Przygotowania do wyjazdu zacząłem już w poprzedni wieczór. Położyłem się wyjątkowo wcześnie, bo chwilę po północy. Ściągnąłem też kilka filmów, by w razie braku ładunków powrotnych nie nudzić się do 4 maja. Praca pracą, ale chwilę dla siebie mieć trzeba.
Rano tradycyjnie już po umyciu zmierzyłem ciśnienie - nic nowego, czyli standard. Odebrałem e-pocztę i spam, poczytałem wiadomości z kraju i ze świata, spakowałem rzeczy osobiste oraz aparat i ruszyłem na parking. Rozgościłem się w moim drugim domu - plecak z rzeczami powędrował do sypialni, sprzęt audio i słuchawki stereo do pokoju dziennego, konserwy do spiżarki, ja natomiast zasiadłem w pracowni. Przekręciłem kluczyk w stacyjce. Ogłuszający wybuch odbił się echem po okolicznych blokach. W powietrzu latały strzępki ciała ... A nie, przepraszam, to nie ta opowieść :)
Jadąc na pierwszy załadunek zastanawiałem się gdzie zrobić zakupy. Wybrałem tesco w Tychach, bo szkoda czasu teraz. Koncepcja okazała się słuszna, a przekonałem się o tym na miejscu w Mnikowie, gdzie ładowałem okna do Niemiec. Towar, który miał być gotowy od 8 nie był jeszcze spakowany, a było już po południu, więc musiałem czekać, aż chłopaki wyrobią się z tematem. Drugi załadunek w Andrychowie był do 14.30, musiałem więc najpóźniej wyjechać godzinę wcześniej by zdążyć. Bardzo ślamazarnie (ciekawe skąd się wzięło to słowo) postępował załadunek 2 stojaków, ale panowie bez poganiania wyrobili się i o 13 mogłem spokojnie jechać.
W Andrychowie czekali już na mnie. Chyba pracowali do 14, bo się trochę krzywo patrzyli jak zawitałem u nich parę minut po wiadomościach w radio. Szybki załadunek 12 kartonów i można jechać. Po drodze wspomniane zakupy i kolejny dylemat co kupić. Dieta, której ciężko przestrzegać w domu, nie mówiąc o pracy, zobowiązuje, ale brak lodówki ogranicza możliwości i sprawia dodatkowych kłopotów. Świeże warzywa nie wytrzymają długo na słońcu, a prognozy były słoneczne, dlatego tylko jedna paczka mix sałaty powędrowała do koszyka. Z nabiałem jest trochę lepiej, więc kupiłem aż 3 kostki w kształcie łezki dla odmiany. Może będzie lepiej przechodziło przez gardło, bo bez tłuszczu czasami jest za suche. No i podstawowy produkt białkowy, czyli jajka. Mięsa świeżego nie kupiłem. Parzone nie smakuje dobrze i śmierdzi przy smażeniu. Za to pokusiłem się na najlepsze kabanosy jakie do tej pory jadłem. Cebula dymka i pomidory to już standard moich zakupów. Lekko zmodyfikowałem również dietę o czekoladę mleczną, 3 jabłka, paczkę biszkoptów i napój bogów – czyli pepsi, tym razem z cukrem i odrobiną E-cytrynowego.
Po zapakowaniu wszystkich produktów do auta ruszyłem w drogę na dobre. Rozpędziłem się, wjechałem na A4 i pognałem. Gdy tak gnałem zadzwonił telefon – gdzieś na wysokości Gliwic (śl. Glywicy, łac. Glivitium, niem. Gleiwitz, czes. Glivice albo Hlivice). Z racji, że w kabinie jest nudno, a nudę najlepiej zabić muzyką, ściszyłem radio i odebrałem. Dzwonił Kuba z zapytaniem czy już wyjechałem, gdzie jestem, czy mam czas. Zupełnie jakby się chciał na piwo umówić. Odpowiadałem rzeczowo i treściwie, zgodnie z zasadą, żeby za dużo nie powiedzieć, bo wszystko zostanie wykorzystane przeciwko mnie w terminie późniejszym. Pożegnaliśmy się. Powiedział, że jeszcze zadzwoni i że planuje wyjechać stopem do Alberta. No ok. Co mi tam. Niech jedzie.
Po 10 minutach dzwoni raz jeszcze i prosi bym na niego poczekał. On się spakuje, dotrze do A4, a później stopem dojedzie do mnie. Powiedziałem ok. Tylko mam zapasu 4 godziny, więc musi przyjechać do 19. Później jadę dalej by być na 8 na pierwszym rozładunku.
Zjechałem z autostrady na parking przed górą Św. Anny. Napisałem jak do mnie trafić i czekałem. Co kilkadziesiąt minut dostawałem informacje gdzie jest Kuba, czym jedzie: 172, inny Kuba, spacer przez bramki w Balicach, jazda stopem. A ja stałem, leżałem, oglądałem film, patrzyłem przez okno, podglądałem policję. O właśnie. Gdy tak sobie stałem i czekałem przyjechała drogówka, która wyłapywała dostawcze i ciężarówki. Nie mam pojęcia co poza dokumentami sprawdzali, ale wyglądali co najmniej śmiesznie. Zastanawiałem się kiedy podejdą do mnie i zażyczą sobie wszystko to czego nie mam lub nie mam ochoty im pokazywać. Co jakiś czas patrzyli się w moim kierunku, no ale w zasadzie to niewiele mi mogli zrobić poza sprawdzeniem moich dokumentów. Gdy tak sobie czekałem w pewnym momencie mi się usnęło. Stanie w miejscu i nic nie robienie wywołuje u mnie zawsze objaw senności. Obudził mnie Kuba. Pojechaliśmy dalej już wspólnie.
Opowieści prawie całonocne i już jesteśmy na miejscu. Co prawda 20 minut po zapowiedzianym czasie, ale tankować trzeba i czasami na sikanie się również warto zatrzymać. Dlatego nie liczę tego w poczet opóźnienia. Poza tym nikt na mnie nie czekał. Najpierw musiałem sforsować bramę, gdy to nie wychodziło wszedłem na teren firmy przez bramkę. Później pozostało tylko dostać się na klatkę schodową zabezpieczoną elektromagnetycznym zamkiem. Gdy zabzyczało pędziłem już po schodach na pierwsze piętro. Przekazałem dokumenty w sekretariacie, a że nie mogłem się dogadać z panią, ta poszła do innego pokoju i po chwili przyszła z inną mówiącą po … rosyjsku. No cóż. Lepsze to, niż próba dogadywania się po niemiecku. Poza tym język rosyjski jest ogólnoeuropejski. Gdzie nie pojadę i są problemy z dogadaniem, a nie ma Polaka, dogaduję się po rosyjsku. Pani poleciła mi wjechać, więc ja na dół i wjeżdżam zanim się rozmyślą. Myślał by kto, że to koniec problemów. One się dopiero zaczynały i kosztowały mnie sporo zdrowia. Na dobry początek pan obsługujący wózek widłowy nie za bardzo był w stanie zdjąć stojak, choć wyjęcie tego akurat było proste. Później w podsłuchanej rozmowie w języku rosyjsko-niemiecko-arabskim! dowiedziałem się, że nabywcy chcieliby, bym przewiózł część okien do jakiejś firmy obok. Choć miało być blisko nakręciłem się i przygotowałem sobie odpowiednią odpowiedź, gdy mnie zapytają. Z drugim stojakiem był problem, bo miałem go równolegle do przegrody, a że był drewniany, to bokiem nie dało się go ściągnąć. Za pomocą pasa i napinacza odwróciłem go by wózkowy mógł podjechać, przy okazji wyciskając z siebie siódme poty. Za pierwszym razem prawie się udało, ale pan chciał bym się trochę jeszcze pomęczył i obrócił bardziej. No więc odwróciłem, a później musiałem czekać na pana, aż raczy wrócić z wózkiem. W międzyczasie pani i pan Arabowie zaczęli liczyć okna i doliczyć się nie mogą. Było ich 13 – 8 na jednymi reszta na drugim stojaku. Po kilkunastu minutach udało się. Wynik się zgadzał. Wtedy chcieli, bym przewiózł 3 okna do firmy obok. Pierw musiałbym poczekać aż przepakują stojak. Trochę się wkurzyłem, a przypomnę, że już się podkręciłem trochę wcześniej. Gdyby ładnie poprosili, to rozważyłbym tę prośbę, ale Arab Białego nie prosi. On wymaga i nie chce słyszeć sprzeciwu. No więc ktoś go musiała ziemię sprowadzić. Dostał kosza.
Pan wózkowy przyjechał i raczył zdjąć drugi stojak. Przywiózł mi również 1 kopię listu przewozowego. Trochę mało, ale tym zajmę się za chwilę. Na wszelki wypadek, gdyby nie zrozumieli i jednak chcieli załadować mi te 3 okna, szybko zamknąłem burty i zaplandeczyłem auto. Minuty mijały … 5, 7, 10, 15 a ani wózkowego, ani Araba, ani papierów nie widać. No więc na spacer po hali produkcyjnej. Najpierw próba dostania się do sekretariatu – nieudana, drzwi z zamkiem z guziczkami, a ja nie znam kodu. W innych drzwiach tez nic nie ma ciekawego. Spacer po hali – na końcu są jacyś ludzie, więc idę do nich. Był to mój arab z wózkowym i syn Araba. Wytłumaczyłem, że chcę papiery: jeszcze 1 kopię CMR i kopie faktur. Podeszliśmy pod schody, kazał poczekać. Poszedł do biura i po chwili wraca z kopią CMR i kserokopią kopii faktury. Poprosiłem raz jeszcze, by przyniósł mi oryginał kopi. Na jego twarzy pojawił się grymas, ale poszedł. Wrócił z … kserokopią oryginału. No kurza twarz. Tłumaczę o co chodzi, kiwa głową, że kuma, a później udaje głupa, że dostałem to co chciałem. Moja cierpliwość dobiegała końca, ale postanowiłem raz jeszcze delikatnie poprosić. Przyszedł szef pan Arab. Coś tam sobie pogadali i poszli do sekretariatu na pierwsze piętro. Po chwili szef wraca, krzyczy do mnie i z półpiętra rzuca mi jakiś papier. Już nie wytrzymałem. Psem nie jestem, ani tym bardziej jego pracownikiem. Swoją godność mam, a i tak została już nadwyrężona wcześniej. Zaczęliśmy się przekrzykiwać. On po swojemu, a ja po polsku. Wyglądało to zabawnie, ale z chamem czasami trzeba po chamsku. Poszedłem za nim do biura cały czas wrzeszcząc na niego. On mi coś, że problemy robię, a ja mu, że problemy to mu dopiero zrobię, a na razie chcę dostać dokumenty potwierdzone w oryginale. Na odchodne coś tam jeszcze powiedział, ja mu odpowiedziałem. On zamknął się w biurze, a ja poczekałem na panią. Wyjaśniłem co chcę. Pani przyniosła mi papiery, potwierdziła odbiór, oddała i mogłem już spokojnie jechać dalej z obrusami. Ale co się powkurzałem to moje.
Kubę wysadziłem za Kolonią na głównej autostradzie. Miał prostą drogę na południe do Karlsruhe. Sam zmierzałem dalej z dwugodzinnym opóźnieniem. Nie było czasu na stawanie na jedzenie, więc z podręcznej spiżarki co chwila coś wędrowało na stół. Na pierwszy rzut poszła czekolada. No może nie cała, ale jej kawałek. Po kilku kilometrach drugi kawałek. No ale na czeko człowiek nie pojedzie. Musiałem czymś się wypchać i mix sałatowy był w tym celu odpowiedni. Głodny stanąłem w korku. Musiałem trochę śmiesznie wyglądać, gdy wcinałem sałatę z posiekaną marchewką prosto z worka, ale nie zwracałem na to uwagi. Korek się skończył, sałata również. Pozostały jabłka i pomidory. Skupiłem się na jabłkach pomidory zostawiając na ciepłe danie. Pochłonąłem również resztę czekolady i wreszcie dojechałem na miejsce rozładunku. Tu trwało to szybko, zaledwie 20 minut. Znaleźć odpowiednie biuro, złożyć dokumenty, znaleźć odpowiedni magazyn, magazyniera, rozładować. Krótka piłka.
Znalazłem świetne miejsce do odpoczynku, a byłem padnięty. Droga mało uczęszczana, zatoczka przy lesie, cisza i spokój. Wysłałem sms, że jestem rozładowany, wysiadłem, przeszedłem na stronę pasażera, odebrałem sms, wróciłem na miejsce kierowcy i pojechałem do Holandii. W mojej pracy, albo nic się nie dzieje i człowiek umiera z przespania, albo coś się dzieje i człowiek umiera z braku snu. Wyjścia nie ma jechać trzeba. Jeszcze sie upewniłem czy mnie załadują koło 17, bo tak mi nawigacja wskazywała, więc jak pracują do 16 to idę spać i przyjeżdżam rano. Niestety pracują do 17:30 więc moja wymówka legła w gruzach. Zbieram siły na prawie 3 godzinną podróż.
Zmiana kraju Dojczlands na Niderlands przechodzi bezboleśnie i prawie niezauważalnie. Na nizinach północno-zachodniej Europy kraje są do siebie bardzo podobne, maja nawet podobne budownictwo. Jedyna różnica to asfalt jakim pokryta jest nawierzchnia drogi. Niemcy stosują mieszanki ciemne, a kraje Beneluxu mają drogi bitumiczne jasne. Wszystko uzależnione jest od rodzaju kruszywa dodawanego do mieszanki oraz samego składu asfaltu. W Holandii oczywiście nie obyło się bez korków. Na szczęście zawczasu zauważone dają się ominąć. Zaoszczędziłem trochę stania, ale straciłem na jeździe przez miasto. Coś za coś, ale wynik i tak dodatni.
Dojechałem na miejsce. Nie powiem, że na mnie czekali z otwartymi rękami, ale nie byli też niemili. Wręcz przeciwnie. Uśmiechnięci i pracowici. Towar dla mnie był oczywiście nie spakowany, więc pan zamiast iść do domu pakował w kartony i kartonopalety prezenty dla metalurgii w Wałbrzychu, Starachowicach i Jaroszowic. Przed 18 wysłałem sms, że załadowałem i odjechałem na wcześniej upatrzone miejsce przy Ikei. Byłem tam już, więc znalezienie miejsca parkingowego dla mojego auta nie stanowiło problemu. Szybki spacer po dwóch piętrach tego sklepu, wizyta w WC, szybki rachunek czasu czy opłaca się stać w kolejce w restauracji i już wracam prawie uśmiechnięty do auta. Niestety głody, bo kolejka była za długa. Postanowiłem wrócić przez zamknięciem sklapu, a ten czas wykorzystać na sen. Przed 21 wstałem, zrobiłem rundkę po sklepie i wróciłem do auta. Okazało się, że restauracja otwarta do 20. Pozostały mi zapasy, ale trzeba mieć jakiś pomysł gdzie to zjeść. Rotterdam jest zaledwie 10 km ode mnie, a że muszę zatankować to nie powinno być problemu z przejazdem. Wcześniej telefon do Kuby, co u niego i kiedy wraca.
Po zatankowaniu wybrałem miejsce docelowe Rotterdam. Jakieś 4 km od centrum zjechałem na McDonald. Przy międzynarodowym znaku toalet w kształcie dużego świecącego żółtego M jest zawsze dużo miejsc parkingowych. Tak było i tym razem. Zaparkowałem i skorzystałem z toalety. Po powrocie do drugiego domu przygotowałem ser biały z cebulą i pomidorami. Odpowiednio doprawiony spakował jak zwykle. Wypiłem wodę i poszedłem oglądać film do mojego centrum kinowego. Nie trwało to długo – zacząłem usypiać, więc przełączyłem się na telewizję i ustawiłem czas wyłączenia sprzętu.
Rano, tak koło 8 dostałem sms z zapytaniem ile mam wolnego miejsca. Nie byłoby to nic nowego, gdybym tego nie przewidział wczoraj wieczorem i nie wysłał spedytorom co i ile załadowałem oraz w jakich wymiarach. Że nie lubię okazywać złości, wytłumaczyłem, że skoro załadowałem 2 skrzynie o takich wymiarach, to pozostało mi tyle a tyle miejsca. Koło 10 złapałem sieć wifi, a na fb złapał mnie Kuba. Ustaliliśmy miejsce spotkania wieczorem. Był to piątek, więc raczej nie będzie mi się spieszyło. Większość zakładów nie pracuje w weekendy. Tym razem wiedziałem, że po drodze rozładuję Wałbrzych – pracują non stop. Ale to i tak nie zmienia sprawy, że Kuba spieszyć się nie musi. Koło 11 ruszam na załadunki.
Najpierw chemia dla Huty Szkła, a później płyty dla Taktu. Po załadunkach można wracać. Jestem w stałym kontakcie z Kubą. Miejsce naszego spotkania dostało lekko zmodyfikowane, bo jego stop, auto-stop, skręca przed naszą upatrzoną stacją. Na szczęście nie nadrobiłem więcej kilometrów – musiałem tylko wjechać na autostradę wcześniejszym wjazdem omijając miasto z lewej, zamiast z prawej strony. Znowu jedziemy razem i opowiadamy o tym co każdy z nas robił przez te prawie 30 godzin. Do Wałbrzycha przyjeżdżam koło 3, szybki rozładunek i jadę na stację na spanie. Wstaję o 8 i jadę przez Dziećmorowice. Zatrzymuję się przy domu rodzinnym mojego taty. Sprzedany kilka lat temu dziś odświeżony, ale jeszcze nie zamieszkany. Ogród i stodoła wycięte, chlewu również nie ma. Jedynie adres się zgadza. Ech wspomnienia. Następnie droga prowadzi na cmentarz. Rzadko tu bywam, ale jak jestem przejazdem to wstępuję. Dziadkowie, Przemek i wujek, brat taty. Ciotki i jakaś dalsza rodzina. Szybka modlitwa i rozmowa z nimi, spacer przez stary niemiecki cmentarz i już jadę dalej. Po drodze Wrocław i zakupy w Tesco oraz rozładunek płyt. Do domu przyjeżdżam po południu. W samom porę, bo Kuba idzie na imprezę wieczorem. Kolejny wyjazd zakończony sukcesem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz