Jedna pozioma kreska w ewidencji obywateli i człowieka już nie ma. Pozostał tylko ślad w postaci nieaktywnego numeru pesel z datą narodzin, nazwiskiem panieńskim i datą śmierci. Jeszcze tylko rodzina uroni kilka łez, znajomi dorzucą bukiet ciętych kwiatów, a grabarz zasypie dołek i po człowieku pozostaną tylko wspomnienia ... i ewentualnie zdjęcia. Koniec.
Jeden w tą czy w tą - co za różnica. W państwie gdzie żyje 38 milionów pogłowia postać staje się anonimowa, a tragedia epizodem lokalnej społeczności. Tylko ksiądz zauważy zmianę bo zamówi mniej obrazków na noworoczną kolędę. Tragikomedia.
W zeszłym tygodniu do św. Piotra teleportowała się dusza znajomej. Nie nieznajomej, nie dobrej znajomej. Po prostu znajomej. Znaliśmy się z widzenia. Więcej mnie łączy z jej dziećmi, bo poza stosunkiem służbowym jeszcze jest to coś, czego cywil nie zrozumie. Choć zauważyłem że fb już nas nie łączy. Ale wracając do tematu. Zginęła nagle i tragicznie w wypadku. Widziałem ją w sobotę rano, a w poniedziałek wieczór już pukała do bram nieba. Taka proza życia. Forrest Gump porównał je do paczki czekoladek. Ja wolę do papieru toaletowego. Nigdy nie wiadomo kiedy się skończy, a po nową rolkę z gołą dupą wstyd iść. Ci co powiedzą, że życie jest jak papier toaletowy … do dupy, też mają trochę racji.
Nie ma telewizji. Nikt nie przyjdzie z radia. Nie będzie wywiadów. Impreza bez akredytacji prasowych. Była baba. Buch. Nie ma baby. Nie ma komisji śledczej. Raportu też nie będzie. Jedynie prokurator orzeknie o winie, ale że deszczu nie osądzi, to umorzy postępowanie. Nikt nie będzie demonstrował. Ot jeden Polak mniej. Jedna z dziesięciu ofiar codziennych wypadków drogowych. Jeden z dziesięciu codziennych dramatów rodzinnych. To cały czas mniej niż dziewięćdziesiąt sześć. Za mało by ogłaszać żałobę narodową. Za mało by przyznawać odznaczenia. Za mało by wpychać się na listy wyborcze. A mimo to dramat i nieszczęście pozostawiające ból i pustkę po sobie.
Syreny wyć nie będą - to nie powstanie. Zygmunt również nie zadzwoni, bo umarł nikt. Ale ten nikt urodził czwórkę dzieci, pielęgnował je, wychowywał. Dziś dwójka z nich jest dorosła, pozostała dwójka też już dorosła ... w jednej chwili straciła dzieciństwo. Jest więc również dorosła. A mąż? A kto by się nim martwił. On tylko stracił numer ewidencyjny. W nocy przytuli się do poduszki i pewnie koło szóstej rano zaśnie, bo ileż można nie spać lub ile można płakać.
A jednak mi ich cały czas żal. Myślami wracam do tych chwil, zaledwie kilku w tym roku. Jak widzę ten uśmiech łzy cisną się na oczy. Była zawsze pogodna, uśmiechnięta nawet jak padało. Matka Polka.
Pogrzeb w środę
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz