W życiu już tak jest, że gdy powiesz A to musisz też powiedzieć B, C i czasami nawet D. Większość ludzi zatrzymuje się gdzieś pomiędzy A i B. Za dużo myślą o A i zapominają o B. Są też tacy mówiący B, ale zupełnie pomijając A. Ja w tej literowej układance jestem już w punkcie B, i wiem że to jeszcze nie jest koniec.
Rozmowy z moimi kolumbijskimi przyjaciółmi schodzą ostatnio na temat polityki. I choć w korporacji nauczono mnie by o polityce i pogodzie nie rozmawiać, ciężko odmówić przyjacielowi. Podejrzewam, że ponad 99 procent z was nie wie, że w Kolumbii w ostatnią niedzielę odbyła się druga tura wyborów prezydenckich. Wśród młodych ludzi, którzy po raz pierwszy mieli okazję oddać swój głos było to wydarzenie bez precedensu. Niestety młodzi postawili na "złego" konia i są dość mocno poturbowani po porażce. Wygrał facet o poglądach prawicowych, popierany przez obecnie panujacego prezydenta. Przegrał kandydat lewicowy. Oczywiście każdy z nich w programie miał modernizację Kolumbii i robienie wszystkim znajomym dobrze, a nawet lepiej. Jednak moje obawy nie są związane z korupcją, a z pokojem.
Dwa lata temu zakończyła się formalnie trwajaca 50 lat!!! wojna domowa. Wojna pomiędzy ludową partyzantką, a siłami rządowymi. Wojna, która doprowadziła do śmierci ponad 200.000 niewinnych osób. Wojna, która zjadała kraj jak rak. Zakończyła się po procesie negocjacyjnym trwającym 30 lat. Mieszkańcy odetchnęli z ulgą, stało się bezpieczniej, bardziej przewidywalnie, ludzie wreszcie przestali żyć w ciągłym niepokoju. Można było myśleć o rozwoju turystyki i własnym biznesie.
Oboje kandydaci chcieli zmienić układ pokojowy. Co oczywiste prawicowemu radykałowi ten układ nie podobał się bardziej, bo przywódcy lewicowej rewolucyjnej partyzantki nie zostali osądzeni i przyznano im 10 miejsc w parlamencie (partyzantka utwrzyła partię polityczną). Zapowiadanych zmian jest oczywiście więcej, są obietnice gospodarcze i socjalne. Jest lepsze jutro i rozliczanie kryminalistów. Polityka na całym świecie opatra jest o ten sam skład kiełbasy wyborczej. Najpierw nałapać baranów, a później po wyborach przemielić ich z papierem toalerowym i zrobić parówki. Tylko że ...
W moich rozmowach pocieszam ich mówiąc, że to co złe to już minęło. Teraz mają lata świetlanej przyszłości, wzrostu gospodarczego, dobrej pracy i lepszych zarobków. Paniką i załamaniem nic nie zmienią. Mogą, a nawet muszą, zmobilizować społeczeństwo, by za 4 lata do urn poszło 80 procent uprawnionych, a nie 40 jak to miało miejsce 17 czerwca. Muszą pracować i budować pozycję swojego kraju niezależnie od tego która partia kradnie. A ostatnim moim argumentem są wybory w Polsce w 1995 roku.
Dla mniej zorientowanych Wałęsa przegrywa w drugiej turze z Kwaśniewskim. Młodzi panikują. Wysyłane są listy do Sądu Najwyższego o nieuznanie demokratycznego wyboru (tak na marginesie dużo moich znajomych, plujących aktualnie na prezydenta Wałęsę w 1995 roku zaciekle go broniła). I co się stało? Kwaśniewski w mojej opinii okazał się bardzo dobrym i sprawnym politykiem. Zapowiadany przez prawicowych radykałów komunizm nie wrócił. Za to wstąpiliśmy do NATO i UE, zdobywaliśmy sojuszników, przyjaciół, Polska rosła i stawała się prężną gospodarką.
Ja również wierzę w swoje słowa. Kolumbia nie może zejść ze ścieżki pokoju. Ten proces musi trwać niezależnie od wyników wyborów. Tylko czy moja wiara wystarczy?
Puenta jest prosta. Poczekajcie. Po owocach go poznacie. Nie zawsze "nie mój" kandydat jest zły*
* nie dotyczy krainy nad Wisłą