytacze, że piszę od zmiany do zmiany ostatnio.
Nasze Brytyjskie biuro podróży, które ufundowało nasze wakacje pod palmami
przygotowało kolejną niespodziankę. Miał być co prawda wyjazd do Tanzanii, ale
go odwołali. Zamiast tego mamy wycieczkę na platformę. Ale nim o tym hotelu na
wodzie wypada naskrobać kilka słów o tym co robiłem przez ostatnie prawie 4
tygodnie.
Prawdę mówiąc to nic nie robię. Obserwuję jak pracują inni. Robota jak się
patrzy. Wymarzona dla mnie. Nie muszę zarządzać, szukać klientów, martwić się o
jutro. Mogę za to wspominać wczoraj i to całymi godzinami. I tak wspomniałem
sobie jeden z lepszych wyjazdów w jakim brałem udział lub organizowałem. A był
to obóz rowerowy dwa lata temu. Ile ja bym dał za tę atmosferę, przyjaźń,
niestety chwilową, ale jednak. Muszę przyznać, że brakuje mi tych gości, ale że
sami odrzucili wyciągnięte dłonie ... trudno. Widocznie tak miało być i jakiś
sens to ma, a ja go wcale nie muszę znać. Nie zapomnę chyba do końca życia tej
fuszerki z dachem. O dziwo ma się on dalej dobrze i nie przecieka. Nigdy
jeszcze nie "odrestaurowywałem" dachu domku letniskowego z wymianą
pokrycia. Na początku mieliśmy zedrzeć starą papę i położyć dachówkę
bitumiczną. Ale jak zaczęliśmy zdzierać stare pokrycie okazało się, że woda
przeciekająca przez nie wyrządziła już tak nieodwracalne szkody w drewnie, że
by nowa papa się trzymała koniecznie musi powstać nowa konstrukcja. No i
powstała. Piły, młotki, gwoździe poszły w ruch, malowanie zabezpieczające przed
grzybami i już kładziemy nowe pokrycie w kolorze bordo, albo jakimś takim
podobnym. Do tego dobra zabawa, bo i towarzystwo wyborowe. Były spięcia i
nieporozumienia, jak zawsze w gronie młodych pełnych energii chłopaków w wieku
wczesnorozpłodowym, ale udawało się utrzymywać hormony na dystans od naszej
pracy. Inna sprawa, że praca fizyczna trochę energii kosztuje. Nasza przygoda z
dachem trwała trzy dni, ale efekty mnie zadowalały. Zrobiliśmy dobrą robotę,
potrzebną, a do tego widoczną. Oczywiście przy drugim dachu pewnych błędów
byśmy nie popełnili, ale biorąc pod uwagę, że żaden z nas na dekarstwie się nie
znał to gratulacje się należą. Służba to kwintesencja wędrownictwa. No tak, ale
miało być o rowerach.
Cały ten obóz to pasmo szczęśliwych zbiegów okoliczności i sprzyjających
wiatrów bogatych w pomysły. Początkowo podczas naszego wyjazdu mieliśmy
postawić cały jeden nowy domek o konstrukcji szkieletowej w technologii
kanadyjskiej. Początkowo, czyli w okresie planowania rocznej pracy - lato/jesień
2012. A sam pomysł zrodził się w chwili, gdy dziwnym zbiegiem okoliczności
miałem przyjemność nocować w ośrodku szkoleniowym w Ząbiu przy okazji poznając
jego problemy. I tak od problemu do jego rozwiązania. Powstał plan trzyletni
pracy. Po pierwszym roku mieliśmy budować, po drugim wyjechać do Afryki, a w
trzecim ... rejs oceaniczny. No cóż. Okazało się, że dla chcącego nic trudnego.
Co prawda w zeszłym roku byłem na równie fajnym wyjeździe do Czarnogóry, ale za
to w roku bieżącym 2015 ... Afryka i Ocean Indyjski stoją przede mną otworem. A
jak sobie to teraz przypomniałem, to aż mi się wierzyć nie chce. Powinni
żałować ci co zwątpienia chwile mieli i nie ma ich przy mnie. Ale nie ważne. Do
tematu.
Powstał plan odbudowy ośrodka. Szczęście, zbiegi okoliczności, a przede
wszystkim dobrzy ludzie nie opuszczali mojego pomysłu. Zaszczepiłem ideę kilku
osobom. Wstępnie pukali się w czoło, że to się nie uda, że to nierealne, że nie
będzie środków, ludzi, chęci. Stawiałem opór takiemu rozumowaniu, bo dla chcącego
nic trudnego. Zacząłem przekonywać ludzi do pomysłu i udało się. Powstały
szkice, przerodzone później w plan architektoniczny. Podzielona została praca.
Warszawka też dostała zadanie do wykonania, ale to dopiero z początkiem
czerwca. Znalazł się chętny dający materiał na cały domeczek. A było tam sporo
drewna, bo z domku na cztery osoby powstał domek na zastęp lub szóstkę, czyli
jak sama nazwa wskazuje sześcioosobowy. Znalazł się sponsor dający wełnę
mineralną do izolacji termicznej całej konstrukcji. Resztę braków, a było ich
zdecydowanie mało, miała zapewnić centrala firmy.
W długi weekend majowy pojechaliśmy na miejsce by rozebrać najmniej
wartościowy domek i zalać nowe fundamenty. Przy okazji omówiłem z właścicielem
lasu nasz projekt, który bez większych problemów i dysput uzyskał akceptację.
Centrala miała napisać oficjalne pismo z informacją o naszych zamiarach. W
chwili wolnego pojechaliśmy na pola Grunwaldu. Faktycznie pola. Po skończonej
robocie wróciliśmy do Zako.
A że czas biegnie szybko, ja zajmując się okręgową biurokracją, bo zgody na
wyjazd trzeba uzyskać, a nie chcą dać, zaniedbałem koordynację działań
centrali. W połowie czerwca okazało się, że nie mają pisemnej zgody
właściciela, to jeszcze da się odkręcić, ale co gorsza nie zgłosili do urzędu
naszej budowy. I tak pomysł choć dobry upadł i prawie mnie pogrążył gdyby nie
mój i ich zapał. A że wszyscy mieli rowery, no może prawie wszyscy, to
przekształcony został nasz wyjazd budowlano-wędrowny w rowerowy z elementem
służby. Zgody nie dostałem, bo są ludzie, którzy już nie wierzą na słowo.
Poszło o jeden ważny papier, który miałem, ale nie do końca fizycznie. Miałem
jego sygnaturę, datę wydania, ale zamiast przyjść do mnie do domu powędrował
jak się później okazało do Zako. Ale żeby nie było tak negatywnie ustaliłem
przed mym piątkowym wyjazdem, że gdy papier przedstawię zgodę dostanę. Tego się
też trzymałem podczas przesłuchań przed komisją śledczą wyjaśniającą mój
występek cztery miesiące później. Papier odebrałem w piątek, a w sobotę przekazałem
go członkowi by dostarczył go do biurokratycznego urzędnika. I ze spokojnym
sumieniem wyjechałem na wymarzone wakacje i o kwicie zapomniałem. Przypomniałem
i sobie, i mojemu nędznemu kurierowi w listopadzie, gdy sąd kapturowy zebrał
się i debatował czym mi łeb ściąć.
Zanim dopedałowałem do ośrodka miałem już zapalenie ścięgien stóp. Ból
okropny, zwłaszcza przy wysiłku rowerowym, więc zamiast biegać po dachu
oszczędzałem swe kopyta smarując obolałe miejsca maściami na przemian to
rozgrzewającymi, to chłodzącymi. Pomogło na tyle, że po trzech dniach mogłem
spokojnie pedałować w kierunku morza, naszego oczywiście. A jak już o
pedałowaniu nad morze mowa, to kilka lat wcześniej jeden taki obóz
zasponsorowałem - byłem mecenasem kultury łódzko-barcelońskiej. Chłopaki nieźle
to wykombinowały, pomysł też dobrze sprzedali marketingowo, a że można było
wykupić kilometry, to sobie kupiłem chyba z setkę. Dodatkowo obiecałem, że
załatwię im transport rowerów do domu. I załatwiłem. Zupełnie za darmo dla
nich, sprzęt po kilku dniach od ich wylotu był w Łodzi. Mnie to kosztowało trzy
klocki, ale czego się nie robi w ramach wspierania młodych ludzi. Chyba do dziś
nie wiedzą o tajemniczym sponsorze, ani nawet że ta usługa cokolwiek
kosztowała. Taka idea, ale też taka marka - jak obieca to załatwia choćby miało
to kosztować.
Nasz obóz jak to obóz, miał swoje wzloty i upadki. W zasadzie to raz pod
górkę, a raz z górki. Kompanija wspaniała, ludzie odpowiedzialni, weseli,
chcący zdobywać nowe doświadczenia. Nie obyło się bez zwiedzania Malborka, a i
Gdańsk chłopaki zwiedzili ... z tramwaju linii pięć (jak dobrze pamiętam). Do centrum mieli dwa
lub trzy przystanki, ale jakimś cudem dojechali do stoczni remontowej? albo
jeszcze dalej. I wrócili bo się czas skończył. Byliśmy w kinie, i w kinie
letnim - polecam dokument (chyba) "Śmieciarze", i na plaży w Sopocie,
i na wieży obserwacyjnej. Nawet do kościoła się przeszliśmy, choć nie wszystkim
było po drodze. Były też osłabnięcia, wysokie temperatury i dziwny wirus przez
który większość z nas przeszła, jedni lepiej, a inni gorzej go znosząc.
Tenże wirus zakończył również nasz obóz. Przedwcześnie go zakończył. Jeden
z nas przez dwa dni gorączkował w Ryńsku. Po wizycie u lekarza i w związku z
brakiem zadowalającej poprawy postanowiłem, że po niego przyjedzie samochód
wsparcia technicznego i zabierze go do obozu, a my na pusto (bagaż poślemy
również samochodem) popedałujemy pod Tomaszów Mazowiecki. Tak też się stało.
Przez Włocławek i Płock pojechaliśmy za kolegą, zgodnie ze staropolskim
powiedzeniem 'jeden za wszystkich, wszyscy za jednego'.
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności gdy coś się działo znajdowała się od razu
pomoc. Gdy w Ryńsku potrzebowaliśmy lekarza, akurat tego dnia pani doktor
przyjmowała. Gdy potrzebowaliśmy szycia kolana (skończyło się na stripach)
również w Ryńsku pomógł nam rybak odworząc na chirurgię do szpitala kilkanaście
km dalej. A gdy w Grudziądzu potrzebowaliśmy serwisu rowerowego z fachowcem, bo
rower prawdziwy, a nie chińska imitacja górala, zatrzymaliśmy się na postój
przy serwisie bynajmniej nie wyłącznie rowerów górskich. W końcu jestem w
czepku urodzony.
Powtórzę raz jeszcze - obóz wyjątkowy, bo ludzie wspaniali. Dziękuję mojej
kompaniji: Kamilowi, Maćkowi, Grześkowi, Adamowi, Patrykowi i Wiszowi. Dziękuję
panu Andrzejowi, tajemniczemu wujkowi z Podlasia (Jacek mu chyba było), całej
rzeszy bezimiennych, którzy nas wspierali, choć nie musieli i myśleli o nas
dobrze, choć po staropolsku mogli źle. No i skromnie podziękuję sobie, za siłę
by pchać ten wózek na siłę, wiarę we własne przekonania i umiejętność
szczepienia idei, choć okazała się ona krótkowzroczna.
A wracając do platformy to dupy nie urywa, ale są ciastka, cola i prawdziwa
kawa.
27
sierpnia 2015