sobota, 12 września 2015

Przygoda

Dawno tu nie zaglądałem, a wiele się zmieniło w moim życiu przez te trzy lata. Najważniejsze, to to, iż jestem o trzy lata mądrzejszy. Może to niewiele, może nie jest to mądrość oczekiwana przez wszystkich znajomych, ale zapewniam, że jestem coraz bardziej dorosły. W tym roku, a dokładniej 16 lipca obchodziłem swoją małą rocznicę, wręcz jubileusz. Dwadzieścia lat temu, podczas obozu w Ulinii k/Łeby, osiągnąłem wiek dający pełne prawa obywatelskie. W jednej chwili stałem się i pełnoletni, i w pełni odpowiedzialny za swoje czyny. Przestałem być dzieckiem i zacząłem być dorosłym. Za te minione dwadzieścia lat, za moje trzydzieści osiem, za tych wszystkich ludzi spotkanych na drodze, za te wspaniałe chwile spędzone z nimi oraz te w samotności, za życzenia, dobre rady, uśmiech, a czasami zwykłe podanie dłoni – Bogu dziękuję. A Wam radioczytacze życzę samych dobrych chwil ze mną.

Niektórzy powiedzą, że mi odjebało na starość’, ale w swej radosnej twórczości i pomysłowości wiatry przywiały mnie do Afryki. Na pytanie co tu robię, odpowiem krótko pilnuję piasku na pustyni. Dla mnie ważne jest coś innego nie nudzę się. Zacznę od początku.

Nasz lot (nasz, bo jest nas tu trzech) przebiegał bez większych przygód. W niedzielę co prawda kiblowałem na Okęciu 5 godzin, ale było to bardziej spowodowane moim „żydowskim oszczędzaniem, niż błędem linii lotniczej dostałem się bezpośrednio z Krakowa na lotnisko za 12 zł. Żal nie skorzystać. Warto dodać, że za bilet MPK w Krakowie - by dojechać na autokar - zapłaciłem 3,80!! Odlot o 10:50, z Damianem umówiłem się na 8, Maciek dołączył do nas o 9, siedzimy, gadamy, poznajemy się, bo to w końcu po raz pierwszy się widzimy ot takie wakacje w ciemno. Odprawa przebiegała bez większych problemów prawie by nas nie wpuścili, bo brakowało nam jednego dokumentu, ale miła pani z Qatar Ariways po 30 minutach tłumaczenia powiedziała magiczne proszę tu podpisać oświadczenie (możliwe, że oddałem im nerkę, bo po arabsku było napisane) i biegiem na kontrolę bezpieczeństwa. Reszta bez dużych emocji pasek ze spodni, portfele ze spodni, komórka ze spodni, buty z nóg. Nie piszczałem to mnie puścili. Samolot pełny. Zasiadamy, każdy w swoim koncie. Leci z nami jeden z popularniejszych polskich kucharzy z rodziną. Jest super, picia pod dostatkiem na żądanie, dają jeść ciepły posiłek, kawa, ciasto czekoladowe, woda, cola, wino, piwo, łiski, no czego dupa zapragnie. Pięć i pół godziny zaleciało szybko i wysiadka w Doha jedno z nowszych lotnisk świata, oddane bodajże w 2013 roku. My w tranzycie, więc szybka kontrola bezpieczeństwa i trochę dłuższe oczekiwanie na lot. Jest już prawie 18, a kolejny lot mamy o 3:55 (sic!). Na kawę nigdy nie jest za późno, zatem zasiadamy. Wcześniej kupujemy oczywiście. Maciuś się przygotował. Zakupił dewizy: 50 usd i 50 euro. Teraz zaczyna żałować, bo na ch..a to euro brał do Arabów? No ale żeby nie było lotnisko międzynarodowe, to i eurasy przyjmują w kasie. Za kawę latte bagatela 7 usd (siedem dolców!!!). To musi być dobra kawa? No nie przeciętna. Ale przy jej zakupie wyszedłem jak Zabłocki na mydle. Jak wspomniałem kawa kosztuje 7 usd, a ja chcę się pozbyć euro. Zatem daję pani kasjerce 10 eur z nadzieją, że zapłacę mniej (euro lepiej stoi od usd). Zapłaciłem 7 eur, ale na szczęście pani miła wydała mi resztę w dolarach 3 usd. Po przeliczeniu moja kawa kosztowała ponad 30 zł, zamiast 26. Te 4 złote robią różnicę J, ale z Arabami nie wygrasz.

10 godzin szybko zleciało – zrobiłem standardowo 10.000 kroków, przeszedłem ponad 8 km po terminalu, wnerwiałem ochronę siadając na barierkach, szwendałem się po sklepach, kupiłem 1,5l wody mineralnej za 3,11 usd, próbowałem zasnąć choć na chwilę, poszukiwałem kontaktu z prądem do podładowania akumulatorów – dwa ostatnie działania bez pozytywnego zakończenia. A gdy przyszła 1:30 moi kompani przenieśli się na terminal, gdzie spędziliśmy kolejne 3 godziny oglądając CNN bez dźwięku w jednym telewizorze i słuchając dźwięku z lokalnej tv dobiegającego z drugiego telewizora. Ale nadszedł czas pakowania do samolotu. Co mnie zdziwiło, to brak kontroli bezpieczeństwa, no i zamiast rękawem podwiozą nad autobusem. Na terminalu zimno, zastanawiam się nad włożeniem koszuli, w przejściu do autobusu jeszcze zimniej, ale jak wyszedłem na płytę lotniska – nie było czym oddychać. Powietrze stoi, dech zapiera, leje się ze mnie momentalnie. Współczuję osobom przebywającym poza miejscami klimatyzowanymi.

Lecimy takim samym modelem jak poprzednio - A320, tylko mam wrażenie, że to chyba prototyp. Niby te same linie, niby taki sam samolot, niby ta sama klasa, a ma się wrażenie, że jednak coś zmienili. Brak monitorów w siedzeniach są na górze, jeden na 12 pasażerów, brak gniazda usb, troszkę inne, by nie powiedzieć 'gorsze' fotele. Może fakt, że lecimy do Nairobi powoduje, że komfort jest mniej wymagany. No dobra lecimy, zapinamy pasy, uczymy się jak bezpiecznie opuszczać samolot gdyby pilot postanowił wylądować w innym miejscu niż lotnisko, zapoznajemy się z żółtymi maseczkami tlenowymi, dowiadujemy się, że exit to wyjście bezpieczeństwa, a nie wejście do toalety. Te, podobnie jak poprzednio, w naszej klasie są AŻ 2 i znajdują się na końcu wagonu. Piszę, aż, gdyż w tym pociągu leci koło 120 pasażerów i w locie do Doha po drugiej godzinie lotu ustawiła się do kibla kolejka sięgająca połowy samolotu. Ja nawet nie próbowałem. Skorzystałem za to podczas tego lotu, na wszelki wypadek zanim podali żarcie i napitki. Dupy nie urywa, ale miejsca sporo. Faktycznie można w dwie osoby korzystać i używać (sobie). No więc lot przebiegał bez zakłóceń po posiłku zasnąłem. Budziłem się tylko jak podawali coś do picia, a i to pewnie nie zawsze. Obudziło mnie przygotowanie do lądowania, ale jak tu lądować skoro wszędzie chmury? A gdzie góry? Gdzie te stepy akermańskie, sawanna, pustynia, piasek, busz, żyrafy, wielbłądy, lwy, gdzie ten spalony słońcem ląd? No dupa miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle.

Nasz pilot to jednak ma nosa. Znalazł pas startowy, a w zasadzie to pas lądowy. Z góry to ten porcik Trzeciego Świata nie przypomina. Raczej dałbym mu piątkę? Może nawet szóstkę? Tak, to musi być szósty świat. Ale chwila w Kenii podobno ludzkość powstała, to tu pierwsze małpy zeszły z drzew by zasiedlić później Europę. I co teraz taki port tu mają? Wysiadamy, schody podstawili, autobus podstawili, odbieramy bagaże chwila niepewności: Damiana jest szczęśliwy chłop, mój JEST, a Maciek czeka, czeka, czeka, głupie myśli, bo chłop się spakował na 4 miesiące, kupił nową torbę specjalnie na wyjazd, a bagażu nie ma. Czeka dalej i proszę państwa jest! Bagaże są - to idziemy. A tam kontrola imigracyjna. Wizy chcą. W zasadzie to de-wizy, bo ta przyjemność 20 usd kosztuje. Tylko, że miał to załatwić nasz kochany agent, ino nie załatwił! No to sobie porozmawiamy z nim w Mombasa.

3 godziny czekania w porcie szóstego świata. A nie, sorki, cztery godziny, bo nasz lot połączyli z innym i zamiast planowo o 13, polecimy o 14. Idziemy na terminal drugi. Biała hala namiotowa. Przechodzimy kontrolę wszystko z kieszeni, torby do prześwietlenia, moja oczywiście 3 razy musi być skanowana, po czym wszystko z niej muszę wywalić bo pani coś świeci lub się prześwietlić nie chce. Ale spoko mamy czas. Siedzimy, czekamy, czekamy i siedzimy. Jest kibelek czysto. Są umywalki, to umyliśmy się, przebrali koszulki. Siedzimy i czekamy. Tłumów nie ma, terminal lokalny, ale lepiej wygląda od hali przylotów międzynarodowych. Posadzka żywiczna, około 20 stanowisk do odpraw bagażowych, przestronnie, czysto, cicho. Brakuje automatów z napojami lub bufetu, nie wspominając o restauracji, kawiarni i sklepie. Godzina do odlotu, więc idziemy na inną część hali. Oczywiście kontrola bezpieczeństwa wszystko z kieszeni i prześwietlamy (resztę znacie, bo sytuacja się powtarza; tylko na Okęciu przy trzecim prześwietleniu oficer do oficerki stwierdził że to karabinki puść go). Na hali odlotów są dwa punkty usługowe. Pierwszy sprzedaje lokalne karty telefoniczne. Drugi to terminalowa knajpa dostaniesz wszystko, czego sobie zażyczysz. Chłopaki życzą sobie piwo i red-bulla. Ja wybieram na ochłodę ice cafe latte. Części składowe: kostki lodu, espresso, mleko, słomka. No cóż. Jak już kupiłem koledzy mówią, że by się tego nie odważyli pić, bo nie wiadomo skąd ten lód, znaczy z jakiej wody. No super dzięki za radę. Lepiej późno niż wcale, ale wylewać nie zamierzam. Psychicznie i tak jestem przygotowany na komplikacje żołądkowe. Wypijam ¾, resztę utylizuję, idziemy do autobusu, czas na lot.

Samolot CRJ hmmm no brakowało tylko kur i koguta. A te stiułardesy wyedukowane pięknie, widać, że z pasją podchodzą do pracy, ale też widać lata służby i wylatane mile. Ale z drugiej strony, ani one stare, ani brzydkie. Podobnie jak poprzednio mieszanka światowa, z tym, że tu są tylko trzy, a w poprzednich lotach było ich koło siedmiu. Zapinamy pasy, instruktarz bezpieczeństwa tym razem pokazywany on line (poprzednio wyświetlali filmy), kołujemy i lecimy. Krótki lot, niespełna 40 minut w powietrzu, ledwo pilot pozwolił rozpiąć pasy, a stiułardesy zaczęły rozdawać napoje i herbatniki. Siedzę w rzędzie 11, za mną jest jeszcze jeden. W każdym po cztery fotele. Obsługa jednego rzędu zajmuje koło 3 minut. Pytanie zdąży? nie zdąży? Zdążyła oczywiście lata praktyki. Do picia woda (0,5 l), fanta i sprite (w kubeczkach po około 125 ml). Biere wodę w Afryce to cenna zdobycz, zapakowana oryginalnie, może się jeszcze przydać. Znowu chmury, pełno chmurów. Podchodząc do lądowania zeszliśmy poniżej i mym oczom ukazał się inny świat. Mokro, rzeki wystąpiły z koryt, zerwane mosty. No co jest kurna gdzie ta Afryka? Gdzie mnie wywieźli lub może lepiej wylecieli? Nasz samolot wiekowo pewnie mój rówieśnik z gracją osiadł na płycie pasa, bardzo szybko zahamował (droga kołowania zaczyna się w połowie tegoż pasa) i skierował swe oblicze ku nazwijmy to portowi. Ludzie wstali z miejsc, pobrali bagaże podręczne, wstałem i ja, i stoimy. Stoimy, stoimy, nic się nie dzieje, stoimy, ruszyło, ale znowu korek. Ki pieron? O co chodzi? Już jestem przy wyjściu i się wyjaśniło. Ulewa. Takiego deszczu dawno nie widziałem. Ściana wody. A kolejka czeka na parasolki. Piękne, pomarańczowe, po jednej na dwóch pasażerów. Niestety do oddania przy porcie. Zanim przeszliśmy pół drogi przestało padać. Na lotnisku odbieramy bagaż i tak jak ze stacji kolejowej, bez kontroli wychodzimy na świeże powietrze. A to wyjątkowo ma koło 24 stopni, jest wilgotno, ale nie aż tak jak myślałem, i gdyby nie ci dziwni ludzie czułbym się jak a nie, wcale nie jak w domu, wręcz jak w Afryce. A ludzie nie są dziwni. To my jesteśmy dziwni. Przed portem grupa miejscowych skautów czeka na swój samolot. Pewnie lecą na zimowisko, bo po tej stronie równika zima. Poza skautami są jeszcze taksówkarze i taktakerzy. Ci wyłapują każdego, kto wychodzi i jak baby w Zakopanem odpowiesz jednemu, że nie chcesz, to za 2 metry inny zapyta o to samo. I tak w kółko.

Tu ma na nas czekać agent, który zawiezie nas do miejsca docelowego. Tylko, że nie czeka. Dogadujemy się z taksówkarzem, gdy nagle nadciąga gość z kartką, a na niej nasze nazwiska. Przerywamy negocjacje i idziemy z gościem. Razem z nami idzie dwóch innych obstawa? Jeden z nich pcha wózek z jedną torbą. Ja swój plecak mam na plecach, a Maciek ma torbę z kółkami, więc sam sobie ciągnie. Pakujemy rzeczy do samochodu, a panowie z obstawy wystawiają rączki, bo im się należy za pracę”. Dostali zjebę od taksiarza, drzwi zamknęli i jedziemy. Pan kierowca nie wie gdzie, więc dzwoni. Wiezie nas przez miasto do agenta. Ten pokazuje się na 2 minuty, daje nam papiery, zamienia parę słów w miejscowym języku i odchodzi. Kierowca zawozi nas pod dom nie wie dokładnie gdzie od stoi, więc sam muszę szukać i znajduję. Wysiadamy, idziemy, wartownik nas puszcza do środka, wchodzimy na szóste piętro - biuro, tam spotykamy szefa załogi, którą zmieniamy, razem idziemy do chłopaków, wspólnie schodzimy na obiad, później przywitać się z szefem naszego osiedla. Przydział mieszkaniowy dostajemy na piątym piętrze. Nasz leader mieszka na czwartym. Posiłki na pierwszym, tam również klubo-kawiarnia, coś w stylu messy oficerskiej. Na minus pierwszym siłownia, basen i sauna (serio serio!!). Na parterze pralnia. Miejsce pracy na szóstym. Cały obiekt klimatyzowany. Ciepła i zimna woda w kranie, kibelki czyste, zasłony w oknach, 3 posiłki dziennie (8 śniadanie, 12 obiad, 18 ciepła kolacja). Czego jeszcze człowiekowi potrzeba?

No tak szybko się przekonuję czego. Po 30 godzinach podróży, praktycznie bez spania, brudni i śmierdzący idziemy do pobliskiego baru razem z nowymi kolegami. Miejscowe piwo Tusker im smakuje. Co chwila sięgają po nową butelkę. Ja po 3 flaszkach coca-coli mam dość - oszczędzam. A bractwo jak się podchmieliło zaczęło podrywać kelnerkę. Wiocha jak się patrzy. Czasami mi wstyd za kolegów. Nie przeczę była całkiem ładna, zgrabna, a do tego młoda. Ale hmmm samcze rozumowanie im się włączyło.

Dzień zakończył się koło 23. Szybki prysznic, budzenie na 7 i nawet nie wiem kiedy usnąłem. Bogu dziękuję, za opiekę podczas podróży. A że kontrakt brytyjski, to wypada dodać: Boże chroń Królową.

No ale miało być o zmianach. To na koniec słów kilka o nich. A są przynajmniej dwie poważne i zauważalne dla mnie. Dowiedziałem się, że jak komuś za bardzo na czymś zależy to źle. Pomimo iż biorę poprawkę na to, że mógł być to żart, dało mi to stwierdzenie wiele do myślenia. Bo skoro od prawie trzydziestu lat mi na czymś zależy, a od ponad siedmiu zależy mi bardzo na pewnej idei, i od osób z którymi ta idea jest mocno związana dowiaduję się że coś jest nie wporządku i pewnie mam w tym interes, to sorry bardzo, ale przestaje mi zależeć w jednej chwili. Nie szkoda mi tych siedmiu lat, nie żałuję niczego co było związane z tą sprawą, nie żałuję kosztów jakie poniosłem, bo było warto i dziękuję bardzo za dobre chwile. Ale karpe diem ... Druga zmiana dopiero nastąpi formalnie. Jeszcze dojrzewa. Mimo wszystko dam szansę sobie i im. Trzeba to solidnie przemyśleć, podsumować, poszukać plusików, a i minusików się pewnie kilka znajdzie, i podjąć decyzję ostateczną.


7 sierpnia 2015

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz