niedziela, 3 kwietnia 2016

Harcerski hipokrytyzm

Jakieś 20 lat temu jeden z moich profesorów powiedział, że w życiu nienawidzi głupoty i kłamstwa. Będąc uczniem nie do końca rozumiałem o co mu chodzi, zresztą specjalnie nie uważałem, że te słowa dotyczą mnie. Ani się nie uważałem za głupka, ani tym bardziej za kłamcę. A moje szkolne otoczenie - cóż, każdy ma swoje sumienie, swoją mądrość, a zwłaszcza moralność i nie mnie oceniać. Zresztą kogo jak kogo, ale kolegów i koleżanki ze szkolnych ław lubiłem. Życie jednak jest bardzo przewrotne, a pamięć wyjątkowo wybiórcza. Nie jestem w stanie zarecytować żadnego wiersza uczonego na pamięć w szkole, mam duże braki historyczne, nie znam prawa Ohma, a zasad falowanie nie zrozumiałem do dziś. Jestem za to dobry z chemii i matematyki, i tu również posłużę się cytatem z życia: umiesz liczyć licz na siebie. Jednak to właśnie w pamięci zachowane są również pewne mechanizmy dające możliwość oceniania innych, również pod kątem ich prawdomówności oraz mądrości.

Biblijne kto bez winy niech pierwszy rzuci kamień zupełnie do mnie nie pasuje. Nie dlatego, że nie potrafię rzucać kamieniami. Jestem z Huty, w okresie mojego dzieciństwa po osiedlu jeździły BWP, a torowisko tramwajowe było granicą dwóch zwaśnionych osiedli zamieszkiwanych przez rzesze młodych ludzi. W takich czasach trudno nie umieć rzucać i do tego szybko biegać. Nie chwaląc się w podstawówce brałem udział w zawodach sprinterskich reprezentując moją szkołę, ale nie było okazji by te umiejętności wykorzystywać na co dzień - brat, jego koledzy i moje nazwisko wystarczały. Nie rzucam kamieniami, bo żyję w świecie zbudowanym na silnej podstawie moralnej. Być może to myślenie iluzoryczne, ale w tym świecie ci źli sami odchodzą bez konieczności wyciągania na światło dzienne ich sprawunków. No tak, racja ... fejsbuk.

Kiedyś, gdy byłem jeszcze młodym i nieupierzonym harcerzykiem, mój drużynowy Witek wpoił mi jedną prostą zasadę. Harcerzem jest się przez całe życie. No tak, ale życie życiem, a harcerstwo harcerstwem, ktoś powie, dużo innych pomyśli, a część nawet się pokusi i zrobi. I robią dokładnie w ten sposób. Są harcerzami przez 2 godziny w tygodniu, 8 godzin w miesiącu, podczas wakacji przez kilka tygodni i tydzień na ferie zimowe. Nie żyjemy jako harcerze w zamkniętym świecie, więc nie ma się co oszukiwać, że występuje tu alkohol, tytoń, a nawet pewnie i inne używki, w szarych i zielonych szeregach są wierzący, wierzący na niby i niewierzący każdego z wyznań, a jak nas najdzie chcica to potrafimy rozładować również napięcie seksualne, czasem strzelając gola koleżance, a innym razem niekoniecznie. Mówienie, że głęboko wierzę, iż takich osób w harcerstwie nie ma to czysta obłuda i okłamywanie samego siebie. Skoro mieszkają ze mną na klatce, w bloku, podróżują ze mną tramwajem i pracują biurko obok mnie, to dlaczego ma ich nie być w zastępach, drużynach, hufcach, komendach itd. Przecież harcerze to tacy sami ludzie jak reszta. Różnią się tylko tym, że są bardziej sfiksowani na jakiś temat, potrafią posługiwać się mapą, znają morsa i udają się za kogoś lepszego.

Skoro cały świat jest pełen hipokryzji, to dlaczego ma jej nie być w harcerstwie? Kiedyś osoba, którą uważałem za przyjaciela udowodniła mi swoimi czynami, że obłuda w wykonaniu instruktora, któremu zaufała większość jest jeszcze bardziej dosadna. Stając się liderem grupy stał się nagle strażnikiem moralności. Zaglądanie kto z kim sypia na obozach, wyciąganie z tego powodu konsekwencji służbowych łącznie ze straszeniem o usunięciu, wyszukiwanie pijaństwa stało się pewną obsesją. Rozmowa zastąpiona była groźbą, a zdrowy rozsądek przesłonięty był ideologiczną wizją zbawienia świata. Można się zapytać co w tym dziwnego. W końcu mowa o organizacji wychowawczej, opartej na ideałach, głęboko zakorzenionej w Kościele katolickim. I tu powrócę do słowa hipokryzja, albo lepiej do jego zdefiniowania: fałszywość, dwulicowość, obłuda. Zachowanie lub sposób myślenia i działania charakteryzujący się niespójnością stosowanych zasad moralnych. Udawanie serdeczności, szlachetności, religijności, zazwyczaj po to, by wprowadzić kogoś w błąd co do swych rzeczywistych intencji i czerpać z tego własne korzyści.

Pozwólcie, że nie będę wchodził głębiej w temat. Każdy myślący potrafi wyciągnąć wnioski, ale tak trochę podpowiadając powiem: karanie naganą instruktora za spanie na obozie w jednym namiocie ze swoją narzeczoną jednocześnie sypiając ze swoją w jednym łóżku przez kilkanaście miesięcy przed ślubem, karanie usunięciem instruktorów za spożywanie alkoholu w sytuacji, gdy ten alkohol piło się razem z nimi, piętnowanie rozwodników w sytuacji, gdy życie układa swój scenariusz każdemu małżeństwu. Nie ma podwójnych standardów moralnych w harcerstwie. Przestańmy udawać, że jesteśmy święci.

No dobra. Trochę mnie poniosło z tą świętością. Nikt po złożeniu Przyrzeczenia nie staje się świętym. Staje się dopiero harcerzem z wyznaczoną drogą do celu. Czy ta droga zaprowadzi do świętości jak Frelichowskiego, czy na manowce, to tego nikt nie wie. Jednak podążanie tą drogą nie jest jednoznaczne z zakazem skrętu w lewo, w prawo, zatrzymaniem się na siku, podziwianiem widoków. Wręcz przeciwnie. Jako harcerz, instruktor, wychowawca mam pełne prawo do własnego myślenia, podejmowania decyzji, brania odpowiedzialności, eksperymentowania, poszukiwania szybszej, może lepszej drogi. Mam również prawo wyjść poza obrys tej drogi wytyczonej, cholernie szerokiej, ale jednak z ograniczeniami. Mam prawo iść na piwko, zapalić papierosa, pokochać się, przekroczyć prędkość, nie zapłacić podatku, zwyzywać ministra, spojrzeć jednoznacznie na piersi sprzedawczyni w sklepie, podeptać trawę, usunąć ciążę, wyciąć drzewa, zapalić dżointa, złamać nogę, zastrzelić wroga, skoczyć ze spadochronem, krytykować innych. Ale każdorazowe skorzystanie z tych dóbr to jednocześnie powrót na początek drogi. Pewien reset. Upadłem, pogrążyłem swoje morale w gównie, ktoś podał mi rękę (nie udawajmy, że harcerz sam wstanie), pomógł się obmyć i zapieprzamy dalej drogę. Tak jak w Kościele by przyjąć Ciało Chrystusa muszę mieć pełne rozgrzeszenie, tak samo w harcerstwie by po upadku iść dalej trzeba mieć czyste sumienie, chęć poprawy, a przede wszystkim chęć naprawy wyrządzonego zła. Bez zwyczajnego pojednania z innymi, bez słowa przepraszam, bez odrobiny zadumy nad swoim postępowaniem nie ma mowy o powrocie na szeroką drogę prowadzącą do szczytu ideałów.

Może ktoś się będzie zżymać, że czasami jestem wybuchowy na fejsie - tak, jestem i mogę tylko przeprosić, jeżeli ktoś się poczuwa urażony. Jednak gdy słucham lub czytam, że osoba o podwójnej moralności, największy hipokryta jakiego znam, osoba, która była w stanie spieprzyć swoje życie, chce kandydować do rady stojącej na straży moralnych zasad w organizacji ideowo-wychowawczej to mnie krew zalewa. Człowiek znikąd, jak sam o sobie mówi mający wiele za uszami, najpierw powinien pokazać, że jest dobrym instruktorem, który powrócił na jedyną słuszną ścieżkę, a dopiero później walczyć o prawo do wyznaczania jej przebiegu. Nie ma innej możliwości i choć nie jestem mściwy, ale pamiętliwy, jak mawiał inny mój kolega, to potrafię za magiczne słowo nawet zapomnieć zło jakie ktoś wyrządził.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz