czwartek, 12 maja 2011

Cykadów czas

Znowu jestem na Węgrzech, dokładnie w Budapeszcie. Znowu, bo w ciągu miesiąca po raz drugi. Natomiast przez ostatnie 9 lat z pracy byłem tu niestety tylko2 razy. Pierwsza moja trasa z nowym spedytorem, z którym nadal współpracuję, była do Bratysławy i Budapesztu. Pamiętam ten wyjazd jakby był wczoraj. Zadziwiające w tym wszystkim jest to, że doskonale pamiętam daty, potrafię na ich podstawie odtworzyć co robiłem i gdzie, ale nie mam pamięci do imion osób, które poznałem. Muszę z kimś długo przebywać lub ten ktoś musi mnie zaciekawić, bym zapamiętał na stałe jak się nazywa. No ale wracając do wspomnień.

Ta moja pierwsza trasa u Wojtka rozpoczęła się 6 listopada 2003 roku. Na giełdzie transportowej znalazłem ogłoszenie, że pewna firma oferuje ładunek na trasie Kraków – Bratysława za 130 EUR. Z ogłoszeniodawcą współpracowałem już, dokładnie jeden raz, ale wydawał mi się zaufany. Zanim się z nimi skontaktowałem znalazłem ogłoszenie na tej samej trasie za 150 EUR. Wagowo było to to samo zlecenie, więc wyeliminowałem jednego pośrednika i wziąłem to od Wojtka. Przyjechałem do biura, które wtedy było trochę mniejsze od mojego pokoju. Za biurkiem siedział aktualny mój szef. Trochę nieufny do mnie. Ja mimo, że starałem się być otwarty, również trochę nieufnie podchodziłem do tej znajomości. Gdy tak sobie siedzieliśmy i rozmawialiśmy pojawił się ładunek do Budapesztu, również za 150 EUR. Oczywiście to również wziąłem. Zapakowałem i przyjechałem ponownie na Wąwozową na cło. A wieczorem wyjechałem na Bratysławę. Sprawdziłem sobie jeszcze schroniska młodzieżowe, spisałem adresy i telefony na wszelki wypadek.

W piątek na cło w Bratysławie i na rozładunek. Później, a w zasadzie wieczorem, bo procedury celne wtedy trwały, udałem się do schroniska, zameldowałem, w pokoju wykąpałem i poszedłem na wieczorny spacer. Po powrocie sen, a rano na miasto. Nie zawsze zdarza się spać w centrum tak ładnego miasta. Pozwiedzałem co mi się podobało. W zasadzie zszedłem całą starówkę, byłem na zamku, w tamtejszym muzeum, pod Ufo na Dunaju – wtedy było już zamknięte i w dość fatalnym stanie wizualnym. Teraz jest tam otwarta ponownie restauracja, ale ja nie mam czasu by się tam zatrzymać i przynajmniej wyjechać windą na górę. Spoglądanie na panoramę Bratysławy wciąż pozostaje w sferze marzeń. Jak już mi się znudziło wsiadłem w auto i pojechałem do Budapesztu. Po drodze oczywiście odprawa celna na granicy i wieczorem zawitałem pod firmą. Niestety rozładunek dopiero w poniedziałek, ale jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało. Postanowiłem pozwiedzać.

Na Węgrzech pierwszy raz byłem mając 7, czy 8 lat. Rodzice trudnili się handlem i jeździliśmy tam na wakacje lub ferie zimowe. Oni oczywiście bywali tam częściej, ale ja miałem szkołę. Na początku jeździliśmy do Miskolca. Mama zawsze znajdywała jakąś kwaterę więc dach nad głową był. Zimą handel bazarowy zamierał, więc trudniliśmy się zaopatrywaniem sklepów zoologicznych w smycze i grzebienie dla psów. Z perspektywy czasu śmieję się z tego, ale prawa rynku obowiązywały również w socjalizmie. Oni potrzebowali, my mieliśmy, więc można dobić interesu. Z czasem na naszym szlaku pojawił się Budapeszt, a chwilę później Vac koło stolicy. Bardzo cicha mieścina, z więzieniem dla kobiet, nad Dunajem. Mieliśmy tu zaprzyjaźnioną rodzinę do której zimą przyjeżdżaliśmy. W rodzinie było 2 synów: jeden w moim wieku, drugi o 2 lata starszy oraz córka, jakieś 3 lata młodsza. W ramach współpracy między narodami dość blisko się z nią zaprzyjaźniłem. Chłopaki później się ze mnie śmiali, no ale co? Byłem młody i głupi, ale fajnie było. Tego się nie da zapomnieć.

Latem jeździliśmy do Vacu na plac targowy. Spanie w namiocie, zakupy w ABC, w ciepłe dni na basen, chłodnych i deszczowych nie było. Na bazarze trzeba było mieć oczy otwarte dookoła głowy. Romowie wszystko kradli. Mieli kilka sposobów. Gdy podchodzili do stoiska należało obserwować nie tylko ich ręce, ale również towar który leżał lub był aktualnie macany. Gdy coś znikało musieliśmy szukać nie u tej pierwszej osoby, tylko u trzeciej lub nawet czwartej z tyłu. Towar błyskawicznie był przekazywany z rąk do rąk. To był przemysł złodziejski. Na szczęście szybko uczyliśmy się, a najważniejsza była współpraca wszystkich Polaków. Nawzajem obserwowaliśmy swoje stoiska i w razie potrzeby pomagaliśmy. Ostrzegaliśmy przed szajkami, a czasem i żandarmerią. Z tego okresu pamiętam jeszcze posiłki. Najczęściej był to bobgulasz. Pyszna zupa gulaszowa z dużą ilością papryki, najczęściej na ostro. Również arbuzy i melony były normalnym posiłkiem, a że prawie za grosze można było kupić zieloną ‘piłkę’ o wadze 8 – 10 kg to cała rodzina zasiadała do posiłku. Były pyszne, słodkie, wodniste. Bardzo dobrze orzeźwiały.

W Budapeszcie bywałem nie raz. Niestety nie miałem czasu na zwiedzanie. Inna sprawa, że jako dziecko to niewiele mogłem. Zawsze się albo szło do sklepów z towarem, albo był to ruch pomiędzy dworcami Keleti i Nyugati. Na jeden przyjeżdżał pociąg z Krakowa, a z drugiego odjeżdżał do Vacu. No i znam metro, którym można było dojechać wszędzie. Najlepsza była stacja przesiadkowa, na której krzyżowały się 3 linie. Ruchomymi schodami się jechało w dół, i jechało, i jechało. Jak się człowiekowi już nudziło okazywało się, że jest człowieczek dopiero w połowie drogi.

Zapewne nieznajomość sprawiła, że w jeden dzień chciałem zobaczyć wszystko, no może prawie wszystko. Wdrapałem się na Cytadelę, zwiedziłem jakieś muzeum, przeszedłem po moście łańcuchowym, połaziłem starymi uliczkami. Wreszcie mogłem zwiedzać tak jak ja chcę. Bez przewodnika, w swoim tempie, to co chcę i w tej kolejności. Super.

Z letnich wizyt na Węgrzech pamiętam jeszcze całonocne granie cykad. To takie większe koniki polne, ale grają tam wspaniale i tak donośnie, że nie da się tego zapomnieć. A może się da, ale wczorajszy wieczór na stacji benzynowej mi to przypomniał? Gdy kładłem się spać koło północy one grały swój koncert. Równiutko, jakby pod dyktando wybitnego dyrygenta. Idealna muzyka do snu, choć pewnie nie wszystkim by odpowiadała. Zasnąłem szybko.

Dziś gdy piszę te słowa one znów grają. Świerszcze muzykanci wydobywający ze swoich ciał rytmiczną muzykę. Wspomnienia wróciły. Te fajne i dobre wspomnienia. I mimo, że do domu jakieś 450 km to czuję się jakbym był w kolejnej swojej chałupie. Czuję się jak u siebie. Tu coś zostawiłem i może kiedyś to coś odnajdę. Może tu, może gdzieś indziej, ale odnajdę J

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz