(mój komentarz muzyczny: http://youtu.be/Rs1ILU1CHSo)
W życiu każdego
człowieka prędzej czy później zmienia się wszystko, wiele lub niewiele. Jedni
mają więcej szczęścia i zmieniają sobie drogę na lepszą. Szczęściarze mający
zawsze z górki, codziennie słońce, super przyjaciół, kumpli i Bóg jeden wie co
jeszcze. Ci mniej szczęśliwi nie mają nic. Czasami mają mniej nić mieli
wcześniej, a czasami są już na takim dnie, że niżej już upaść nie można. W
zasadzie to ci ostatni też mają szczęście. Mogą w końcu pielęgnować każdy przeżyty
dzień. Aż do śmierci …
A śmierć przychodzi
szybko, niespodziewanie, przeważnie w najlepszym okresie życia. Jestem fanem
serialu Dr House. Nie ukrywam, że od tygodni smucę się końcem serii. Jeszcze
bardziej mi się smutno robi, gdy oglądam ostatnie odcinki. Dziś na przykład
oglądając odcinek 21. ósmego sezonu popłakałem się ze trzy razy – tym razem nie
ze śmiechu. Wystarczyło, że w wyniku zmęczenia zobaczyłem siebie w postaci dr
Wilsona. Fanom serialu nie muszę omawiać tego bohatera, a tym co nie widzieli
ani jednego odcinka to wyjaśniał nie będę. Szkoda mi życia na bajery. Jedna z
takich sytuacji (ze łzami w oczach) to moment, gdy na szpitalnej stołówce nagle
pojawiają się osoby, którym Wilson uratował życie. Wymiękłem widząc siebie
oddającego swój ukochany hufiec. Takie mało zrozumiałe porównanie, ale to nie ty masz
rozumieć drogi pikaczu. Pracowałem z nimi cztery lata ponosząc porażki, ale też
życiowe triumfy, jakich nie miałbym okazji nigdy w życiu osiągnąć z innymi
osobnikami. W bardzo prosty sposób stworzyłem grupę nie do pokonania, bardzo
mocną, a przy tym niezwykle sympatyczną. Stawałem w obronie, zwłaszcza jak
próbowano zlikwidować i moją pracę, i wysiłek młodych ludzi. Pomagałem
przezwyciężać lęki, stawiać kroki, iść, a czasami biec do przodu. Gdy wymagała
tego sytuacja pokazywałem jak coś udoskonalić lub po prostu spieprzyć. Ale zawsze mogli na mnie polegać, o każdej porze dnia zadzwonić, poradzić się, pójść na spacer, wypić kolę, wypłakać do rękawa, zwłaszcza swoje związki i miłosne kryzysy. To był super okres w moim życiu.
Wyjątkowo piszę egoistycznie tylko o sobie. Wydaje mi się, że
powinienem to powiedzieć publicznie, ale brakuje mi jaj. A gdy napiszę, to może
ktoś przeczyta, a może nikt tego nie pozna do końca internetu? Tak czy siak ja
piszę. Zabolało mnie bardzo trzeciego maja, gdy podczas apelu zabrakło „do
słowa b. komendanta”. Zabolało jeszcze bardziej, gdy nie dostałem nawet w
dziób. Żaląc się dodam, że fundowałem chłopakom wiele rzeczy w podziękowaniu,
oddawałem wielki kawałek siebie, a oni jakoś zapomnieli o pamiątce dla mnie,
nawet symbolicznej pamiątce. A marzył mi się od czterech lat kapelusz lub
przynajmniej scyzoryk. Cokolwiek regionalnego, a w najgorszym wypadku oscypek byłby lepszy niż nic. Nie
było ani kapelusza, ani oscypka, a podziękowania wyglądały na tyle skromnie, że
nawet ich nie pamiętam – 2 lub 3 osoby, głównie najmłodsi podeszli i
podziękowali. Chwała im za to, bo ratowali honoru. Kurna – chłopy. Na tyle was
było tylko stać? Ja wiem, że nie jestem doskonały, ale kurna …
W pewnym momencie
filmu zdałem sobie sprawę, że jestem sam w aucie. Pokłóciłem się z resztą
świata, choć zupełnie nie wiem dlaczego. Jestem ja i auto, a w koło kręci się
świat. Czyżbym był naprawdę sam? Przyjaciele pozostali na zewnątrz i nikt nie
wsiada. Kolejna myśl – może ja faktycznie nie mam przyjaciół? Może tacy
nieudacznicy jak ja nie mają prawa mieć przyjaciół? Ba. Może nie mam prawa mieć
nawet jednego przyjaciela, który trwałby przy mnie? Tak – to znowu ten sam
kryzys powracający już od dwóch lat. Nie wiem co robić. Jestem mocno zagubiony
w swoim własnym życiu. Nic mi się nie chce. Biorę coraz więcej na siebie by
uciec. Nie robię tego, co powinienem. Poświęcam za dużo czasu pierdołom. Straciłem
chęć pracy. Tracę wiarę w siebie i swoje możliwości. Generalnie mam dość. Czy
wsiądzie do mojego auta jakiś przyjaciel? Chociaż jeden …
Gdy czegoś bardzo
chcę przeważnie nie otrzymuję nic.
Zastanawiam się czy we mnie jest Goliat, czy może bardziej Dawid http://www.youtube.com/watch?v=ojVMFfiAPV0&feature=related. Niby każdy powinien to wiedzieć, ale ja kurde nie mam pojęcia. Raz jestem dryblasem pragnącym czynić zło, by po chwili stać się małym chłopcem próbującym oswobodzić świat z czarnej dupy. Pewna pani zawyrokowała, że mam problemy i powinienem udać się na leczenie. Nie znając mnie, podjęła się próby wróżenia z fusów. Od kilku miesięcy boli mnie to i im dłużej o tym myślę tym mocniej jestem w stanie w to uwierzyć. Jestem chory psychicznie! Pierw to zaszczepiono, by po kilku miesiącach lub latach to udowodnić zamykając w zakładzie. Najbardziej mnie wkurza wróżenie wedle zasady: skoro ja mam problemy z główką, to znaczy, że każda osoba z którą mam przyjemność się spotkać powinna iść do lekarza. Ja pierdziu! To skutkuje! Weekend się nie skończy jak do Babińskiego mnie odwiozę ze skrajną schizofrenią ...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz