Drugiego kwietnia w Krakowie była piękna słoneczna pogoda. Wróciłem o świcie z kwaterki i udało mi się zamknąć oczy zaledwie na kilka chwil. W tę sobotę miałem załadować jeszcze samochód na Niemcy. Moje pierwsze kroki skierowałem jednak pod okno na Franciszkańskiej. Piknikowa pogoda dawała się we znaki, jednak tu nie odczuwało się tego. Nie było grilli, kocyków z koszykami, par namiętnie obejmujących się. Była za to cisza. Kilka osób słuchało radia, inni wpatrywali się w okno, w którym podczas swoich pobytów w Krakowie ukazywał się On. Ten jedyny Wielki Polak mojego wieku.
Spotkania z Nim były przeważnie szybkie. Już w 1983 roku miałem okazję słuchać jego słów w Mistrzejowicach. Oczywiście jako sześciolatek nie pamiętam słów, a jedynie gesty. Podczas przyjazdu cała młodzież, w tym mój brat, rzuciła się do przodu, a sektory opustoszały. Wreszcie było luźno i nawet ja mogłem zobaczyć słońce. Pamiętam również licznie zgromadzoną milicję na dachach wieżowców. Nie wiem czy był to pokaz siły, czy tylko dogłębna obserwacja terenu, ale pamiętam czarne kombinezony na dachach. Po kilku godzinach wróciliśmy do domu. Mogłem coś zjeść i wypić. Tylko kolorowe chorągiewki przymocowane do okien i balkonów wskazywały, że nie jest to zwyczajny dzień.
Gdy już podrosłem miałem okazję pełnić służbę, Białą Służbę, przeważnie bardzo białą, bo medyczną. W Rzeszowie w 1991 byłem łącznikiem w patrolu. Miałem chodzić wśród pielgrzymów i wyszukiwać tych co już padli, ale jeszcze da się ich odratować <śmiech>. W patrolu poza mną był Grzesiek S. zwany Dindolkiem, Owca, Króliś, Roman i Mysza, mój zastępowy i sąsiad zarazem. Do roboty nie było nic. Nudy przez pół dnia, ale łatwo nie było. Po zakwaterowaniu na sali gimnastycznej poszliśmy na miasto, później kolacja i 2 godziny snu, by koło 4 wyruszyć na miejsce. Szliśmy i szliśmy, wśród innych pielgrzymów, ale doszliśmy. A później tą samą drogą wracaliśmy. Wlekąc nogi za sobą doszedłem do szkoły i podobnie jak reszta padłem na pysk. Po latach się zastanawiałem czy było warto tam jechać, ale rozważając za i przeciw wynik zawsze był pozytywny. Nawet jak nikomu nie pomogłem, nawet jak do końca wtedy nie wiedziałem co robić i jaka jest moja rola w tej układance, było warto, bo tych chwil nie da się zapomnieć.
Jednak są takie momenty, które utkwiły w pamięci tak mocno, że można by rzec, iż wydarzyły się wczoraj. Do jednej takiej beeski wracam w myślach zawsze jak przejeżdżam lub przechodzę koło Wielkiej Krokwi. Nie była to łatwa służba, cały czas w drodze, ale ten góralski klimat, kapele, albo raczej setki górali z instrumentami, śpiew i słowa wymawiane przez Białego Pielgrzyma. Serce nadal przyśpiesza, gdy w radio słyszę fragmenty z tej mszy. Bezdyskusyjnie odpowiadam, że było warto tam być, pomimo, że byłem zwyzywany przez górali od gestapo.Później był Kraków, i znowu Kraków w 1999, Lwów w 2001, raz jeszcze Kraków w 2002, ten ostatni Kraków w 2005, i zeszłoroczne spotkanie w krypcie.
Wieczorem chciałem się wcześniej położyć. Wiedziałem, że pod kurią są moje patrole, wiedziałem, że to ludzie odpowiedzialni i że wiedzą co robić. Potrzebowałem się wyspać przed pracą. Koło 21:30 poszedłem się umyć. Gdy wróciłem muzyka w radio była jakaś inna. Zamiast wyciszonego rocka płynęło z głośników requiem. Muzyka żałobna, smutna, prawie przygnębiająca. Rzuciłem okiem na telewizor. Przemawiał kardynał Sandri. Stało się jasne. To był koniec. Nie myślałem za długo. Ubrałem buty, wsiadłem w auto i pojechałem pod kurię. Całą drogę słyszałem Dzwon Zygmunta. Tłum gęstniał. Każdą uliczką płynęły rzeki wiernych. Gdy kardynał Macharski przemówił, przypomniał co się stało, nie wytrzymałem. Choć chciałem dać przykład innym i nie dawałem znać po sobie bólu, z moich oczu popłynęły łzy. Rozejrzałem się i odetchnąłem z ulgą. Większość płakała. Wieczór się dłużył, wyciszone rozmowy ze znajomymi, podejmowanie decyzji co robić następnego dnia i gdzie – patrole miały pełnić służbę w Łagiewnikach podczas Niedzieli Miłosierdzia Bożego. Później msza dziękczynna i powrót do domu. Ludzie chcieli być razem, bo łatwiej to było przeżyć. Ja również potrzebowałem grupy. Po tych kilku latach zastanawiam się co mi pozostało ze spotkań z Nim. Nie potrafię zacytować ani jednego Jego zdania, nie potrafię nawet podać tytułu encykliki, tomiku, czy wiersza. Ale mimo to wiem, że coś we mnie jest, coś we mnie pozostało. Tylko co?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz