Nienawidzę ignorantów. Przebywam aktualnie w lesie. Od dwóch dni wkurzają mnie dwie kobitki. Jakieś znajome komendantki. Blondynki – ze świecą takich szukać. Kompletnie nie myślą nad tym co im się mówi. Zadają głupie pytania i dla zwykłego śmiertelnika odpowiedzi się oczywiste. A one to traktują chyba jak zabawę. Skończyłem im odpowiadać, bo szkoda mojego czasu. Niech sobie poszukają w wikipedii.
A zaczęło się dość niewinnie od rozmowy na temat zdobywania sprawności trzech piór. Z racji, że to zielone blondyny postanowiłem mówić wyraźnie dużymi literami o co tu chodzi. Że na sprawność składają się trzy próby – milczenia, głodu i samotności. Że to próby charakteru, zresztą jak cała sprawność. Że nie jest to proste. Że wymaga koncentracji, ale również i wewnętrznego wyciszenia. Że się trzeba przygotować do tej sprawności. Że nie można tak z ulicy sobie ją zdobywać. Że to krąg dopuszcza. Jak przeszliśmy przez oczywiste pytania, pojawiły się te mniej oczywiste. „Ale jak to bez jedzenia do lasu? To będą głodni chodzić?” No nie będą chodzić głodni, bo mają sobie przygotować ciepłą strawę. „Ja bym ugotowała wodę i miałabym ciepłą strawę”. No może człowieka krew zalać jak się z takimi głupimi kobietami gada. Nie chciało mi się tłumaczyć, że strawa to nie woda, bo ignoruję takie uwagi. Kolejna zauważyła jednak, że wrzuciłaby do wody malinkę i miałaby strawę. To taka zupka a’la homeozupka. Życzę smacznego. Tylko, żeby pani na włosy się ta malina nie rzuciła, bo rudy to brzydki kolor i by nie pasował do twarzy.
Na kolejne pytania w takim razie czym się żywić, odpowiadam spokojnie i pewnie. Ludzie do tej próby przygotowują się latami pracy na obozach i biwakach. Poznają las, a więc poznają również to co w nim można zjeść, na co uważać. Wiedzą jak przetrwać, jak coś ugotować, jak zbudować legowisko. Budowanie kuchni polowej to najmniejszy problem. Oczywiście ponawiane jest pytanie co jeść. Nie wyszukując w pamięci rozglądam się dookoła i mówię. W lesie są grzyby, jagody i maliny. To najprostsze co można znaleźć i przyrządzić. Po chwili dodaję zdania o makaronie z brzozy, kompocie z szyszek i młodych pędów świerka lub sosny. Bez podawania przepisów. Brzmi to chyba mało przekonująco, bo widzę coraz większe rozbawienie na twarzach słodkich idiotek. Rozumiem, że można nie rozumieć tego, bo to ciężki temat dla osoby, która nigdy nie jadła podobnej potrawy. Ale nie cierpię jak ktoś robi sobie pośmiewisko z takiego tematu. Żyją na świecie ludzie, którzy bardzo chwalą sobie możliwość jedzenia darów lasu. Przyjęło się mówić wręcz ‘harcerz nie świnia – wszystko zje’. Z drugiej strony dany delikwent sam do tego lasu chce iść. Nie ma przymusu, jest deklaracja dobrowolności. Chce iść by się sprawdzić, sprawdzić swoje umiejętności, wiedzę. Chce przezwyciężyć strach, ale przede wszystkim chce iść na wielką przygodę z lasem, chce go podglądać jednocześnie stając się przez chwilę jego mieszkańcem. Ta symbioza jest mu potrzebna by osiągnąć kolejny poziom puszczańskiego wtajemniczenia.
A blondyny dalej swoje, coraz większe żarty. Mnie podnosi się poziom agresji, ale z uśmiechem i bez większego unoszenia tłumaczę dalej. Idiota, który nigdy nie był w lesie i tak tego nie zrozumie. Sprawności są na szczęście dla osób mądrych, więc specjalnie się kobitami nie przejmuję. Już mi jest wszystko jedno co im powiem, a co one zrozumieją. Generalnie w cuda nie wierzę, by moje tłumaczenia coś dało. Ratuje mnie pora kolacji. Schodzimy więc na jadalnię.
Kolacja dość skromna. Na tacce jeden rządek kromek z wędliną, a po obu jego bokach rzędy kromek z margaryną. Po kilku chwilach nie wytrzymuję i komentuję, że ta kolacja to cienko wygląda. Blondynki odzywają się swą mądrością i komentują, że jak mi nie pasuje to zawsze mogę sobie ugotować makaronu z brzozy. Ich poczucie humoru było na tyle odbiegające od reszty, że tylko one wzięły to za dobry żart. Reszta ludzi nie zwróciła nawet na to uwagi. Niestety poza mną. Z racji, że miałem już dość życzyłem im smacznego. Trzy razy powtarzałem, za każdym razem jak pojawił się komentarz odsyłający mnie do lasu. Przecież z idiotami się nie dyskutuje, bo to nie ma sensu. Tak właśnie zostałem ignorantem. Przekroczyłem kolejną granicę w kontaktach międzyludzkich.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz