Nie doczekałem się pielgrzymki do Watykanu. Czekałem i czekałem, w końcu papież wziął się i umarł. No cóż. W końcu nic nie trwa wiecznie. No może prawie nic. Wieczna jest na pewno pamięć, bo dopóki nie postradam zmysłów do końca będę pamiętał o tych wszystkich moich spotkaniach z Nim. Trochę się sam dziwię, że wracam po raz drugi do tego tematu, ale tamten był chyba tylko wstępem do pamięci.
Gdy przyjeżdżał do Krakowa zawsze znalazło się coś do roboty. Przeważnie była to służba medyczna. Tak było przeważnie, ale zdarzały się odstępstwa od reguły. W 1999 roku byłem szefem służby transportowej ZHR. Na mojej głowie było zabezpieczenie transportu, a zwłaszcza przejazdu naszych samochodów, pozyskanie przepustek wjazdowych i przejazdowych oraz uczestnictwo w odprawach z policją, BOR i innymi służbami. Zabawa była przednia, bo podczas spotkań nie owijano w bawełnę. Poznanie drogi przejazdu na kilka tygodni przed samym przejazdem Gościa to jeszcze nie ścisła tajemnica. Ale poznanie dróg ewakuacyjnych, czy dróg wariantowych to już wiedza co najmniej poufna. Im bliżej imprezy, tym więcej informacji poufnych, a ja w centrum. Czego młody chłopak może jeszcze potrzebować? Ustalenia z gazownią, że to trzeba wyłączyć z eksploatacji bo stwarza realne zagrożenia były boskie. Policja swoje o zagrożeniu, a gazownia swoje, że odciąć nie mogą, bo pół miasta straci zasilanie. W końcu policja i tak postawiła na swoim, a gazownicy coś wymyślili.
Miałem do dyspozycji około 8 pojazdów, z czego 4 to UAZy. To była moja druga poważna służba, podczas której w zasadzie nie spałem. Zaczynało się wszystko wieczorem, teoretycznie byli ludzie nagrani i poinformowani. W 1999 roku telefonia komórkowa nie była jeszcze tak popularna jak dziś i większość kierowców miała tylko telefony domowe. Organizacja służby wymagała wcześniejszego ustalenia kto, czym, gdzie pojedzie, co zabierze i dokąd przewiezie. Wymagała również częstych spotkań i dopracowania wszystkiego w najdrobniejszych szczagółach. Wszystko dograne z pozostałymi szefami: baz, służb medycznych, informacyjnych, sztabu i porządkowych. Problemy zaczynały się, gdy ktoś zaczynał decydować z pominięciem mnie lub gdy coś nie dojechało na czas i inny samochód nie mógł jechać dalej, bo czekał na to coś. Miałem do swojej dyspozycji jeden samochód z kierowcą <długi śmiech>. Był to mój szczepowy UAZ z Grześkiem za kierownicą. Mogliśmy więc jeździć i sprawdzać co się udało, a co się już posypało. A sztab cały czas pracował i wypracował nam odebranie jakiejś grupy na rogatkach Krakowa i dowiezienie ich do bazy, czy jakąś chauturkę na boku, bo koniecznie trzeba coś przewieźć. Była zabawa :). Mój samochód był jednocześnie sztabem ZHR na błoniach. Wykorzystałem moją ówczesną pracę, albo raczej jej biuro reklamy i zrobiłem napis 'SZTAB ZHR'. Trzeba było jakoś klocka oznaczyć, a że miał stać na Błoniach to napis musiał być ładny :).

Wjazd na Błonia był koło 4, może 5, później zamykali ulice, więc tak koło 5 zamieniłem służbę transportową na medyczną.

Wjazd na Błonia był koło 4, może 5, później zamykali ulice, więc tak koło 5 zamieniłem służbę transportową na medyczną.
Po południu mieliśmy jechać w kolumnie do Starego Sącza. Kolumnę organizowała policja, a jechały w niej autokary z dostojnikami, policja do zabezpieczeń i jej sztab, samochody transportowe. No i my z noszami wysłużonym UAZem. Z wyjazdu wycofaliśmy się jeszcze w maju, gdy dowiedziałem się o średniej prędkości przejazdu zapowiadanej na jakieś 80 km/h, co dla mojej limuzyny było osiągnięciem możliwym, ale z górki i na pewno nie jako średnia, tylko maksymalna. W Starym Sączu nie byłem.
A jeżeli chodzi o Kraków, to lało od wieczora, przez przedpołudnie gdy odbywała się msza na Błoniach. Słońce wyszło zaraz po południu, jak pielgrzymi zaczęli opuszczać Błonia. Ciekawym zjawiskiem było ogłoszenie nieobecności dziś błogosławionego, a wtedy tylko Ojca Świętego, podczas nabożeństwa. Na Błoniach i ich okolicach zebrało się ponad 1,5 mln ludzi, a po ogłoszeniu duszpasterskim pozostało jakieś 750 tys. To było niesamowicie negatywne uczucie. Okazało się, że większość ludzi przyjeżdża nie dlatego, by się pomodlić, tylko by uczestniczyć w spotkaniu z Nim lub nawet tylko by Go zobaczyć. Taka maskotka jadąca w akwarium przez ulice Krakowa i Błonia. No cóż. Religijność objawia się na wiele sposobów.
Jak z każdego spotkania tak i tym razem zostało mi w pamięci wiele fajnych momentów. Przemoczeni nie zwracaliśmy już uwagi na kałuże i błoto. Czuliśmy się jak na Woodstocku. Brakowało tylko kąpieli błotnych, no ale mundur zobowiązuje. Wspaniali ludzie z jakimi miałem okazję się spotkać, zarówno pielgrzymi, jak i nasi, mundurowi, w większości bezimienni. Zawsze po służbie padałem ze zmęczenia, ale zawsze wiedziałem, że byłem potrzebny. To dawało sił do dalszego działania. Człowiek następnego dnia się budził i z jednej strony już mu brakowało tego, a z drugiej wiedział, że za kilka lat znowu będzie się działo i ponownie będzie potrzebny. Zaczyna mi trochę tego brakować, choć wiem, że pewnie moje miejsce będzie tym razem w służbie foto. No ale z drugiej strony pełnienie dwóch służb też mi wychodzi. W nocy świat też żyje, a wtedy dzieje się najwięcej ciekawych rzeczy, jak na przykład tankowanie pojazdów na zaprzyjaźnionej stacji, czy kupowanie przedłużaczy w tesco. No ale to już w kolejnej opowieści.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz