Od wczoraj boli mnie ząb. To dość duży kolokwializm, bo zęby nie bolą, ale wywołuje w odbiorcach wiadomości tak wielkie współczucie, że lepiej pisać o bolącym zębie, niż bolącej szczęce. No mniejsza z tym. Boli i to jest dla mnie istotne.
Położyłem się jak zwykle koło 2.30. Jakoś wcześniej mimo że mi się chciało, to jednak mi się nie chciało na tyle bym poszedł. Pobudka przyszła szybko, bo o 5.30 już wędrowałem po pokoju w poszukiwaniu proszków. Wieczorem łyknąłem znany lek przeciw objawom grypy, bo nic innego nie było w zasięgu wzroku. Pomogło. O piątej musiałem przeszukać dwie szuflady. Udało się. Coś na bazie paracetamolu powędrowało do mojego żołądka. Po chwili usypiam. Budzę się po dziewiątej. Przewracam z boku na bok. Wybieram odpowiedni sposób leżenia, byle przez chwilę nie czuć bólu. Czasami pomaga. Ale nie zawsze. W zasadzie większość prób nie skutkuje. Wstaję godzinę później. Muszę przeglądnąć zdjęcia. Przy okazji szukam w necie stomatologa otwartego w niedzielę.
Wczoraj zrobiłem koło 700 zdjęć. Obiecałem, że szybko nagram płytę, więc przystąpiłem do pracy. Przeglądanie albumu i wybieranie odpowiednich ujęć zajmuje ponad dwie godziny, ale nie zwracam uwagi na czas. Bardziej myślę co zrobić z zębem.
Wołają na obiad. Cóż, jeść trzeba. Od komputera też czasami można wstać. Posiłek mi nie wchodzi. Zupełnie straciłem smak. Myślę tylko o jednym.
Chcę przygotować kilka zdjęć i rozesłać po redakcjach. Może ktoś to opublikuje. Nie wszystkie się złe. Kolejne kilkadziesiąt minut zajmuje przygotowanie dwudziestu prac. Nie no tak się nie da pracować.
Zdjęcia przygotowane. Jeszcze tylko jakiś tekst. Z trudem piszę kilka zdań. Nie jestem w stanie myśleć o tym co było wczoraj. Moja głowa zajęta jest tym, co dzieje się teraz na wysokości szczęki. Cholera jasna. Pół dnia w męczarniach. Postanawiam jechać do lekarza.
Tekst napisany, wklejony, ale te cholerne zdjęcia nie chcą się dołączyć. No za chwilę padnę. Kilka prób, za którąś tam udaje się załączyć wszystkie. Próbuję wysłać. Nie udaje się. Jakiś błąd. Jak tak można. To się w pale nie mieści. Jak pech to pech.
Pod zębem wyczuwam coś twardego. Pewnie torbiel z ropą. Ropa jest droga więc cieszę się, że moje ciało postanowiło zainwestować w rafinerię. Ile mnie będzie kosztowało wybudowanie infrastruktury? Nie wiem. Poczta załapała i pan e-listonosz odebrał przesyłkę. Można jechać i pomyśleć w drodze jak nazwę nowy zakład. Oni ropy po dnach oceanów szukają, a ja mam pod ręką, no może pod zębem – ściślej ujmując.
Przemykam pomiędzy kroplami deszczu na przystanek. Za kilka chwil przyjedzie tramwaj i zabierze mnie do lekarza od szkliwa. Jest mi wszystko jedno. Mogą go łatać lub wyrywać. Byle przestało boleć.
Ząb chyba wie co go czeka bo coraz bardziej daje o sobie znać. W tramwaju już nie mogłem wysiedzieć. Teraz siedzę w poczekalni. Przede mną umówieni pacjenci. Nie mogli się umówić na poniedziałek? W niedzielę do kliniki działającej non-stop nie przychodzi się ot tak. Ale nie ma przynajmniej dzieci. Sami dorośli. W zasadzie to dwóch panów i ja trzeci. Może to czekanie nie będzie trwało długo. Na przeciwko drzwi wejściowych dumnie brzmiąca reklama - całodobowe kompleksowe usługi pogrzebowe. Ciekawe.
Poczekałem zaledwie 10 minut. Rozsiadłem się na fotelu, powiedziałem co mnie boli, zupełnie jak na spowiedzi. Pani, zresztą bardzo młoda, miła i delikatna, przeprowadziła wywiad o chorobach, sercu, zażywanych lekach. Popatrzyła do jamy ustnej i zawyrokowała. Podała znieczulenie. Dostałem w nerw od ruszania wargą, tą górną. Jak się wbijała igła to warga się tak lekko skurczyła, poczułem silny ból, a pod oczy podeszła woda. Polecam masochistom. Ja wymiękam. Robimy zdjęcie. Szóstka i siódemka. No to robimy. Najpierw fartuszek z ołowiu. Później elektroniczna klisza. Fajny ten sprzęt. Myślałem, że to tylko w Housie takie coś mają. Pierwsza próba i pół siódemki widać. Druga próba, w zasadzie to samo. Pani doktor zleca panoramę. No pół panoramy jak mam być dosłowny. Lepsza połowa niż nic. Wychodzi wreszcie. Koniec Hiroszymy. Tu widzimy to, tu to, tu coś tam. Nie ważne. Szóstka do usunięcia, a siódemka leczenie kanałowe. Pan poprzedni doktor nie wywiercił wszystkiego zanim załatał. Efekt widać na zdjęciu, ale w skrócie pod zębem zapaliło się i trzeba ugasić. Kilka miesięcy leczenia powinno wystarczyć. Super. Jakbym nie miał innych wydatków.
Szczęśliwy wracam na fotel. Rozkłada się, a ja czuję się jak w samolocie. Tylko silnik pracuje na innej częstotliwości. Borowanie, zaglądanie, przetykanie, wkładanie, borowanie, smarowanie, sikanie, dmuchanie, wypluwanie, przepłukiwanie … eee nie chce mi się tego pisać. Chyba każdy był u dentysty. Udało się rozłatać, coś tam wepchać i założyć opatrunek na siódemkę. Teraz pora na szósteczkę, albo na to, co z niej zostało. Musiałem chwilę posiedzieć i rozmasować mięśnie twarzy z drugiej jej strony. Już dawno takiego wielkiego otworu gębowego nie miałem i do tego przekrzywionego w jedną stronę. Posiedziałem chwilę, ale pani się do roboty chce zabrać. No to buch. Leżę i myślę, że jak skończy to pójdę na lody. Będzie super. Na polu deszcz i zimno, a ja myślę o lodach. Przez chwilę pomyślałem również o poniedziałku. A pani doktor coś tak wtyka, obiera mi zęba z dziąsła, podważa, nagina, coś zgrzyta, mnie szczeknę chce wyrwać, a ona nadal coś dłubie. W poniedziałek muszę odmienić się z kolegą samochodem. Sprinterem mi się źle jeździ. Przyzwyczaiłem się już do mojego niebieskiego delfinka. Biegi, hamulec, gaz, kierownica, radio, układ przycisków. Nie da się porównać tych samochodów. A ona nadal swoje. Uwzięła się i za wszelką cenę chce mi uszkodzić resztę szczęki. No ugryzę ją za raz i się skończy. Do tego rękawiczki lateksowe ubrała. Uczulony nie jestem, ale lateksu w ustach też nie lubię. Udało się chyba, bo odłożyła instrumenty i zaczęła tamować krwotok. Super. Jestem wolny. Chwilę sobie jeszcze poleżę, bo się zmęczyłem. Pani okno otwiera bym się trochę dotlenił. No jestem pod wrażeniem. Obsługa pierwsza klasa.
Jeszcze instrukcja obsługi. Nic nie jeść przez 2 godziny. Później przez resztę dnia jeść lekkie potrawy na pół płynne i lekko ciepłe. Przykładać lód do policzka. Wykupić antybiotyk i ketonal. Nie chce mi przepisać Vicodinu. Zupełnie nie wiem dlaczego. Za moją platformę wydobywczą zainkasowali 240 zł. No już się nie mogę doczekać zysków ze sprzedaży. Miła pani doktor, więc się z nią umówiłem na przyszły tydzień. Trzeba korzystać z życia.
Idę na spacer przez most do galerii wykupić receptę. Myślę sobie co by tu zjeść na kolację. W aptece kolejka, ale twardo stoję. Moje dzień dobry nie wywołuje śmiechu u sprzedawcy, ale ja niestety parsknąłem śmiechem. Jak można być poważnym w sytuacji, jak trzeba mówić, a ja pół twarzy mam znieczulone, dodatkowo rębami przytrzymuję gazik tamujący krwotok. Pan nie wiedział o co chodzi, ale pewnie się domyślił jak przeczytał od kogo jest recepta. Za antybiotyk i środek znieczulający zapłaciłem 17 zł z refundacją. Za tabletki osłonowe kolejne 10. Gdzie tu sprawiedliwość? Idę na zakupy. 2 jogurty pitne, 2 do łyżeczkowania, 30 dkg łososia wędzonego i czekolada mleczna kawowo-toffi. Ten co to wymyślił jest geniuszem.
Pora do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz