Jak przystało na blogera raz w roku nawet należy coś napisać. A zatem w przypływie dobrej kawy, siedząc w wygodnym fotelu postanowiłem co następuje.
Wakacje, czyli z łacińskiego vacatio 'uwolnienie’ to okres wolny od nauki szkolnej. Jednak fakt, iż naukę zakończyłem równo 20 lat temu nie oznacza, iż wakacje mi nie przysługują. Wręcz przeciwnie, przysługują i po raz pierwszy od lat je wykorzystałem w sposób zadowalający, choć o tym przekonałem się pod ich koniec. Ale od początku.
Planowanie wakacji nigdy nie należało do moich mocnych stron. Wyjeżdżając z zielonymi ludzikami do lasu, pełniąc funkcje szeregowe, podoficerskie, oficerskie i generalskie, zarówno metodyczne, jak i logistyczno-kwatermistrzowskie po prostu pakowałem plecak i jechałem. Wcześniej oczywiście dość skrupulatnie przygotowując się do tego, choćby mentalnie. A w tym roku ... mówię znajomym: mamy piękną rocznicę urodzin. Ruszmy dupy i jedźmy na wczasy, ciepłe kraje, baseny, zwiedzanie - dwa tygodnie spędzone wspólnie z dala od komarów. To nie: bo nas nie stać. No i rypło się wszystko pod koniec lutego, kiedy to pewien młody Maciek, w późniejszym okresie nazwany dla odróżnienia juniorem, zapytał, czy miałbym czas i chęci pojechać z nimi jako kwatermistrz. Nie powiem by ta propozycja mi pasowała od pierwszego wejrzenia, ale szukając argumentów przeciw znalazłem tylko jeden, w dodatku mało poważny: jestem stary, a to będzie męczące. Fakt, że środowiska nie znałem i nadal nie znam niewiele miał do powiedzenia.
Dałem sobie czas na zastanowienie i jeszcze pod wieczór przeszukałem zasoby fejsbuka odkrywając wręcz nieprawdopodobną zbieżność. Junior nie dość, że nazwany został Maciejem, z nazwiskiem zaczynającym się na S, to w dodatku skubaniec urodził się dokładnie dwadzieścia lat po mnie 16 lipca, właśnie kończy technikum i ma maturę. Przywykłem do urodzin obozowych, ale nie mogłem przepuścić okazji do świętowania naszego sześćdziesięciolecia. Można rzec, iż wszystkie znaki na ziemi i fejsbuku wskazywały, że to może się udać. Kilka godzin później dałem odpowiedź twierdzącą podpisując kontrakt na najbliższe kilka miesięcy. Kontrakt oczywiście podpisany krwią, na bydlęcym pergaminie i takie tam.
Skracając tę żenującą opowieść napiszę tylko o ważniejszych dla mnie szczegółach i wydarzeniach. Wszystkich pominiętych uprzejmie informuję, że zrobiłem to celowo, za co przepraszać nie zamierzam.
Jako głównodowodzący gotówką zostałem również dowodzącym grupą kwatermistrzowską. Zebranie kilkunastu osób, z minimalnym doświadczeniem okazało się już wyczynem, ale po długich bojach udało się zebrać dość dobrą ekipę indywidualności w składzie: Zośka, Bogna, Sylwia, Jasiek, Maciek (minimini), Kuba, Dominik, Bartek, Krzysiek, Piotrek, Maciek (kolejny), Wojtek, dwóch Karolów, Wiktor i ja Maciej. Dlaczego indywidualności? Ano dlatego, że nikt poza mną w nich nie wierzył, że zbudują, postawią, będą pracować i skończą co zaczęli. A ja zawsze mówiłem: daj mi człowieka, a zrobię z niego mistrza. Bywało ciężko, zwłaszcza pierwszego dnia, gdy panny postanowiły błysnąć umiejętnościami kulinarnymi i najpierw otworzyły puszkę 3kg zielonego groszku, by na koniec przypalić 2 kg ryżu, a pośrodku zrobić z filetów kurzych niezauważalną miazgę. Ale lepiej, że szybko wyszło iż do kuchni się nie nadają, niż mielibyśmy cierpieć przez tydzień podejrzewając produkty gorszej jakości. Od razu uprzedzę, iż jak ktoś nie ma talentu do gotowania to trzeba odkryć w nim inny, i kobiałki odkryły, że całkiem dobrze idzie im wbijanie nóg pod ławki i stoły w jadalni. Ot wilk syty i baba cała.
Ale było też i wyczynowo, na przykład gdy najmłodsi w składzie Minimini i Dziku (vel. Chomik) zbudowali ziemiankę utrzymującą stałą temperaturę 12 stopni. (Przy okazji warto zapytać co za idiota wymyślił, by było w takiej budowli tylko 8 stopni?! i zapomniał dać instrukcji jak w Polsce takie temperatury uzyskać) lub gdy ekipa od umywalni pod przewodnictwem Krzyśka dowiedziała się, że w tym roku powstaną trzy umywalnie zamiast jednej. Uzasadnione obawy były przy kuchni, gdy do końca nie wiedziałem czy nie będzie za mała. Okazała się za mała, ale jednocześnie wystarczająco duża by pomieścić zastęp, gary i szefa. Minimum zostało zbudowane i można ubolewać, że nie udało się postawić podestu flagowego, bramy wjazdowej i skończyć kąpieliska, ale mnie to wcale nie bolało, bo zawsze uważałem, że podest można postawić na obozie, brama do końca potrzebna nie jest mając szlaban leśny, a kąpielisko jest potrzebne dopiero gdy się idą kąpać.
A później do naszej ciszy wdarło się koło setki dzieciaków i pod dźwięcznym hasłem 'harcerz miłuje przyrodę' najpierw wycięło czterysta drzew (przy udziale firmy specjalistycznej), później wypłoszyło wszystkie zwierzęta z kwartału lasu, by na koniec dumnie zadeptać mikroświat działki nr 176. Na szczęście szczecinecki las to nie Puszcza Białowieska, ale też moje wewnętrzne tłumaczenie, że to puszczańskie wychowanie mocno się kłóci z wartościami i ideałami do jakich dążę. Pozostaje tylko ubolewać, udawać, że się tego nie widzi i mieć nadzieję, że od sierpnia przez kolejne jedenaście miesięcy życie w lesie powróci do normy. Tylko tych drzew żal, bo za pół wieku mogły stać się szarym papierem toaletowym lub banknotem mojej emerytury.
Jadąc do lasu miałem plan. Raz dziennie na zakupy (rano), później obowiązki (dokumentacja) i przyjemności (pływanie, leżenie, pisanie książki) oraz praca metodyczna (taka zwykła szara robota instruktorska). I co? Gówno! Od 6 rano do 1 w nocy w samochodzie, po cztery razy w mieście, zaskakujące zlecenie, bo ktoś przyjeżdża lub odjeżdża i trzeba go przywieźć/odwieźć. Przez dwa tygodnie tak odpocząłem, że krew zaczęła sama się wylewać nosem, temperatura skakała, a kaszel tylko się pogłębiał. Do tego atmosfera zgęstniała gdy magazynier dał nogę gdy jego honor został nadszarpnięty naganą. Oj należało lepiej dobrać menedżera do tego zadania, bo kierownik powinien być bardziej odpowiedzialny. Ale to chyba już nie tego lata.
Czas biegnie szybko i wymarzone wakacje się powoli kończyły. Wyjeżdżając z lasu odetchnąłem z ulgą - było bardzo męcząco. Po raz pierwszy spotkałem się z tak wielkim brakiem zrozumienia do mojej pracy ze strony szefa, bardzo dużą arogancją kadry i brakiem jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego. Bardzo się cieszyłem, że wracam do domu i wtedy nastąpił kataklizm.
Było kilka chwil po godzinie dziewiętnastej. Większość straszaków leśnych zwierząt siedziała na jadalni. Ja w spokoju i skupieniu robiłem grzanki na piecu zastanawiając się, czy aby wszystko spakowałem. Wyrwany z letargu zaprowadzony zostałem przed namiot jadalni. Ten sam, który stawialiśmy trzy razy, a dziewczyny z uporem przez trzy dni budowały wnętrze. Usłyszałem coś pięknego, nawet jak na moje uszy. Podziękowanie od obozu za moją służbę. Można dyskutować, czy było to pierwsze w życiu, czy kolejne, ale nie można z tym, że było najwspanialsze, bo od osób, które dostrzegły moją pracę, bardzo często niezauważalną nawet dla kadry, a co dopiero dla uczestnika (tak, te paczki od rodziców też ja odbierałem z poczty i przywoziłem). A później, zupełnie jak u Hitchcooka, zrobiło się jeszcze gorzej. Do podziękowań wystąpiła szalona piętnastka z kwaterki. By nie płakać przed całym obozem przyciągnąłem ich na bok do lasu. Nieprawdopodobne jak bardzo można się związać z kimś, kogo się widziało po raz pierwszy, pracowało wspólnie tylko przez tydzień, a do tego słyszało przeważnie że coś jest źle lub źle. Przeżyłem, choć długo dochodziłem do siebie na przemian śmiejąc się, ciesząc i płacząc.
W indywidualnych pożegnaniach przebijał się tylko jeden temat: dzięki że byłeś z nami, że pokazałeś jak, że pomogłeś, podpowiedziałeś. Słowa Piotra, że się na początku mnie bał, ale mu szybko przeszło, bo okazałem się równym chłopem, połechtały moje ego tak mocno, że się ponownie wzruszyłem. Zapragnąłem nagle zostać, ale nieubłagana Magda dała sygnał do odjazdu. Wsiadłem więc i pojechaliśmy.
Podjąłem się też pewnej pracy wychowawczej. Niestety dwie pierwsze próby spaliły na panewce - uciekli ode mnie, i choć przy drugiej próbie już była nić porozumienia i wyrównanie poziomu, to zabrakło czasu na wgranie programu 'lider' (może kiedy indziej?). Natomiast z kolejnych prób jestem zadowolony, zarówno z nocnego ogniska, szybkiej rozmowy motywującej zastępowych i spaceru formacyjnego. Tak. Warto było pojechać na wakacje do lasu, warto było poznać tych wszystkich ludzi i dla nich pracować, warto było tracić zdrowie by wykonać swoje obowiązki jak najlepiej. I dziękuję, że byliście. Do zobaczenia :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz