Trzy dni chrześcijańskiej zabawy w zdradę, uśmiercanie, pochówek i zmartwychwstanie Pana dobiegło końca. Tysiące ludzi uczestniczyło w modlitwach, czuwaniach i adoracjach, stali na wartach, święcili pokarm oraz wędrowali pomiędzy przybytkami katolickiej religijności by zobaczyć kolejny grób. A później jeszcze jeden.
Ale gdy człowiek choć na chwilę się nad tym zastanowi, stanie obok i przez chwilę zajrzy głębiej, może dojść do wniosku, że Wielka Sobota jest dniem bez Boga. W piątek uśmierciliśmy Chrystusa, naszego Zbawiciela na ziemi i pogrzebaliśmy Go, a dopiero w niedzielę powrócił z martwych. W sobotę można było tylko 'podziwiać' Jego Ciało leżące w grobie, więc Go nie było.
Wracając z wielkosobotniej liturgii zauważyłem tłumy obcokrajowców (tak na prawdę przybyszów z królestwa Elżbiety II) dość hucznie świętujących ostatnie dni kawalerstwa swoich kompanów. Od dawna już Kraków stał się kolebką wieczorno-poranny uroczystości kawalerskich nie zawsze gentlemanów posługujących się plątaniną języka Szekspira i Johnnie Walkera. Jeżeli na codzień ta oszołomiona banda stwarza problemy tylko okolicznym mieszkańcom, to w okresie przedświątecznym i świątecznym zaczynają drażnić również i mnie, górala z New Huty. Człowiek wraca sobie w spokoju, zamyślony w 9 czytań, z blaskiem Świecy w oczach, a tu po Małym Rynku szaleje jakiś super bohater, bynajmniej nie podobny do Chrystusa, hałasujący jak startujący samolot. Myśli prześcigają się, a oczy z niedowierzaniem spoglądają przed siebie. Zagubione neurony po dłuższej chwili każą nogom iść dalej, ale zamiast do adresata trafiają do ślinianek, powodując wzmożoną produkcję płynu. Chcąc nie chcąc trzeba splunąć.
Okres świętowania czas zacząć. Koniec z dietą, koniec z udręczaniem, niech żyje pepsi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz