Dawno tu nie zaglądałem, a wiele się zmieniło
w moim życiu przez te trzy lata. Najważniejsze, to to, iż jestem o trzy
lata mądrzejszy. Może to niewiele, może nie jest to
mądrość
oczekiwana przez wszystkich znajomych, ale zapewniam, że jestem coraz
bardziej dorosły. W tym roku, a dokładniej 16 lipca obchodziłem
swoją małą rocznicę, wręcz jubileusz. Dwadzieścia
lat temu, podczas obozu w Ulinii k/Łeby, osiągnąłem wiek dający pełne
prawa obywatelskie. W jednej chwili stałem się i pełnoletni, i w pełni
odpowiedzialny za swoje czyny. Przestałem być dzieckiem i zacząłem być
dorosłym. Za te minione dwadzieścia lat, za moje trzydzieści
osiem, za tych wszystkich ludzi spotkanych na drodze, za te wspaniałe
chwile spędzone z nimi oraz te w samotności, za życzenia, dobre rady, uśmiech,
a czasami zwykłe podanie dłoni – Bogu dziękuję. A Wam radioczytacze życzę
samych dobrych chwil ze mną.
Niektórzy powiedzą, że
mi ‘odjebało na starość’, ale w swej radosnej twórczości
i pomysłowości wiatry przywiały mnie do Afryki.
Na pytanie co tu robię, odpowiem krótko –
pilnuję piasku na pustyni. Dla mnie ważne jest coś innego – nie nudzę się. Zacznę od początku.
Nasz lot (nasz, bo jest nas tu trzech) przebiegał
bez większych przygód. W niedzielę co prawda
kiblowałem na Okęciu 5 godzin, ale było
to bardziej spowodowane moim „żydowskim” oszczędzaniem, niż błędem
linii lotniczej – dostałem się bezpośrednio z Krakowa na lotnisko za 12 zł.
Żal
nie skorzystać. Warto dodać, że za bilet MPK w Krakowie - by dojechać
na autokar - zapłaciłem 3,80!! Odlot o 10:50, z Damianem umówiłem
się na 8, Maciek dołączył do nas o 9, siedzimy, gadamy, poznajemy
się, bo to w końcu po raz pierwszy się
widzimy – ot takie wakacje w ciemno. Odprawa przebiegała
bez większych problemów – prawie by nas nie wpuścili,
bo brakowało nam jednego dokumentu, ale miła pani z Qatar Ariways po 30 minutach tłumaczenia
powiedziała magiczne „proszę tu podpisać oświadczenie
(możliwe, że oddałem im nerkę, bo po arabsku było
napisane) i biegiem na kontrolę bezpieczeństwa”. Reszta bez dużych emocji –
pasek ze spodni, portfele ze spodni, komórka ze spodni, buty z nóg.
Nie piszczałem to mnie puścili. Samolot pełny. Zasiadamy,
każdy w swoim koncie. Leci z nami jeden z popularniejszych
polskich kucharzy z rodziną. Jest super, picia pod dostatkiem –
na żądanie, dają jeść – ciepły posiłek, kawa, ciasto czekoladowe, woda,
cola, wino, piwo, łiski, no czego dupa zapragnie. Pięć
i pół godziny zaleciało szybko i wysiadka w Doha –
jedno z nowszych lotnisk świata, oddane bodajże
w 2013 roku. My w tranzycie, więc szybka kontrola bezpieczeństwa
i trochę dłuższe oczekiwanie na lot. Jest już
prawie 18, a kolejny lot mamy o 3:55 (sic!). Na kawę nigdy nie
jest za późno, zatem zasiadamy. Wcześniej kupujemy oczywiście.
Maciuś się przygotował. Zakupił
dewizy: 50 usd i 50 euro. Teraz zaczyna żałować, bo na ch..a to euro brał
do Arabów? No ale żeby nie było – lotnisko międzynarodowe,
to i eurasy przyjmują w kasie. Za kawę latte
bagatela 7 usd (siedem dolców!!!). To musi być dobra kawa?
No nie – przeciętna. Ale przy jej zakupie wyszedłem
jak Zabłocki na mydle. Jak wspomniałem kawa kosztuje 7 usd, a ja chcę
się pozbyć euro. Zatem daję pani kasjerce
10 eur z nadzieją, że zapłacę mniej (euro lepiej stoi od usd). Zapłaciłem
7 eur, ale na szczęście pani miła wydała
mi resztę w dolarach – 3 usd. Po przeliczeniu moja kawa
kosztowała ponad 30 zł, zamiast 26. Te 4 złote
robią różnicę J, ale z Arabami nie
wygrasz.
10 godzin szybko zleciało – zrobiłem standardowo 10.000 kroków,
przeszedłem ponad 8 km po terminalu, wnerwiałem ochronę
siadając na barierkach, szwendałem się po sklepach, kupiłem
1,5l wody mineralnej za 3,11 usd, próbowałem zasnąć choć na chwilę, poszukiwałem kontaktu z
prądem do podładowania akumulatorów
–
dwa ostatnie działania bez pozytywnego zakończenia. A gdy przyszła
1:30 moi kompani przenieśli się na terminal, gdzie spędziliśmy
kolejne 3 godziny oglądając CNN bez dźwięku
w jednym telewizorze i słuchając dźwięku z lokalnej tv dobiegającego
z drugiego telewizora. Ale nadszedł czas pakowania do samolotu. Co mnie
zdziwiło, to brak kontroli bezpieczeństwa, no i zamiast rękawem
podwiozą nad autobusem. Na terminalu zimno, zastanawiam się
nad włożeniem koszuli, w przejściu
do autobusu jeszcze zimniej, ale jak wyszedłem na płytę lotniska – nie było czym oddychać. Powietrze
stoi, dech zapiera, leje się ze mnie momentalnie. Współczuję
osobom przebywającym poza miejscami klimatyzowanymi.
Lecimy takim samym modelem jak poprzednio - A320, tylko mam
wrażenie, że to chyba prototyp. Niby te same linie,
niby taki sam samolot, niby ta sama klasa, a ma się wrażenie,
że
jednak coś zmienili. Brak monitorów w siedzeniach – są
na górze, jeden na 12 pasażerów, brak gniazda usb, troszkę
inne, by nie powiedzieć 'gorsze' fotele. Może
fakt, że lecimy do Nairobi powoduje, że komfort jest mniej wymagany. No dobra –
lecimy, zapinamy pasy, uczymy się jak bezpiecznie opuszczać
samolot gdyby pilot postanowił wylądować w innym miejscu niż
lotnisko, zapoznajemy się z żółtymi maseczkami tlenowymi, dowiadujemy
się, że ‘exit’ to wyjście bezpieczeństwa, a nie
wejście do toalety. Te, podobnie jak poprzednio, w naszej klasie są
AŻ
2 i znajdują się na końcu wagonu. Piszę, aż,
gdyż w tym pociągu leci koło 120 pasażerów i w locie do Doha po drugiej godzinie
lotu ustawiła się do kibla kolejka sięgająca
połowy samolotu. Ja nawet nie próbowałem. Skorzystałem za to
podczas tego lotu, na wszelki wypadek zanim podali żarcie i
napitki. Dupy nie urywa, ale miejsca sporo. Faktycznie można
w dwie osoby korzystać i używać (sobie). No więc lot
przebiegał bez zakłóceń – po posiłku zasnąłem. Budziłem się tylko jak podawali coś
do picia, a i to pewnie nie zawsze. Obudziło mnie przygotowanie do lądowania,
ale jak tu lądować skoro wszędzie chmury? A gdzie góry?
Gdzie te stepy akermańskie, sawanna, pustynia, piasek, busz, żyrafy,
wielbłądy, lwy, gdzie ten spalony słońcem ląd? No dupa – miało
być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.
Nasz pilot to jednak ma nosa. Znalazł pas startowy,
a w zasadzie to pas lądowy. Z góry to ten porcik Trzeciego Świata
nie przypomina. Raczej dałbym mu piątkę? Może nawet szóstkę? Tak, to musi być szósty
świat.
Ale chwila – w Kenii podobno ludzkość powstała, to tu pierwsze małpy
zeszły z drzew by zasiedlić później Europę. I co teraz
taki port tu mają? Wysiadamy, schody podstawili, autobus podstawili, odbieramy
bagaże – chwila niepewności: Damiana
jest – szczęśliwy chłop, mój … JEST, a Maciek czeka, czeka, czeka, głupie
myśli, bo chłop się spakował na 4 miesiące, kupił
nową torbę specjalnie na wyjazd, a bagażu
nie ma. Czeka dalej i proszę państwa jest! Bagaże są
- to idziemy. A tam kontrola imigracyjna. Wizy chcą. W zasadzie
to de-wizy, bo ta przyjemność 20 usd kosztuje. Tylko, że
miał to załatwić nasz kochany agent, ino nie załatwił!
No to sobie porozmawiamy z nim w Mombasa.
3 godziny czekania w porcie szóstego świata. A nie, sorki, cztery godziny, bo
nasz lot połączyli z innym i zamiast planowo o 13, polecimy o 14. Idziemy
na terminal drugi. Biała hala namiotowa. Przechodzimy kontrolę
–
wszystko z kieszeni, torby do prześwietlenia, moja oczywiście
3 razy musi być skanowana, po czym wszystko z niej muszę
wywalić bo pani coś świeci lub się prześwietlić
nie chce. Ale spoko – mamy czas. Siedzimy, czekamy, czekamy i
siedzimy. Jest kibelek – czysto. Są umywalki, to umyliśmy
się, przebrali koszulki. Siedzimy i czekamy. Tłumów
nie ma, terminal lokalny, ale lepiej wygląda od ‘hali przylotów’
międzynarodowych. Posadzka żywiczna, około 20 stanowisk
do odpraw bagażowych, przestronnie, czysto, cicho. Brakuje automatów
z napojami lub bufetu, nie wspominając o restauracji, kawiarni i sklepie.
Godzina do odlotu, więc idziemy na inną część
hali. Oczywiście kontrola bezpieczeństwa – wszystko z kieszeni i prześwietlamy
(resztę znacie, bo sytuacja się powtarza; tylko na Okęciu
przy trzecim prześwietleniu oficer do oficerki stwierdził że
„to
karabinki – puść go”). Na hali odlotów są
dwa punkty usługowe. Pierwszy sprzedaje lokalne karty telefoniczne. Drugi to
terminalowa knajpa – dostaniesz wszystko, czego sobie zażyczysz.
Chłopaki życzą sobie piwo i red-bulla. Ja wybieram na ochłodę
ice cafe latte. Części składowe: kostki lodu, espresso, mleko, słomka.
No cóż. Jak już kupiłem „koledzy” mówią, że by się tego nie odważyli pić,
bo nie wiadomo skąd ten lód, znaczy z jakiej wody. No super –
dzięki za radę. Lepiej późno niż wcale, ale wylewać
nie zamierzam. Psychicznie i tak jestem przygotowany na komplikacje żołądkowe.
Wypijam ¾, resztę utylizuję, idziemy do autobusu, czas na lot.
Samolot CRJ … hmmm … no brakowało tylko kur i
koguta. A te stiułardesy … wyedukowane pięknie, widać,
że
z pasją podchodzą do pracy, ale też widać
lata służby i wylatane mile. Ale z drugiej
strony, ani one stare, ani brzydkie. Podobnie jak poprzednio mieszanka światowa,
z tym, że tu są tylko trzy, a w poprzednich lotach było
ich koło siedmiu. Zapinamy pasy, instruktarz bezpieczeństwa
–
tym razem pokazywany on line (poprzednio wyświetlali filmy), kołujemy
i lecimy. Krótki lot, niespełna 40 minut w powietrzu, ledwo pilot
pozwolił rozpiąć pasy, a stiułardesy zaczęły
rozdawać napoje i herbatniki. Siedzę w rzędzie 11, za mną jest jeszcze
jeden. W każdym po cztery fotele. Obsługa jednego rzędu zajmuje koło
3 minut. Pytanie – zdąży? nie zdąży? Zdążyła oczywiście – lata praktyki. Do picia woda (0,5 l),
fanta i sprite (w kubeczkach po około 125 ml). Biere wodę
–
w Afryce to cenna zdobycz, zapakowana oryginalnie, może się
jeszcze przydać. Znowu chmury, pełno chmurów. Podchodząc do lądowania
zeszliśmy poniżej i mym oczom ukazał
się inny świat. Mokro, rzeki wystąpiły
z koryt, zerwane mosty. No co jest kurna – gdzie ta Afryka? Gdzie mnie wywieźli
lub może lepiej wylecieli? Nasz samolot – wiekowo
pewnie mój rówieśnik – z gracją osiadł na płycie pasa, bardzo szybko zahamował
(droga kołowania zaczyna się w połowie tegoż pasa) i skierował swe oblicze
ku … nazwijmy „to” portowi. Ludzie wstali z miejsc,
pobrali bagaże podręczne, wstałem i ja, i stoimy. Stoimy, stoimy, nic
się nie dzieje, stoimy, ruszyło, ale znowu korek. Ki pieron? O co
chodzi? Już jestem przy wyjściu i się wyjaśniło. Ulewa. Takiego deszczu dawno nie
widziałem. Ściana wody. A kolejka czeka na …
parasolki. Piękne, pomarańczowe, po jednej na dwóch
pasażerów. Niestety do oddania przy porcie.
Zanim przeszliśmy pół drogi przestało padać.
Na lotnisku odbieramy bagaż i tak jak ze stacji kolejowej, bez
kontroli wychodzimy na świeże powietrze. A to wyjątkowo
ma koło 24 stopni, jest wilgotno, ale nie aż tak jak myślałem,
i gdyby nie ci dziwni ludzie czułbym się jak … a nie, wcale nie jak w domu, wręcz
jak w Afryce. A ludzie nie są dziwni. To my jesteśmy
dziwni. Przed portem grupa miejscowych skautów czeka na swój samolot.
Pewnie lecą na zimowisko, bo po tej stronie równika zima.
Poza skautami są jeszcze taksówkarze i taktakerzy. Ci wyłapują
każdego, kto wychodzi i jak baby w Zakopanem –
odpowiesz jednemu, że nie chcesz, to za 2 metry inny zapyta
o to samo. I tak w kółko.
Tu ma na nas czekać agent, który zawiezie nas do miejsca docelowego.
Tylko, że nie czeka. Dogadujemy się z taksówkarzem, gdy nagle nadciąga
gość z kartką, a na niej nasze nazwiska. Przerywamy
negocjacje i idziemy z gościem. Razem z nami idzie dwóch
innych – obstawa? Jeden z nich pcha wózek z jedną torbą. Ja swój plecak mam na plecach, a Maciek ma
torbę z kółkami, więc sam sobie ciągnie. Pakujemy
rzeczy do samochodu, a panowie z obstawy wystawiają rączki,
bo im się należy „za pracę”. Dostali zjebę od taksiarza,
drzwi zamknęli i jedziemy. Pan kierowca nie wie gdzie, więc
dzwoni. Wiezie nas przez miasto do agenta. Ten pokazuje się
na 2 minuty, daje nam papiery, zamienia parę słów w miejscowym języku i
odchodzi. Kierowca zawozi nas pod dom – nie wie dokładnie gdzie od
stoi, więc sam muszę szukać … i znajduję. Wysiadamy, idziemy, wartownik nas
puszcza do środka, wchodzimy na szóste piętro - biuro, tam spotykamy szefa załogi,
którą zmieniamy, razem idziemy do chłopaków,
wspólnie schodzimy na obiad, później przywitać się
z szefem naszego osiedla. Przydział mieszkaniowy dostajemy na piątym
piętrze. Nasz leader mieszka na czwartym. Posiłki
na pierwszym, tam również klubo-kawiarnia, coś
w stylu messy oficerskiej. Na minus pierwszym siłownia, basen i sauna (serio serio!!). Na
parterze pralnia. Miejsce pracy na szóstym. Cały obiekt klimatyzowany. Ciepła
i zimna woda w kranie, kibelki czyste, zasłony w oknach, 3 posiłki
dziennie (8 – śniadanie, 12 – obiad, 18 –
ciepła kolacja). Czego jeszcze człowiekowi potrzeba?
No tak – szybko się przekonuję czego. Po 30 godzinach podróży,
praktycznie bez spania, brudni i śmierdzący idziemy do pobliskiego baru razem z
nowymi kolegami. Miejscowe piwo Tusker im smakuje. Co chwila sięgają
po nową butelkę. Ja po 3 flaszkach coca-coli mam dość
- oszczędzam. A bractwo jak się podchmieliło zaczęło
podrywać kelnerkę. Wiocha jak się patrzy.
Czasami mi wstyd za kolegów. Nie przeczę –
była całkiem ładna, zgrabna, a do tego młoda.
Ale … hmmm … samcze rozumowanie im się
włączyło.
Dzień zakończył się koło 23. Szybki prysznic, budzenie na 7 i
nawet nie wiem kiedy usnąłem. Bogu dziękuję,
za opiekę podczas podróży. A że kontrakt brytyjski, to wypada dodać:
Boże chroń Królową.
No ale miało być o zmianach. To na koniec słów
kilka o nich. A są przynajmniej dwie poważne i zauważalne dla mnie. Dowiedziałem
się, że jak komuś za bardzo na czymś
zależy to źle. Pomimo iż biorę
poprawkę na to, że mógł być to żart, dało mi to stwierdzenie wiele do myślenia.
Bo skoro od prawie trzydziestu lat mi na czymś zależy, a od ponad siedmiu zależy
mi bardzo na pewnej idei, i od osób z którymi ta idea jest mocno związana
dowiaduję się że coś jest nie wporządku i pewnie
mam w tym interes, to sorry bardzo, ale przestaje mi zależeć
w jednej chwili. Nie szkoda mi tych siedmiu lat, nie żałuję
niczego co było związane z tą sprawą, nie żałuję kosztów jakie poniosłem, bo było
warto i dziękuję bardzo za dobre chwile. Ale karpe diem
... Druga zmiana dopiero nastąpi formalnie. Jeszcze dojrzewa. Mimo wszystko
dam szansę – sobie i im. Trzeba to solidnie przemyśleć,
podsumować, poszukać plusików, a i minusików się
pewnie kilka znajdzie, i podjąć decyzję ostateczną.
7 sierpnia 2015
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz